W Prasie

Mapa świata. Świata problemów

Posted on

logo-GP

Widziałem ostatnio oryginalną mapę świata. Poszczególne kontynenty oznaczone były trzema kółeczkami. Umieszczono je w porządku pionowym. Przy owych kółkach liczby od 1 do 3. W kółkach zaś… nazwy głównych problemów, przed którymi stoją państwa danego kontynentu. Doprawdy pasjonująca mapa globu. A zamieścił go „Newsweek”. Oczywiście ten amerykański. Tenże tygodnik wychodzący w USA poluje na wyzwania i problemy, przed którymi stoi świat. Ten „Newsweek”, który wychodzi w Polsce poluje na PiS i Kaczyńskiego. Ten pierwszy bywa ciekawy. Ten drugi jest najzwyczajniej w świecie nudny.

Ów przewodnik po współczesnych „plagach egipskich” rożni się w zależności od kontynentu. U nas, „w rodzinnej Europie”, na Starym Kontynencie problemem nr 1 jest wzrost gospodarczy. Wyzwanie nr 2 to bezrobocie wśród młodzieży. Wreszcie ból głowy nr 3 to, co dość oczywiste, „relacje UE-Rosja”, jak to określono. Po sąsiedzku, w Azji, mapa problemów wygląda zupełnie inaczej. Pierwsze miejsce zajmują „napięcia geopolityczne”. Potem idą „strukturalne reformy ekonomiczne”. Wreszcie, na ostatnim miejscu, pomieszczono problemy wynikające z zarządzaniem wielkimi miejskimi aglomeracjami: Azja się dusi, zwłaszcza Azja w wielomilionowych molochach Chin, Japonii, Indii, Korei Południowej.

Drugi sąsiad Europy, ten poniżej czyli Afryka to kontynent, gdzie dystans do świata Zachodu czyli „Północy” powiększył się od czasów kolonialnych! Kiedy „Czarny Ląd” był zależny od „białych”, jego rozwój ekonomiczny był szybszy niż obecnie, gdy jego mieszkańcy sami sobie są „sterem, żeglarzem, okrętem”. Ale Afryka jest zróżnicowana. Jednak inne są problemy Afryki Północnej, Maghrebu, tej najbardziej zeuropeizowanej części tego kontynentu, a inne odleglejszej geograficznie i cywilizacyjnie części Afryki, powiedzmy, niearabskiej czy też „właściwej”. W tej drugiej dużo większej części Afryki problem numer 1 to edukacja (!). Na miejscu drugim jest zarządzanie. To akurat widać, słychać i czuć. Trzeci kłopot to poważny brak infrastruktury. Skądinąd te cyferki: 1, 2, 3 to rzecz umowna. Akurat problem totalnego braku infrastruktury w Afryce może być traktowany jako problem najgłówniejszy z głównych, wręcz problem cywilizacyjny. Równie dobrze zresztą za największe wyzwanie Afryki może być uznany jednak głód, a obecnie jednym z głównych jest epidemia eboli.

W Ameryce Południowej największą plagą jest korupcja. Na drugim miejscu to samo, co uznano za największy problem w Afryce – czyli edukację. Na miejscu trzecim są nierówności społeczne. Nad Ameryką Łacińską, u góry, znajduje się Ameryka Północna z problemami zupełnie innymi poza jednym. Tak, oczywiście chodzi o nierówności społeczne, które uznano za „problem numer jeden”. Zaraz po tym zmiany geopolityczne. To akurat nie dziwi w sytuacji najsilniejszego państwa w świecie, które jest „trendsetterem” wszelkich nowych tendencji i wyzwań w polityce międzynarodowej. Na trzecim miejscu na liście największych problemów uznano ‒ co może wydać się nieco kontrowersyjne ‒ „zmