W Prasie

O ludziach prawdziwych

Posted on

logo-GP

Nie chce mi się pisać o Sawickich i Sikorskich, bo oni tworzą tę część historii Polski, która jest tylko kłopotem i powodem do wstydu. Wolę dziś napisać o ludziach prawdziwych, którzy tworzyli rzeczywiste dzieje Polski, płacąc za to wielką cenę i nigdy nie wypinając piersi po medale. Właśnie przeglądam opowieści byłych więźniów obozów koncentracyjnych. Oczywiście chodzi o niemieckie obozy – niech nikt nie śmie mieć tu inne skojarzenia. Wszystko to młodzi Polacy, którzy w okresie zakończenia drugiej wojny światowej mieli od kilku do dwudziestu kilku lat.

Trochę o nich zapomnieliśmy. W ramach bezsensownego dzielenia polskich ofiar na te z ręki Sowietów i te z ręki Niemców. W zależności od sytuacji o jednych się mówi, inne przemilcza świadomie lub nie. A każda z tych historii to jak materiał na film sensacyjny – w Hollywoodzie dawno by powstały setki obrazów.

Są wśród autorów tej opowieści więźniowie z pierwszego transportu do KL Auschwitz Jerzy Bogusz (numer obozowy 61) oraz Kazimierz Zając (numer 261). Tego pierwszego, chłopaka z Nowego Sącza, wybuch wojny zastał we Lwowie, potem pomagał przerzucać ochotników przez Słowację i Węgry na Zachód. Za to zesłano go do Auschwitz. Przeżył tylko dlatego, że został pomocnikiem obozowego szklarza. Po dwóch latach był jednym z około pięćdziesięciu więźniów zwolnionych z lagru! Po powrocie zaangażował się ponownie w konspirację, pomagając partyzantom Juliana Zubka „Tatara” w lasach Beskidu Krynickiego.

Ot, historia Marcela Godlewskiego z Ostrowca Świętokrzyskiego. Maturzysta z 1939 roku, zapalony sportowiec, nie zdążył rozpocząć studiów teatralnych, bo wybuchła wojna. Od 1941 należał do AK – zajmował się dywersją. Aresztowany w 1944. Wkrótce wraz z dwoma innymi Polakami uciekł z obozu. Ucieczkę przygotował obozowy elektryk Tadeusz Krupa, też uciekinier:„Trzy sąsiednie lampy w ogrodzeniu spiął w ten sposób, że do nich poszedł przysypany lekko ziemią kabel. Już przed samym dniem ucieczki popodkładał izolację tak, że lampki kontrolne się świeciły, a na ogrodzeniu z napięciem to może było 20 Volt. No, nie szkodliwe dla człowieka (…) Kombinerkami te druty – ciap, ciap i poszli!”. Tuż po ucieczce trafili do Narodowych Sił Zbrojnych. Pan Marceli po wojnie siedział w komunistycznym więzieniu w Kielcach.

Tadeusz Smreczyński jako szesnastolatek wywieziony na roboty do Niemiec uciekł i zaangażował się w konspirację. Aresztowany w grudniu 1943. Trafił do Auschwitz z bardzo wysokim numerem 188506. W lipcu 1944 przywieziono go do bombardowanego KL Mauthausen. To tam – widząc setki rannych – postanowił zostać lekarzem.

W tych historiach nie może zabraknąć kobiet. Krakowianka Władysława Wiecha, pracując w Szpitalu Wojskowym dostarczała AK broń i artykuły medyczne. Aresztowana przez Niemców została wywieziona do pracy w fabryce amunicji w Lipsku. Opuściła obóz w marszu śmierci w kwietniu 1945. Wspomina więźniarkę z Lublina; „młoda kobieta już na Majdanku była w ciąży, puścili ją do domu, by urodziła dziecko, potem ją zabrali znowu do obozu i wywieźli do Lipska. I przetrzymała wszystko, i właściwie – już swoboda, prawie, już… i ją zastrzelili”.

To nie jest zwykły felieton. Piszę o tych ludziach, poruszony ich opowieściami w ramach projektu „Dwie historie”. Pytanie do władz polskiej kinematografii: czy dofinansowując różne chały, zakłamujące polską historię i pomijające bohaterskich ludzi, którzy ją tworzyli nie warto w końcu – w ramach zadośćuczynienia ‒ zrobić kilka filmów o naszych rodakach ‒ więźniach niemieckich czy sowieckich obozów śmierci. Przecież tak szybko odchodzą. A są tak godni uwiecznienia – dla nich Polska zawsze była najwyższą wartością.

W Prasie

Ukraina niejedno ma imię

Posted on

logo

To były moje kolejne wybory ma Ukrainie. Jak dużo zmieniło się od tych pierwszych, które obserwowałem w 2002 roku. I jak jednocześnie zmieniło się niewiele. Oczywiście ukraińskie wybory A.D. 2014 były o wiele uczciwsze i bardziej przejrzyste niż te sprzed 12 laty, tak jak były na pewno bardziej transparentne niż choćby te ostatnie, które monitorowałem z ramienia Parlamentu Europejskiego ‒ w latach 2009 (prezydenckie) i 2012 (parlamentarne). Ale jednocześnie choć Ukraina stała się w międzyczasie prozachodnia i ‒ jednak ‒ antyrosyjska, dalej jest państwem o olbrzymiej korupcji i wszechwładnej roli oligarchów. To musi wydłużać jej drogę do politycznej Europy, mimo całej sympatii Zachodu dla premiera Jaceniuka i poparcia dla, na wskroś pragmatycznego, prezydenta Poroszenko.

Niedzielne wybory zakończyły się zwycięstwem Bloku Petra Poroszenki i polityczną wiktorią Frontu Arsenija Jaceniuka. Ten pierwszy miast spodziewanych ponad 30 procent uzyskał tylko około 21, ten drugi, „majdanowski” premier i jego sztabowcy mieli świetny pomysł na końcówkę kampanii. Rzucili hasło, że te wybory są faktycznie wyborami premiera. I że tylko Jaceniuk jest gwarantem stabilności i bezpieczeństwa Ukrainy. W jakimś sensie skopiowali manewr Poroszenki tuż sprzed wyborów prezydenckich: wówczas ten oligarcha i minister w rządzie Janukowycza zaapelował, aby w imię właśnie stabilności państwa ukraińskiego wybrać prezydenta kraju już w pierwszej turze. Był to skuteczny apel: Petro Poroszenko był faworytem, wybory by i tak wygrał, ale dzięki temu pomysłowi wygrał je w pierwszej turze.

NATO – tak! A reformy?

Mój rozmówca to człowiek Zachodu od lat pracujący na Ukrainie. O pewnym bardzo wpływowym tutejszym polityku mówi, że on akurat to wyjątek, bo jest niepodatny na korupcję. Oponuje. Przytaczam przykład, że ów Bardzo Ważny Gość załatwił… stanowisko konstytucyjnego ministra dla współmałżonka swojego sponsora w kampanii wyborczej. Proste: Ty mi kasę w kampanii, ja dla Ciebie (choć nie osobiście, ale zostanie w rodzinie) ‒ stołek w Radzie Ministrów. Mój znajomy, obywatel jednego z krajów UE uśmiecha się szeroko: „pamiętaj, w tym kraju nepotyzm nie jest uważany za cześć korupcji”…

W wyborach parlamentarnych są prozachodni wygrani i antyzachodni przegrani. Pierwsze trzy partie: prezydencka, premierowska oraz „Samopomoc” mera Lwowa Andrija Sadowego są nie tylko w zdeklarowany sposób za europejskim wyborem Ukrainy, ale też optują za akcesem Kijowa do NATO. Tymczasem ujawniły się ‒ i poniosły totalną porażkę ‒ ugrupowania mówiące „NIE dla NATO”. Dopiero czwarte miejsce i to zaledwie z niespełna 8 proc. poparciem zajął Opozycyjny Blok , związany z dawną Partią Regionów Janukowycza. Do Wierchownej Rady w ogóle nie weszły inne NATO-sceptyczne partie, jak „Silna Ukraina” (!) oligarchy Siergieja Tihipki oraz komuniści Petra Symonenki. Kijów spektakularnie potwierdził swój euroatlantycki kurs. A jeszcze 11 miesięcy temu ówczesne władze nie tylko nie chciały słyszeć o Pakcie Północnoatlantyckim, ale odrzuciły zaręczyny z Unią.

Spotkanie z przewodniczącym ukraińskiego parlamentu, byłym pastorem, niegdyś bardzo bliskim współpracownikiem premier Julii Tymoszenko, a teraz premiera Jaceniuka ‒ Oleksandrem Turczynowem. Przed niespełna rokiem spotkałem się w Wierchownej Radzie z jego poprzednikiem Wołodymyrem Rybakiem. A teraz mam poczucie deja vu. To samo miejsce, już inny „marszałek”, ale jego najbliższe otoczenie identyczne, jak w listopadzie A.D. 2011: te same twarze, te same nazwiska, ten sam szef protokołu, nawet ten sam tłumacz. Nie zmienił się dosłownie nikt. Tu nie ma nawet śladu rewolucji, która zmiotła ekipę Wiktora Janukowycza i urodzonego w Rosji premiera Mykoły Azarowa. Tyle zmieniono, aby nic nie zmienić.

Otworzyć szerzej okna

„Czarnym koniem” wyborów okazała się z wynikiem ponad 13 proc. „Samopomoc” ‒ partia lwowskiego mera, którego ambicje wychodzą już poza dawną Małopolskę Wschodnią, a obecną Ukrainę Zachodnią. Na jej listach w zasadzie nie było polityków ‒ są natomiast eksperci, naukowcy, akademickie autorytety, zwykle ludzie młodzi, już nie objęci mentalnością sowiecką czy postsowiecką. Ta „młoda Ukraina” budzi nadzieję. Tylko czy parlament ich nie zdemoralizuje, nie sprowadzi do parteru partyjnych gierek i oligarchicznych układów? Oby nie. Inaczej kapitał zaufania niemal co siódmego Ukraińca szybko stopnieje.

Jednak największym bieżącym wyzwaniem dla naszego wschodniego sąsiada nie są polityczne, powyborcze puzzle. Jest nim natomiast opłakana sytuacja gospodarcza. Inflacja na poziomie 18-20% rocznie (!), ujemny wzrost PKB, zapasy węgla na parę dni ‒ to musi być ból głowy dla ukraińskich elit. Przeciętny Ukrainiec nie może zrozumieć, dlaczego jego kraj ‒ duży eksporter węgla ‒ musi tenże węgiel sprowadzać z RPA. Ukraińska klasa polityczna nie potrafi tego wytłumaczyć swoim rodakom. Co więcej ostro miesza im w głowach, no, bo jak można określić ostatnio zgłoszony postulat, aby… Polska dała Kijowowi węgiel za darmo! Nawet jeśli się takie bzdury opowiada w specyficznym czasie kampanii wyborczej, to i tak źle to świadczy o elicie tego państwa, która wmawiając sobie i podatnikom istnienie zachodniego świętego Mikołaja jednocześnie odkłada istotne reformy gospodarcze, realną walkę z korupcją i szkodliwym systemem oligarchicznym, czyni pozorną reformę administracyjno-samorządową, a konieczną reformę sądownictwa ogranicza póki co do ‒ skądinąd słusznej ‒ lustracji. Zachód musi pomagać (już to czyni), ale również Ukraińcy muszą pomóc sami sobie. Ten ekonomiczny dzwon ‒ mówiąc Hemingwayem ‒ bije już im samym…

Były wicepremier Hryhorij Niemyria, jeden z liderów partii Tymoszenko mówi mi, że głównym wrogiem Ukrainy nie jest nawet Rosja, ale korupcja. Cóż, nie wiadomo co gorsze, panie premierze, ale przecież za rządów „Batkiwszczyny” korupcja kwitła w najlepsze. Gdy spotkaliśmy się w wigilię wyborów prezydenckich jesienią 2009, Niemyria był bardzo pewny siebie ‒ teraz już spokorniał. Moi przyjaciele, którzy tu mieszkają mówią, że na Ukrainie rzeczywiście walczy się z korupcją ‒ ale tylko w cudzych szeregach. A nepotyzm to norma. Gdy architekta lustracji Jewhena Sobolewa na konferencji prasowej zapytała dziennikarka dlaczego w kierowanym przez siebie urzędzie zatrudnia tylko osoby sobie znane ‒ odparł, że przyjmuje do pracy tylko tych, którym ufa….

Aktorzy na obrotowej scenie

Dialog z jednym z bohaterskich sotników na Majdanie ‒ startował właśnie w wyborach. „Pieniądze na kampanię masz?” ‒ „Nie, nie mam”. ‒ „No, jak to? Jak Ty kampanię zrobisz?”. I taka pada odpowiedź: „Rozmawiał ze mną naczelnik urzędu skarbowego i obiecał, że pieniądze na kampanię mi załatwi”… „Jakże tak? Przecież mieliście walczyć z korupcją?” ‒ „No, przecież walczymy!!!” ‒ kończy z pełnym przekonaniem dzielny dowódca kijowskiej ulicy.

Byłem przed niespełna trzema tygodniami we Lwowie. Nie zdążyłem zapytać mera Sadowego ‒ dziś opromienionego blaskiem swojego pierwszego wyborczego sukcesu w skali kraju ‒ jak to się dzieje, że jednym z najbogatszych ludzi w jego mieście jest były (do niedawna) szef wydziału miejscowej milicji do zwalczania przestępczości zorganizowanej. Tyle miał nadgodzin?

Inny szef milicji w dużym mieście na obecnej Ukrainie Zachodniej powiedział mojemu znajomemu: „Wiesz, Ukraina to jest kraj dla bogatych ludzi”. Czy premier Jaceniuk potrafi to w końcu zmienić? On też nie jest polityczną dziewicą, ale może zamarzy mu się rola Wielkiego Reformatora, który nie tylko przechodzi do historii, ale ją tworzy?

Elity ukraińskie tasują się, ale wciąż są te same. W pewnym sensie można mówić o ciągłości władzy. Aktorzy zmieniają się w rolach pierwszoplanowych, ale ci z pierwszego planu przechodzą do drugiego szeregu, staja się reżyserami i suflerami. Oto spektakularny przykład. Kwiecień 2014. Już po zwycięstwie Majdanu. Idzie nowe. Aby na pewno? Na lotnisku Boryspil w Kijowie ląduje samolot. Podjeżdżają pod niego ludzie z miejscowego BOR czyli Zarządu Ochrony Państwowej. Nawet nie mają już aut z pancernymi szybami ‒ wszystkie wywiózł w swej zaplanowanej ucieczce Janukowycz. Odbierają specjalnego gościa. Jest nim Aleksander Kwaśniewski. Wiozą go do ekskluzywnej wilii oligarchy Wiktora Pinczuka. Tam na byłego prezydenta III RP czeka gospodarz wraz ze swoim teściem, byłym prezydentem Ukrainy Leonidem Kuczmą. Obok nich jest jeszcze dwóch ludzi. Jeden niedawno ogłosił, że chce być ukraińskim prezydentem. To Witalij Kliczko. Drugi za dwa miesiące zostanie nim naprawdę: to Petro Poroszenko. Stare miesza się z nowym. „Stare” i „nowe” w jednym stoją domku.

W wyborczą niedzielę w Kijowie świeci słońce i jest tłok przy urnach już od ósmej rano. Czy władze Ukrainy skutecznie powalczą o dobrą pogodę ‒ ekonomiczną i polityczną ‒ dla swojego kraju? Zima ma być ciężka.

W Prasie

Inni mogą, a my…

Posted on

logo

Gdy rząd PO-PSL łaskawie zapewnił nam dostawy rosyjskiego gazu do 2020 roku, istniał już przecież uruchomiony przez premiera Kaczyńskiego projekt budowy terminalu LNG w Świnoujściu. Czyżby ekipa Tuska nie wierzyła w realność polskiego gazoportu? Może w tym należy upatrywać już dwuletniego opóźnienia, które – jak wynika z „afery taśmowej” ‒ ma zwiększyć się do lat pięciu. Skądinąd gdyby nie sprzeciwy PiS, Gazprom zaopatrywałby nas nie przez następnych 8 lat, ale 23 – aż po rok 2037.

Piszę o tym w kontekście decyzji Litwy o nieprzedłużeniu umowy na zakup gazu z Rosji. Kończy się ona w 2015 i „chwatit”, dosyć, jakby to powiedzieli Rosjanie.

Już za rok nasz północno-wschodni sąsiad dzięki pływającemu terminalowi gazu będzie mógł odbierać skroplony gaz z dowolnego miejsca na ziemi. Co więcej, ów terminal o znamiennej nazwie „Niepodległość” pokryje 90% zapotrzebowania na gaz innych krajów bałtyckich czyli Łotwy i Estonii.

Panie premierze Tusk, pani premier Kopacz, skoro inne, dużo mniejsze kraje mogą, czemu my nie możemy?

W Prasie

Sikorski podał piłkę Rosji

Posted on

logo

Nie wiem, co powoduje marszałkiem (!) Sikorskim, że plecie to, co plecie. Można rozważać różne motywy. Po pierwsze: Radosław Sikorski jest idiotą i gada, co mu ślina na język przyniesie. Odrzucam ten motyw, bo choć Sikorski na pewno nie jest Metternichem to jednak nie jest ani idiotą, ani głupkiem. Motyw drugi: Sikorski mści się na Tusku, iż ten przez lata obiecując mu poparcie najpierw na stanowisko sekretarza generalnego NATO, a potem komisarza ds. polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, odpowiedzialnego za EEAS (unijna służba dyplomatyczna), ostatecznie zrobił go „w konia” i zajął wysokie stanowisko unijne, kosztem swojego ministra spraw zagranicznych. Takiej zemsty wykluczyć nie można, a przynajmniej nie od razu. Jest wreszcie motyw trzeci: minister Sikorski gra niekoniecznie do polskiej bramki, bo przecież to, co mówi pokazuje konsekwencję Putina, ale też pogrąża Tuska, który już szereg lat temu poznał rzeczywiste plany Moskwy wobec Kijowa. Premier III RP wiedział, ale nie powiedział, nie uprzedził Zachodu o grze, którą podjął Kreml.

Wie po co mówi?

Obojętnie od motywacji, obojętnie od tego, czy wypowiedź byłego szefa MSZ dla amerykańskiego portalu jest efektem „chlapnięcia” czy rezultatem przemyślanego posunięcia, które ma zrobić „kuku” Tuskowi „na dzień dobry” jego obecności w Brukseli jako przewodniczącego Rady Europejskiej, czy też jest może ujawnieniem przebiegłości prezydenta Federacji Rosyjskiej, który chciał skłócić Polskę z Ukrainą ‒ liczy się efekt. A ten jest fatalny. Fatalny nie tylko i nie tyle dla rządu czy głównej partii koalicyjnej (PO), bo tym bym się nie martwił. Jest dramatyczny dla Polski jako takiej, bo pokazuje, że przez siedem lat szefem MSZ był człowiekiem, który – co najmniej – szybciej mówi niż myśli. Dziś, niedawno podsłuchiwany i odpowiadający agresywne teksty o USA i Wielkiej Brytanii, jest szefem izby niższej polskiego parlamentu i formalnie drugą osobą w państwie. Co z tego, że Sikorskiego mało kto wcześniej w Europie traktował poważnie (pamiętam rozmowy z brytyjskim ministrem, który na kolacji śmiał się, że minister spraw zagranicznych Polski kandyduje na każde możliwe stanowisko), ważne jest, że szóste co do wielkości państwo Unii Europejskiej traktowało go na tyle poważne, ze powierzyło mu na niemal dwie kadencje kluczowy resort, a potem funkcję szefa jednej z dwóch izb parlamentu. To, co mówi Sikorski o rozmowie Putin‒Tusk, świadczy przede wszystkim o Sikorskim, ale także świadczy o naszym kraju, który obdarowuje go wszelkimi możliwymi zaszczytami. Przepraszam, ale nikt z Francji, Holandii czy USA nie będzie zastanawiał się specjalnie czy obecny marszałek Sejmu jest z PO czy z opozycji: jego medialny wybryk pójdzie po prostu na konto Polski.

Bo w polityce, zwłaszcza w polityce międzynarodowej jest tak, że wie się o dużo większej liczbie rzeczy i spraw, niż się o tym mówi. Jest takie powiedzenie – a cytował mi je ostatnio Jarosław Kaczyński ‒ że o niektórych politycznych planach, wypowiedziach, inicjatywach czy projektach można mówić po paru latach od ich zaistnienia, o niektórych po kilkudziesięciu, a o jeszcze niektórych – nigdy. Tej oczywistej prawdy jakoś nie zna Radosław Sikorski. Cóż, jego sprawa. Szkoda tylko, że kosztem państwa polskiego.

Lawina politycznych konsekwencji

Wypowiedź Sikorskiego jest szkodliwa dla wizerunku Polski na arenie międzynarodowej. Przecież kto jak kto, ale szef ‒ przez lata – polskiej dyplomacji powinien sobie zdawać sprawę z kolejnej międzynarodowej katastrofy medialnej, którą wywołał. Jest to wypowiedź podwójne niedobra. Po pierwsze, że owa szczerość Putina musiała być elementem niesłychanie otwartych rozmów w Moskwie między premierami III RP i FR. W polityce zagranicznej im bardziej relacje przyjacielskie, tym bardziej mówi się w sposób otwarty czy wręcz niczym nieskrępowany. Widocznie dla Władimira Władimirowicza Putina Donald Tusk, który z pierwszą wizytą na Wschód pojechał nie do Kijowa czy Wilna, ale do Moskwy był kimś, przed kim można otworzyć słowiańską duszę. Po drugie: wypowiedź ta ma miejsce – czyżby tylko przypadkiem? ‒ tuż przed przypadającymi na tę niedzielę (!) wyborami parlamentarnymi na Ukrainie. Jakie przesłanie wyciągnie z tej wypowiedzi Sikorskiego ukraińska klasa polityczna? Ano także, że Rosja z Polską rozmawiały o podziale Ukrainy. Co prawda się nie dogadały, ale rozmawiały. I dopiero po sześciu latach od tej sytuacji, gdy już Sikorski przestał być szefem MSZ, Warszawa o tym mówi. Polityczne konsekwencje, gdy chodzi o ukraińską scenę polityczną, tej „szczerości” marszałka polskiego Sejmu mogą być dwojakiego rodzaju. Po pierwsze: może wzmocnić antypolskich nacjonalistów, może i marginalnych, ale przecież zawsze dla Moskwy wygodnych. Po drugie może dotrzeć do politycznego mainstreamu w Kijowie takie oto przesłanie: skoro Polacy nam tego nie powiedzieli, a więc kryli Rosjan, to może warto z tą Moskwą na jakichś warunkach się dogadać.

Klucz w przeszłości?

W kontekście ujawnienia istoty rozmów Putin‒Tusk w Moskwie innego wymiaru nabiera szantaż jaki zastosował ówczesny minister spraw zagranicznych RP w lutym w stolicy Ukrainy. Wtedy, groził śmiercią liderom opozycji, zmuszając ich do zawarcia niechcianego porozumienia z Janukowyczem, który już siedział na walizkach i dzwonił po prezydencki samolot, by wywiózł go ze zrewoltowanego Kijowa.

Stratni są wszyscy: Polska, Ukraina, nawet Tusk, który musi płacić cenę za flirt z Putinem i milczenie przy okazji propozycji, które głośno, spektakularnie, powinien odrzucić. Premier Tusk ma to, na co zasłużył. Gorzej z polską racją stanu oraz ofiarowaniem przez pana marszałka Sejmu (jaki Sejm, taki marszałek) paliwa dla antypolskich jaczejek na Ukrainie, skądinąd sponsorowanych przez Rosję. Pozostaje pytanie, czy ktoś, kto był przez siedem lat szefem MSZ, a wcześniej przez dwa lata szefem MON, cztery lata wiceministrem spraw zagranicznych i przez rok wiceministrem obrony, a więc ktoś, kto przez czternaście lat, niemal półtorej dekady, pracował w kluczowych, strategicznych resortach (z czego prawie dwie trzecie tego czasu jako ich szef) nie zdaje sobie sprawy z tego, co mówi i jakie polityczne konsekwencje międzynarodowe to przyniesie. Radosław Sikorski ma bardzo dużo wad, jednak nie można odmówić mu inteligencji. Jest człowiekiem, który zna mechanizmy rządzące polityką zagraniczną i na pewno wie o czym powinno się mówić publicznie, o czym zaś dopiero po latach i o czym wcale. Jeśli tak, to czemu powiedział to, co powiedział? Ze złości na Tuska, bo ograł go w walce o unijną synekurę? Ze złości na Kopacz, że pozbawiła go resortu, do którego przyrósł i nie dała funkcji wicepremiera? Czy też dlatego, że ktoś powiedział mu „tiepier w pieriod”? I że czas zacząć ofensywę. Rzecz w tym, że owa ofensywa na pewno Sikorskiemu nie służy. Pozostaje otwarte pytanie: po co więc to robi? Czy odpowiedź na to znajdziemy w przeszłości, w jakiejś udokumentowanej, pełnej biografii polityka, który zaczynał karierę jako młody chłopak w Londynie od przyniesienia dwóch artykułów (skądinąd niewydrukowanych) do redakcji endeckiej „Myśli Polskiej” kierowanej przez prezesa Stronnictwa Narodowego Antoniego Dargasa, by potem stać się czcicielem Bronisława Geremka? Polityka, który przed laty określił Nord Stream jako nowy pakt Ribbentrop‒Mołotow, a gdy kandydował na sekretarza generalnego NATO i nie chciał łatki rusofoba, proponował by w przyszłości Rosja przystąpiła do Paktu Północnoatlantyckiego.

Niektórzy uważają, że klucz do ostatniej wypowiedzi Sikorskiego tkwi w przyszłości, w jego politycznym planie i pomyśle na siebie. Są jednak tacy, którzy sadzą, że prawdziwy wytrych, przeciwnie, jest w jego przeszłości. Obojętnie kto ma rację, warto śledzić nie tylko przyszłe losy marszałka Sejmu, ale też prześledzić uważnie jego przeszłość.

W Prasie

Szmira antysmoleńska

Posted on

logo-GP

PPR czyli Partia Przyjaciół Rosji nie ma już (!) odwagi wprost powiedzieć: „nie ma mowy o pomniku ofiar Smoleńska w stolicy Waszego państwa. Żadnych złudzeń, panowie…”. Lękliwi z PPR wymyślili zatem konserwatora zabytków, który – oczywiście tylko ze względów artystycznych, architektonicznych, itp., itd. ‒ składa weto wobec pomnika na Krakowskim Przedmieściu. No, ewentualnie na Łomianki by się zgodził albo na Tarchomin, byle dalej od centrum Warszawy, tam, gdzie najwięcej ludzi i turystów…

Szkoda, że tenże konserwator zabytków jakoś nie był użyty, gdy usuwano, niedaleko, po sąsiedzku pomnik Nike z mieczem. Pani z Samotraki, symbol antyniemieckiego oporu, przez dziesięciolecia patrzyła na warszawiaków w pobliżu Placu Teatralnego i warszawiacy patrzyli na nią. W III RP przeszkadzała – a w pobliżu stanął wielki, nowoczesny gmach. Wtedy względy architektoniczne były psu na budę. Teraz, gdy chodzi o uczczenie tych, którzy polegli za Polskę 10 kwietnia 2010, jest to wzgląd najważniejszy i decydujący.

Tak samo jakoś konserwator siedział jak mysz pod miotłą – a może nawet był Rejtanem, ale miano go w nosie ‒ gdy koło pominika Kopernika, tuż przy gmachu Polskiej Akademii Nauk stawiano to „coś”, co teraz jest pizzerią. Tak, to ten sam pomnik Kopernika, pod którym kwiaty, podczas okupacji niemieckiej złożył znany poeta ze środowiska „Sztuki i Narodu” Wacław Bojarski, by zostać śmiertelnie raniony przez Niemców.

Wspominam o tym, bo to, co robi władza w sprawie smoleńskiego pomnika, to po prostu pójście ‒jak to się mówi w środowisku złodziei ‒ „na rympał”. Tak instrumentalne potraktowanie nie tylko przecież ofiar tragedii smoleńskiej, ale także ich rodzin i całego Narodu, przez nich wszak reprezentowanego, jest przykładem degrengolady moralnej i spektakularnym objawem najbardziej tandetnego kosmopolityzmu, jaki można sobie wyobrazić. Ten wstyd trwa od czterech lat. Próby wpisania owego potencjalnego monumentu w kampanię prezydencką pana Komorowskiego są jednym wielkim obciachem. Doprawdy ludzie z Kancelarii Prezydenta RP, zajmując się tym w ten sposób, pisząc „list pomnikowy” do samych siebie, robiąc takie medialne ustawki, sięgnęli nie tyle poziomu bruku, co znaleźli się poniżej poziomu kreta na Żuławach.

Jedną z głównych aktorek w tej antysmoleńskiej szmirze jest wiceprzewodnicząca PO i prezydent Warszawy, Pani w Garsonce (skrót: HGW). Pani w Garsonce z konsekwencją godną utrzymania się przy władzy za wszelką cenę („Paryż wart jest mszy”?) zaprzecza wszystkim wartościom, które jeszcze jakiś czas temu jakże chętnie prezentowała. To ta sama HGW, która kiedyś chciała, ni mniej, ni więcej, tylko opylić tereny na miejscu, gdzie stał Stadion Dziesięciolecia, a teraz stoi biało-czerwony Stadion Narodowy ‒ na działki dla deweloperów. To byłby kolejny „rympał”, ale tym razem to tej Pani nie wyszło. Skądinąd chciała, by nowy reprezentacyjny stadion stanął na Służewcu, na terenie wyścigów konnych, bo nie wiedziała, nieboraczka, że akurat tym terenem nie dysponuje. Zaproponowała więc Łomianki. Okazało się, że też nie są w jej jurysdykcji. I tak Stadion Narodowy powstał w miejscu Stadionu Dziesięciolecia, wbrew wiceprzewodniczącej PO – prezydent stolicy.

O tym właśnie sobie myślałem, gdy ostatnio na tymże Narodowym oglądałem mecz Polska-Szkocja. Ta historia z próbą skomercjalizowania przez HGW tych terenów to też była granda i szmira.

Bo szmira zawsze pozostanie szmirą. Obojętnie czy podyktowana względami polityczno-partyjnymi, czy dla zysku, Panie, dla zysku.

W Prasie

Wejdą czy nie wejdą?

Posted on

logo

Mija siedem lat od czasu, gdy „EUObserver” określił szczyt Unia Europejska ‒ Rosja w Samarze jako tryumf europejskiej solidarności i rządu Jarosława Kaczyńskiego. Rzeczywiście, kanclerz Merkel podkreślała, chcąc nie chcąc, w tym rosyjskim mieście, że sprawa embarga na polskie mięso, prowokacje Moskwy wobec Estonii i Litwy (Możejki!) to nie tyle kwestie li tylko poszczególnych krajów członkowskich Unii, ale sprawy europejskie sensu stricte. Była wówczas prezydencja Niemiec i Berlin, obojętnie co mu w duszy grało, musiał uwzględnić także interesy naszego kraju i krajów bałtyckich. Stalo się tak, bo ów początkowy fundament jedności Starego Kontynentu, europejską solidarność, wymuszał rząd PiS i prezydent ‒ honorowy prezes tej partii. Ale po wyborach w 2007 roku nowy rząd PO-PSL włożył do lamusa to, co było podstawą funkcjonowania ekipy Kaczyńskich. Tusk z pierwszą wizytą zagraniczną pojechał nie do Kijowa (czy Wilna) tylko do Moskwy. A Platforma z równie ochoczym PSL-em wolała dogadywać się z Rosją nie dostrzegając, że jesteśmy coraz bardziej w cieniu rosyjskiego niedźwiedzia. Owa chwiejność i kompletny brak kontynuacji w polityce zagranicznej doprowadziły nie tylko do porażek na odcinku wschodnim, ale też do ogólnego spadku pozycji Rzeczypospolitej na arenie międzynarodowej.

Epidemia chwiejności

Wszakże owa chwiejność nie była i nie jest wcale udziałem rządu Donalda Tuska. Ostatnio skopiowała to Unia Europejska, która – skądinąd przy milczeniu władzy w Warszawie ‒ chciała i nie chciała podpisać umowę stowarzyszeniową z Kijowem. W końcu podpisała, ale z odwleczonym terminem ważności. Dlatego też amerykańska fundacja Carnegie Europe wskazała, że odłożenie wejścia w życie umowy, a zwłaszcza zgoda na apele Kremla, żeby umowę stowarzyszeniową renegocjować, może prowadzić do tego, iż Rosja regularnie będzie stosować presję militarną… do negocjacji gospodarczych z UE!

Dużo się pisze o epidemii Eboli, mało o epidemii chwiejności. UE zaraziła się ową polityczną niestabilnością rządu Tuska, a od UE zaraził się nowy-stary rząd Ewy Kopacz. Pani premier albo zapomniała, albo ma w nosie słowa Donalda Tuska, że w sprawach Ukrainy Unia powinna mówić głosem Polski. Tusk, jak to Tusk, gadał, a nie robił. Ale Kopacz nie jest w stanie nawet mówić. Jej koncepcja ucieczki przed bandytą do domu i zaryglowania w nim drzwi nie jest wcale reakcją „kobiecą” ‒ jest reakcją dziecinną.

Brzydka panna na wydaniu” czyli idee fixe

Są jednak światełka w eurotunelu. Austriacki komisarz (właśnie rozpoczyna swą drugą kadencję) Johannes Hahn w trakcie swojego przesłuchania w PE powiedział twardo, że renegocjacji traktatu stowarzyszeniowego nie będzie. Takie rzeczy nie biorą się z powietrza. W przeddzień przesłuchania w Brukseli z komisarzem Hahnem spotkała się Anna Fotyga, a potem zadała mu pytanie, na które usłyszała odpowiedź… już następnego dnia. Dzień później nawet „eurogołąbek”, wciąż urzędujący szef Komisji Europejskiej Jose Manuel Durao Barroso usztywnił stanowisko Brukseli wobec Moskwy w specjalnym liście do Putina.

Jaki z tego morał? Ano taki, że Polska nie może czekać na decyzje – w kluczowych dla niej sprawach – Unii jako takiej, lecz sama musi zabiegać o praktyczne realizowanie zasady europejskiej solidarności. Tak jak Ewa Kopacz nie może bredzić, że w tej sprawie musimy poczekać na stanowisko całej UE i nie „wychodzić przed szereg”. Koncepcja bycia „brzydką panną na wydaniu” (Władysław Bartoszewski), siedzenia jak mysz pod miotłą (co sugerował przecież nam sam prezydent Francji Jacques Chirac) i pokornego przyjmowania tego, co kapnie z głównego brukselskiego stołu, przy którym siedzą najbogatsi, jest pomysłem nie tylko moralnie żenującym, etycznie godnym co najmniej korekty, ale też geopolitycznie jawi się on jako skrajnie głupi.

Uderzając czołem o ziemię

Tak, stanowczo pasują tu słowa Leszka Moczulskiego (ale tego dawnego Moczulskiego, bo z 1991 roku): „niektórzy politycy w Polsce widzą tylko tyle, ile zobaczą, uderzając głową o ziemię”. Gdy pojawiają się kolejni pożyteczni idioci, którzy bredzą, że nic nam ze strony Rosji nie grozi, tak jak usypiali naszą czujność przed atakiem na Gruzję w 2008, Smoleńskiem 2010 oraz agresją na Krymie i wschodniej Ukainie w 2014, warto podkreślić, że szkodzą oni podwójnie. Po pierwsze dlatego, że demobilizują polską opinię publiczną. Po drugie, że dają czytelny sygnał Rosji – jakże uważnie obserwującej w ramach „białego wywiadu” polskie media ‒ że ma do czynienia z tchórzliwymi elitami, które nie będą ani same się bić, ani podnosić sztandar konieczności oporu Rosjanom, gdyby Federacja Rosyjska zdecydowała się zaatakować.

Inna sprawa, że w moim głębokim przekonaniu ryzyko agresji Moskwy na Rzeczpospolitą jest – jakby paradoksalnie to nie zabrzmiało – mniejsze niż było rok temu, przed napaścią Rosji na Krym i wschodnią Ukrainę. Moim zdaniem wynika to przede wszystkim z dwóch powodów. Pierwszy to fakt słabnięcia rosyjskiej gospodarki. Od dłuższego już czasu Kreml, dość skutecznie skądinąd, licytuje znacznie powyżej tego, co ma w kartach. Ta „karciana” metafora idealnie opisuje sytuację, w której Putin eskaluje spiralę oczekiwań oraz żądań i wobec najbliższych sąsiadów, i wobec Zachodu przy coraz słabszym potencjale ekonomicznym swojego kraju. To duża umiejętność, jednak nie powinna ona przesłaniać faktu, że gospodarka rosyjska jest mało konkurencyjna, a ceny za ropę i gaz spadają. W sytuacji, gdy te surowce dla przykładu w 2010 roku stanowiły 44% wartości wszystkich dochodów budżetowych Rosji, takie cenowe tąpnięcia na tym rynku są – o ile przedłużają się do wielu miesięcy – wręcz zabójcze. Drugi powód to fakt, że pod względem militarnym Rosjanie wiążą zbyt wiele potencjalnych frontów naraz. Już w czasie wojskowych manewrów „Zapad 2009” jedna czwarta sił rosyjskich zabezpieczała Kaukaz Południowy, a aż dwie piąte starały się „pilnować” flanki północnej (Łotwa, Estonia, Finlandia do koła podbiegunowego). Jedynie 30% oddziałów „użyto” do wbicia klina między Polskę i Litwę w celu utworzenia korytarza do Kaliningradu. Charakterystyczne zresztą, że przed pięcioma laty Rosjanie nie ćwiczyli zdobywania Warszawy poprzez atak konwencjonalny, lecz przez… uderzenie nuklearne. Ileż sytuacja zmieniła się od tej z 1992 roku, gdy prestiżowy amerykański think-tank RAND Corporation oceniał, że stolicę Polski Rosjanie zdobędą po tygodniowej ofensywie.

Poszerzyć NATO!

Od tamtych manewrów upłynęło na tyle dużo wody w Wołdze, że Kreml zdołał spacyfikować Gruzję i ‒ jak można się domyślać ‒ zmniejszyć swoje kontyngenty wojskowe w tym regionie, (choć przecież wciąż „strzeże” dwóch z czterech granic Armenii). Jednak jednocześnie znacznie więcej żołnierzy musi skoncentrować na politycznie i militarnie westernizującej się Ukrainie. Rosjanie z południowokaukaskiego deszczu wpadli pod ukraińską rynnę. Jeśli jeden dzień wojny kosztował Kijów przeszło 20 milionów złotych, to ile kosztował on Moskwę, siłą rzeczy używającą w ofensywie większej liczby żołnierzy?

Jeżeli miałbym się dziś czymś rzeczywiście martwić, to wcale nie nową odsłoną rosyjskiego imperializmu – bo pod tym względem Moskwa jest przewidywalna i to, co robi jest constant – ale raczej tym, co dzieje się w układzie europejskim i euroatlantyckim. Po pierwsze wzrasta w UE i szerzej: Europie rola państwa, które ma stosunkowo najlepsze relacje z Moskwą ze wszystkich dużych krajów Unii. Mowa oczywiście o Niemczech. Po drugie: kolejne rozszerzenie Paktu Północnoatlantyckiego zostało od dłuższego czasu zablokowane, a przecież każde kolejne akcesy do Unii Europejskiej były dotychczas cyklicznie poprzedzane rozszerzeniem NATO. Dawało to realne poszerzenie – i gospodarcze i militarne – strefy wpływów Zachodu, ale też oznaczało rzeczywiste wkomponowanie się dawnych państw „obozu socjalistycznego”, a nawet eksrepublik starego ZSRS w zachodni świat polityczny. Teraz tego nie ma. I to jest nasz ból głowy.

W Prasie

Ewa nie chce spać, niestety

Posted on

logo-GP

Ewa chce spać? Nie, znacznie gorzej. Ewa chce rządzić. To ja już wolę filmy niż rzeczywistość polityczną. Ewa chce być jak Margaret i Angela naraz. Dwa w jednym. No, to ma zacięcie komediowe. A może tego nawet nie wie, że ludzi śmieszy i bawi. Zdaje się, że też tumani, niestety. Przynajmniej „poka” ‒ jak mówią Moskale. Znaczy: póki co. A, własnie, a propos Rosjan. Mają fajne słowo w swoim języku, które nie ma odpowiednika w naszej mowie ojczystej. To słówko to „samodur”. Oznacza ono, mniej więcej, kogoś, kto sam się ogłupia. Nie kogoś, kto jest po prostu zwyklym durniem (na to jest okreslenie „durak”), ale istotę ludzką, która, nawet będąc osobą wykształconą, ba, inteligentną, wmawia sobie różne rzeczy, nawet absurdalne, i bierze je za dobrą monetę. Czyli, spolszczając, sama z siebie struga wariata. Jedno słówko ‒ a jakie trafne określenie.

Syndrom „samodura” narodził się w Rosji, ale przecież nie przynależy do określonej szerokości geograficznej. U nas, w Polszcze, „samodurów” dostatek, w bród, latoś, obrodziło. Prawdziwa klęska urodzaju. Jest doprawdy spora część Sarmacji, która widząc kolejne afery, błędy, skandale, gafy, grzechy zaniechania władzy z uporem godnym innej, lepszej sprawy wmawia sobie i bliźnim, że ‒ mimo wszystko ‒ polska szafa gra. Słowem: owszem, są błędy i wypaczenia, ale socjalizm, tfu, co jo godom, koalicja PO-PSL, to dobra rzecz. Można rzec, że ci nasi rodacy co rusz widząc wtopę „platfusa”, od drobnych z punktu widzenia kieszeni podatnika, jak przejście kolejnego skarbnika PO w stan nieważkości (choć sprytnie, bo pod sojuszniczą ambasadą, a nie pod wrogą) do megawielkich (krasnoludki z rządu nie dopilnowały, sierotka Ewa nie zauważyła i ponad 3 miliardy idą się trzepać) skandują głośno tradycyjne, piłkarskie: „Polacy, nic się nie stało!”. A tymczasem, bracia rodacy, stało się, stało, cały czas się dzieje. Biedna ta Sarmacja przy takiej władzy i tak licznych rzeszach „samodurów”.

Zmieniam temat, choć dalej wschodnie klimaty. Byłem właśnie we Lwowie i Drohobyczu. Łza mi się w oku nie zakręciła, bo chłopaki, wiadoma sprawa, nie płaczą. To tylko deszcz padał, jak u Sienkiewicza, „W pustyni i puszczy”, w dialogu Stasia Tarkowskiego z Nel. Mam wielki sentyment do Kresów Wschodnich RP i nie ukrywam tego. Wspieram Ukrainę i jej walkę z Rosją, bo leży to w interesie narodowym mojego kraju, ale na ołtarzu geopolityki i naturalnych sojuszy nie zamierzam składać ani prawdziwej historii naszej Ojczyzny, ani też pamięci o rodakach zamordowanych, nieraz w okrutny sposób, tylko za to, że byli Polakami. Ginęli z rąk Rosjan, Niemców, ale też, w wielkiej mierze, Ukraińców. Będę o nich zawsze pamiętał ‒ i nie jest to sprzeczne z popieraniem Kijowa w jego konflikcie z Moskwą. To pierwsze bowiem jest obowiązkiem serca i sumienia, to drugie ‒ rozumu i wynikiem nie tylko typowo polskiego gestu solidarności, ale też efektem chłodnej analizy.

W Prasie

Ich pomnik, nasi zaprzańcy

Posted on

logo

Stare polskie powiedzenie „ubrał się diabeł w ornat i na mszę dzwoni” pasuje jak ulał do ostatniej rosyjskiej inicjatywy w ramach imperialnej polityki historycznej Moskwy. Inicjatywa budowy pomnika „zamęczonych” przez Polaków Czerwonoarmistów na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie pojawiła się akurat w momencie, gdy Rosjanie słusznie oskarżani są o prawdziwe morderstwa i ‒ kolejną przecież ‒ militarną agresję.

Ciekawe, że silniejszy odpór temu skandalowi dają władze samorządowe, a nie rządowe.

A ja tylko czekam na to, jak objawią się kolejni rzecznicy hańby domowej i zaprzaństwa, którzy powiedzą, że przecież jakoś trzeba tych Moskali uczcić. W 2010 roku kilka tygodni po tragedii smoleńskiej pożyteczni idioci z „elit” artystycznych i medialnych składali wiązanki na cmentarzach żołnierzy sowieckich. Było to szaleństwo podniesione wszak przez „Gazetę Wyborczą” do rangi cnoty. Pozostaje mieć nadzieję, że owych prorosyjskich zaprzańców będzie dziś jednak mniej niż przed czterema laty. W międzyczasie bowiem niedźwiedź z Kremla znów zaatakował sąsiada i jakby już nie wypadało przytulać się do niego publicznie.

W Prasie

Europarlament od kuchni

Posted on

logo-GP

Tym razem, wyjątkowo, tytuł tej wieloletniej rubryki powinien brzmieć nie „Widziane z Brukseli”, lecz widziane w Brukseli. Dzisiaj chciałbym opowiedzieć o molochu, w którym pracuję i mam prawdziwy zaszczyt reprezentować moją Ojczyznę od 10 lat. To będzie story o Parlamencie Europejskim, z jakiego istnienia nie zdajecie sobie sprawy. Boć to jest swoiste „państwo w państwie”. Na przykład kto wie, że na brukselską część europarlamentu – jedną z trzech siedzib PE, obok Strasburga i Luksemburga – składa się aż 16 budynków? Zajmują one blisko 620 tysięcy metrów kwadratowych. W stolicy Alzacji jest ich już „tylko” pięć. Ale te francuskie włości PE też są spore – to obszar przeszło 140 tysięcy metrów kwadratowych.

O ile europosłowie z 28 krajów jeżdżą tylko do Brukseli i Strasburga, o tyle europarlamentarna administracja „okupuje” jeszcze siedem kolejnych biurowców w Luksemburgu. Zajmują one prawie 220 tysięcy metrów kwadratowych. W sumie, gdy się to wszystko podliczy, instytucje należące do europarlamentu w tych trzech państwach zajmują prawie jeden milion 200 tysięcy metrów kwadratowych. Na owo prawdziwe euroimperium składa się 18 budynków będących własnością PE i dziesięć wynajmowanych. Wartość tych nieruchomości to, bagatela, dwa i pół miliarda euro.

Nie będzie to chyba niespodzianką, ale europarlamentarni urzędnicy podzieleni na kilkanaście kategorii (niektórzy złośliwie mówią, że przypomina to system kast w Indiach) nie dojeżdżają do pracy raczej tramwajami. Choćby tytułem przykładu, tylko dla nich jest tu zarezerwowanych ponad 400 miejsc parkingowych w budynku przy Square de Meeus w stolicy Królestwa Belgii, a kolejnych 150 w budynku nazywanym imieniem byłego premiera Belgii Wilfrieda Martensa, dodajmy do tego jeszcze kilkupoziomowy olbrzymi garaż pod głównym budynkiem PE w Brukseli.

„Ruch jest wszystkim” ‒ pisał Eduard Bernstein. Urzędnicy pracujący w Luksemburgu będą przeniesieni w latach 2017-2019 z siedmiu dotychczasowych budynków do jednego giganta.

Bo nasz, europejski, parlament intensywnie wybiega w przyszłość. Już teraz wiadomo, że niedługo zostanie oddany do użytku, skądinąd jeszcze zanim powstał budzący kontrowersje, tzw. Dom Europejskiej Historii. Najwcześniej będzie go można zwiedzać w 2015 roku, a czy opóźni się o kilka lat ‒ jak nasz Gazoport pod rządami Tuska – pożyjemy, zobaczymy. W każdym razie ta instytucjonalna próba przedstawienia wspólnych dla wszystkich dziejów Starego Kontynentu budzi uzasadnione wątpliwości.

Ale europarlament nie tylko wybiega w przyszłość, też systematycznie poszerza swoje włości i tworzy filie. Unijne „ambasady” istnieją w stu kilkudziesięciu krajach świata, ale o dziwo, poza przedstawicielstwami Komisji Europejskiej, są też liczne przedstawicielstwa PE. Do tego dochodzą tzw. Biura Informacyjne, które funkcjonują w każdej stolicy państwa członkowskiego UE, ale też również w innych metropoliach, jak np. Wrocław, Monachium czy Barcelona. A ponieważ europejski podatnik płaci za ich działalność jak za zboże, to w tej chwili władze PE negocjują czynsze za budynki w takich miastach jak Berlin, Sztokholm, Praga, Bukareszt, Bratysława, wspomniany już Wrocław, ale też Ryga i Tallin. W kolejce czekają Dublin i słoweńska Lublana.

W dniu, w którym piszę te słowa na wieczorne spotkanie pojadę z siedziby PE w Brukseli autem z naszej floty samochodowej. Będzie to jeden z 86 tysięcy kursów, jakie robią europosłowie w ciągu roku. Podczas każdej sesji plenarnej w Strasburgu jest ich około 2 600, a podczas tygodni posiedzeń komisji europarlamentarnych w Brukseli mniej ‒ bo 2 150.

Przyznajcie Państwo, czy o którymkolwiek z tych faktów wiedzieliście wcześniej, zanim nie napisał tego jadący właśnie pociągiem europoseł Czarnecki?

W Prasie

Nowy eurosojusz - w cieniu przesłuchań

Posted on

logo

Oczy politycznej Europy zwrócone są na Brukselę. Trwają przesłuchania kandydatów na komisarzy nowej Komisji Europejskiej Jeana Cluaude’a Junckera. W ostatnich dziesięciu latach, podczas promowania dwóch kolejnych Komisji Jose Manuela Durao Barroso, europarlament dwukrotnie potrafił „odsiać” niektórych z komisarzy. Wynikało to ze względów bądź merytorycznych (Łotysz w 2004, Bułgar w 2009), bądź ideologiczno-politycznych (Włoch 2004). Prawdę mówiąc, kandydat na komisarza musi wypaść naprawdę źle, aby dostał tzw. „negat”. Przed pięcioma laty bułgarska kandydatka na komisarza ds. pomocowych i katastrof humanitarnych nie była w stanie wymienić państw nad Zatoką Adeńską, które takiej akcji charytatywnej najbardziej wówczas potrzebowały.

Ale są to sytuacje skrajne i zwykle nawet słabsi merytorycznie przyszli komisarze nie oblewają owych hearings, bo ich kandydatury są elementem pewnego uzgodnionego pakietu politycznego. Jeśli teraz ‒ mówiąc konkretnie ‒ nastąpiło polowanie z nagonką na kandydata z Wielkiej Brytanii – konserwatysty (politycznie niepoprawnego konserwatysty, bo ów eksszef Izby Lordów jest, jak na warunki Starego Kontynentu, zbytnio eurosceptyczny), to w drodze rewanżu torysi ze Zjednoczonego Królestwa uderzą w słabą merytorycznie kandydatkę z Czech (z frakcji liberałów). Jeśli socjaliści zerwą skalp z hiszpańskiego kandydata na stanowisko komisarza ds. ochrony środowiska, to z zemsty Europejska Partia Ludowa, która go wystawia zaczai się na słoweńską socjalistkę, skądinąd byłą premier tego kraju.

Rzecz w tym, że naruszenie jednego kawałka z tych europuzzli, kosztem określonego państwa i określonej grupy politycznej, może oznaczać brukselską wojnę wszystkich ze wszystkimi i wręcz opóźnienie formowania Komisji Europejskiej.

Jednak, jak to zwykle w polityce międzynarodowej bywa, najciekawsze nie jest na powierzchni, lecz w kuluarach. A tu, na naszych oczach, choć za dyskretnie zasuniętymi firankami tworzy się dość niespodziewana koalicja, której zaistnienia nikt, jako żywo, nie przewidywał jeszcze pięć miesięcy temu. Chodzi o układ dwóch niegdyś wielkich rywali i konkurentów jako Spitzenkandidaten czyli kandydatów dwóch największych frakcji w Parlamencie Europejskim (chadeków i socjalistów) na szefa Komisji Europejskiej. Zwycięzca Jean Claude Juncker, w dobrze pojętym własnym interesie, dogaduje się najwyraźniej z pokonanym w tym wyścigu, choć wciąż zachowującym bardzo ważne stanowisko szefa europarlamentu i członka władz niemieckiej SPD, Martinem Schulzem. Pisałem o tym już w tekście „Wszyscy ludzie Junckera” („GPC” nr 920, 20.09.2025). Byłaby to nowa konfiguracja polityczna na unijnej scenie. Dotychczas pewną normą – poza świeżą rywalizacją już schodzących z europejskiego horyzontu politycznego: przewodniczącego Komisji Europejskiej Jose Barroso i przewodniczącego Rady Europejskiej Hermana Van Rompuya (mającą zresztą źródło w nieprecyzyjnym Traktacie Lizbońskim, który zupełnie niedookreślił kompetencji szefów obu tych instytucji) ‒ były spory na linii właśnie: europarlament ‒ KE. W 1999 roku parlament do spółki z Europejskim Trybunałem Obrachunkowym w Luksemburgu doprowadził do dymisji Komisji Europejskiej Jacques’a Santera, czasem „odstrzeliwał” kandydatów na komisarzy, a często dość twardo, nawet brutalnie pod względem werbalnym, atakował ich, choć nie był w stanie, czy nie chciał, doprowadzić do ich dymisji w trakcie trwania kadencji (choćby tytułem przykładu podam ostre polemiki szefa europarlamentu Schulza z ówczesnym wiceprzewodniczącym Komisji Europejskiej Antonio Tajanim, obecnie skądinąd jednym z dwóch włoskich wiceprzewodniczących Parlamentu Europejskiego). To się może powtarzać, ale raczej nie w najbliższych latach.

Dla sojuszu Juncker ‒ Schulz istnieją obiektywne przesłanki. To po prostu leży w interesie i Luksemburczyka, i Niemca. Przewodniczący PE chce zapewne wrócić po przeszło dwóch dekadach do niemieckiej polityki i to jako jeden z głównych rozgrywających w SPD. Na pewno do rządu, być może nawet jako kandydat na kanclerza. Stąd w jego podstawowym interesie leży ograniczenie wpływów wszechmocnej dotąd chadeckiej kanclerz Niemiec. Juncker natomiast nie będzie na pewno w takim stopniu spolegliwy wobec Berlina, jak jego odchodzący belgijski poprzednik, też przecież były premier. Van Rompuy jeździł do Berlina znacznie częściej niż do Gandawy czy Antwerpii. Na tyle często, że nie było to już żadnym wydarzeniem. Będąc daleki od poniżania go, jak to zrobił Nigel Farage, mówiąc iż Flamand ma charyzmę jak ścierka do podłogi (mop), trzeba jednak stwierdzić, że trudno mi zbyt gorliwie polemizować ze złośliwcami, którzy określili Van Rompuy’a jako „przewodniczącego na telefon”. To oczywiście nawiązanie do słynnego powiedzenia Kissingera o tym, że w Europie nie wiadomo do kogo zadzwonić z Białego Domu. Po pierwsze: już wiadomo. I Van Rompuy też już wiedział do kogo dzwonić… Juncker pamięta też, że Merkel poparła go na szefa Komisji późno, niechętnie i niemrawo. I że, choć długo jest już kanclerzem, pamiętała, iż jeszcze dłuższy staż premierowski od niej miał właśnie Juncker. Rozbudowane ego Junckera jest w pewnym sensie sojuszem w walce o uniezależnienie się od Berlina. Paradoksalne w tym Junckera procesie uniezależniania się pewną rolę może odegrać także Niemiec – tyle że z lewicy. Stąd też szefowie obu instytucji unijnych są skazani na ten, pozornie egzotyczny, sojusz.

Tym bardziej, że jest rzeczą oczywistą, iż kanclerz Merkel może w swej rozgrywce liczyć na nowego przewodnczącego Rady Europejskiej – Donalda Tuska. Tusk jest merytorycznie słaby, językowo też nie jest mocarzem, będzie więc szukał oparcia tam, gdzie znajdował od dłużej niż siedmiu lat, ‒Angela Merkel przecież postawiła na niego, gdy był jeszcze liderem opozycji wobec „nacjonalistów”‒ Kaczyńskich. A dla kanclerz RFN nic się nie zmieniło: Tusk był w jej drużynie jako lider opozycyjnej PO, był jako szef rządu PO-PSL i będzie jako szef Rady. Co zresztą bardzo zwiększa jego szansę na europejską reelekcję w 2017. Chyba, że dopuści się jakiegoś skandalu…

Gdy piszę te słowa, wiadomo już że Brytyjczyk Jonatan Hill został negatywne oceniony przez europarlamentarzystów. Utarto nosa Brytyjczykom, choć na pewno kilku kandydatów na komisarzy było znacznie merytorycznie słabszych od tegoż angielskiego lorda. Czy to wywoła dalsze personalne tąpnięcia w składzie Komisji? Zobaczymy. Jednak nie zachwieje współpracą szefów Komisji Europejskiej i Rady Europejskiej. Ta nowa Oś ‒ albo jak kto woli nowa Entente Cordiale ‒przetrwa co najmniej do stycznia 2017 roku (koniec kadencji Schulza). Będzie na pewno jednym z wektorów wyznaczających układ sił i rozgrywki na europejskiej scenie politycznej. Warto o tym pamiętać.

Także w kontekście zastanowienia się, na ile aktualny na najbliższe lata będzie dogmat polskiej prawicy, deklamującej od dawna, iż więcej kompetencji powinna mieć Rada Europejska (przecież kompletnie w tej chwili zdominowana przez Niemcy) kosztem Komisji Europejskiej i Parlamentu Europejskiego, gdzie głos polskiego obozu patriotycznego może pobrzmiewać dość donośnie.

W Prasie

Zagrajmy z Komisją i europarlamentem

Posted on

logo-GP

Geopolityka polska

Od lat Polska prawica powtarza, niczym mantrę, że „Bruksela” powinna mieć jak najmniej kompetencji. Można w tym momencie strawestować pytanie zadane w wierszu Juliusza Słowackiego o tych, którym Bóg z Mojżeszowego pokazał się krzaka i gdy krzyczeli „Polska!, Polska!”, zapytał: Jaka?”. No właśnie, do jakiej Brukseli nie chcemy przekazać kompetencji? Brukseli ‒ Rady Europejskiej? Brukseli ‒ Komisji Europejskiej? Brukseli ‒ Parlamentu Europejskiego? Wszystkie te trzy główne – i konkurujące ze sobą ‒ unijne instytucje mieszczą się przecież w stolicy Królestwa Belgii.

Rada Europejska zakładnikiem Berlina

Prawicowy dogmat brzmi od lat niezmiennie: jak najwięcej kompetencji dla instytucji, w której reprezentowane są władze (rządy lub prezydenci) państw narodowych, a jak najmniej dla Komisji i europarlamentu. To właśnie skandujemy, deklamujemy, piszemy od lat. To niewątpliwie ideologiczne podejście jest ze wszech miar słuszne. Tyle, że dziś ideologia nie nadąża za rzeczywistością. Paradoksalnie – to już moje własne, czysto subiektywne odczucie – sytuacja przypomina tę, którą przez lata miałem okazję obserwować w PE w Strasburgu (i Brukseli oczywiście). Oto bowiem brytyjscy eurosceptycy (bynajmniej nie z UKIP, także ci z partii mainstreamowych np. liberalni demokraci), ale też i nacjonaliści z Litwy czy autonomiści (Lega Nord) z Republiki Włoskiej, powiewając flagami narodowej suwerenności i szafując takimiż hasłami sprzeciwiali się… potępianiu i blokowaniu Nord Streamu (Gazociągu Północnego). Po prostu dogmatycznie uznawali, że decyzja rządu danego państwa – w tym przypadku niemieckiego ‒ nie może być zakwestionowana, z żadnego powodu, przez organizację miedzynarodową. W ten sposób, z generalnie słusznych ideologicznie powodów, te narodowe, „suwerennościowe” środowiska polityczne szły w sukurs Moskwie. Ta polityczna głupota niekoniecznie wynikała z agenturalności, ale często z bezmyślności.

Przypomina to sytuację z najnowszych już czasów, ale dotyczącą relacji państw narodowych z najważniejszymi graczami na unijnej szachownicy: Radą, Komisją, europarlamentem. Dziś też grozi nam pokusa skrajnej bezmyślności, gdy z niewątpliwie patriotycznych, słusznych powodów będziemy starali się zwiększać kompetencje Rady Europejskiej – mimo, że coraz bardziej jest ona zdominaowana przez jedno, dwa państwa. A mówiąc wprost, RE stała się zakładnikiem Berlina. Jest to spektakularne po porażce Nicolasa Sarkozy’ego w wyborach prezydenckich i przyjściu Hollande’a, z którym Merkel niemal się nie liczy. Praktyką szczytów Rady Europejskiej w ostatnich latach było iż przywódcy 27, a po akcesie Chorwacji 28, państw często dowiadywali się z amerykańskich gazet czy innych przecieków jakie najważniejsze decyzje polityczne podejmą. I tak wcześniej było to ustalone na linii Berlin-Paryż, a raczej narzucane przez Republikę Federalną Niemiec, przy zachowaniu pozoru, że Francja też jest w grze. Rzadko, w wyjątkowych sytuacjach, decyzje te były konsultowane – tak, tak ‒ z Cameronem. Jeszcze rzadziej z bogatą Holandią czy dużymi, ale wstrząsanymi kryzysem, krajami Europy Południowej: Włochami i Hiszpanią.

Ten duopol, a w politycznej praktyce monopol, powoduje, że polska prawica nie powinna modlić się do fetyszu o nazwie „Rada Europejska”. Czas na zmianę strategii.

Chocholi taniec prawicy i nowe realia

Wreszcie należy przerwać ten chocholi taniec, w którym zamyka się oczy na otaczającą nas rzeczywistość. W myśl zasady, że „wirtual” wygrywa z „realem”, a „bajeczki ideolo” wypycha racjonalne podejście do układu sił w instytucjach europejskich.

To doprawdy proste: jeśli Rada stała się instrumentem poszerzania swoich wpływów przez Berlin, to w naszym narodowym interesie powinniśmy w większym stopniu „grać” z Parlamentem Europejskim i komisją Junckera. Europarlament z racji swego oczywistego dywersyfikowania jest miejscem, w którym znacznie łatwiej jest nie tylko zaprezentować swoje stanowisko, zgodne z polską racją stanu, ale też uzyskać dlań szersze poparcie. Szefowie rządów krajów członkowskich UE myślą nierzadko o swojej dalszej zawodowej przyszłości. Są zatem skłonni do nabierania wody w usta w sytuacjach konfliktowych i uwidaczniania się różnic w interesach poszczególnych narodów czy państw. To nie aluzja do Tuska, ale stwierdzenie faktu: był on jednym z tych, którzy robili wiele, aby nie artykułować własnego interesu kraju, w momentach gdy zderzył się on z interesem Berlina czy innych „możnych” w Unii. Nie dotyczy to tylko premierów, ale też prezydentów: Tarja Halonen, przez dwie kadencje głowa państwa w Filnadii, w ostatnich latach swej prezydentury nie była jakoś orędownikiem aktywnej polityki wschodniej UE ograniczającej wpływy Moskwy, by wkrótce potem zostać członkiem Rady Nadzorczej spółki budującej Nord Stream…

Jean Claude Juncker jest federalistą, ale w bieżącej grze politycznej będzie z całą pewnością starał się ograniczyć wpływy kanclerz Merkel. Nie dlatego, że reprezentuje wielki kraj, bo przecież to były premier Luksemburga, ale dlatego, że uważa, iż „wie lepiej” niż Frau Kanzlerin. Będzie więc „stawiał się” Niemcom, bo wynika to z jego do prawdy dużego ego i w rzeczy samej dużej osobowości. Warto więc, aby przyszły polski rząd szukał dobrych relacji z Komisją Europejską, a ściślej biorąc, z jej szefem.

Podobna sytuacja jest z europarlamentem. Z powodów wewnątrzniemieckich, marzący zapewne o fotelu kanclerza w Berlinie, przewodniczący PE Martin Schulz, nie będzie dawał wodzić się za nos swojej potencjalnej politycznej konkurentce w RFN.

Zapewne czasowo, przez kilka lat, ale jednak i Komisja Europejska pod wodzą Junckera, i PE pod wodzą Schulza, będą zapewne ze względu na osobiste interesy ich liderów, przeciwwagą dla rządu w Berlinie. To szansa dla Polski. Nie należy jej zaprzepaścić ze względu na „ideologiczne” racje. Choćby nawet na dłuższą metę racje te były uzasadnione i trzeba by do nich wrócić, gdy zmienią się personalne europuzzle

W Prasie

„AA” w MON i bufet HGW

Posted on

logo-GP

Kiedyś, za nieboszczki PRL, resortem obrony narodowej rządziła grupa trzymająca władzę, oznaczona mylącym nieco kryptonimem „AA”. AA – jak anonimowi alkoholicy. Byli to generałowie, podaję w kolejności alfabetycznej: Baryła, Kufel, Oliwa i Żyto.

III RP musiała się do tego jakoś odnieść i na stanowisko szefa MON (za „pierwszego Tuska”) skierowała lekarza. Lekarz, wiadoma rzecz, z alkoholizmu wyleczy, nie wyleczy, ale podleczyć za to może i choćby na kaca przepisać tabletki albo pitą pod tym kątem w Moskwie „kawę po warszawsku”. Skądinąd jest to kawa z… cytryną – jako żywo w Warszawie takiej nie spotkałem, ale w Rosji też nie jedzą „ruskich pierogów”. Zatem na problemy alkoholowe w kadrze MON lekarz i to lekarz psychiatra.

Zabawne, że w 2005 roku Platforma Obywatelska szła do wyborów pod hasłem: „Premier z Krakowa”. Wyszła figa z makiem, z pasternakiem. Tymczasem w 2007 roku już żadnej zapowiedzi osobnika z Krakowa nie było, ale człowiek z tegoż grodu się jednak w rządzie PO-PSL objawił w postaci nowego lekarza psychiatry w cywilu, a w gabinecie Tuska jako minister obrony narodowej. Pan doktor ścichapęk wziął do rządu… swoich pacjentów. Po pewnym czasie chłopak z trójmiejskiego podwórka wyrzucił z gabinetu lekarza z Krakowa. To zauważyli wszyscy. Jednak uwadze opinii publicznej uszedł fakt, że co prawda psychiatrę wykopano, ale jego pacjenci w Radzie Ministrów pozostali…

Nie mów, Drogi Czytelniku, o rządzie Tuska czy rządzie Kopacz, że to „nie mój cyrk, nie moje małpy”. Może to i nie Twój cyrk i nie Twoje małpy, ale pchły (szachrajki) z owych małpiszonów natychmiast stały się Twoje, to jest to jednak rządowy cyrk na kółkach. Zwany też tuskobusem. A teraz „kopaczobusem”. Dyrektor tego cyrku właśnie wyemigrował, za chlebem, panie, za chlebem, ale z masłem, panie, z masłem i szynką, do Brukseli. Ot, emigracja zarobkowa. Zostawmy generałów o aluzyjno-alkoholowych nazwiskach i psychiatrę na czele resortu wojny, który wziął do rządu swoich pacjentów, ale zapomniał ich zabrać ze sobą ze wszystkimi tego dla Polski skutkami. Zupełnie już na trzeźwo Jasio Krzysio Bielecki, ekspremier i niedoszły brukselski komisarz (Tusk wybrał przyjaciółkę ‒ a nie przyjaciela…), w rozmowie z „zaprzyjaźnioną telewizją” powiedział ze szczerością godną „trzynastki”, że w czasie, gdy był dyrektorem w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju w Londynie, nie przewidział natężenia ruchu na autostradzie A1 i dlatego EBOR nie dał Polsce pożyczki… Stąd „Jedynką” zajęła się prywatna firma!

Uwaga generalna: duch generała Kiszczaka wciąż unosi się nad III RP. Kiedyś ta podpora WRON-y był łaskaw sformułować motto łączące PRL z państwem UW, SLD i PO (oczywiście zawsze z PSL-em, odcinającym kupony), że „z państwem nikt nie wygra”. Nikt – czyli żaden obywatel. Do obecnej rzeczywistości pasuje, jak ulał.

Teraz powstał nowy rząd, ale pewnie po staremu będzie walczył z obywatelami, w tym przedsiębiorcami. Jest jak u George’a Orwella: u niego Ministerstwo Pokoju zajmowało się wojną, a u nas Platforma Obywatelska zajmuje się wojną z obywatelami. W nowym rządzie jest Grzegorz Schetyna, w związku z tym Donek Tusk już się pożarł ze swoją ‒ podwójnie byłą przyjaciółką ‒ Ewką Kopacz.

Będę na koniec wyjątkowo przewrotny i złośliwy (co mi, jak wiadomo, w ogóle się nie zdarza) i zacytuję Schetynę, który gdy powstawała formacja Polska XXI z walnym udziałem prezydenta Wrocławia Rafałka Dutkiewicza, powiedział, że gdy jest się prezydentem dużego miasta, to nie ma czasu na politykę… Już czekam jak to samo wygarnie w twarz wiceprzewodniczącej PO i prezydentowi jeszcze większego miasta niż Wrocław ‒ Hanusi Gronkiewicz-Waltz. Raczej nie wygarnie, bo sprytna Hania, jak ćwierkają wróbelki z PO, już przeskoczyła z bufetu Donka do bufetu Grzesia.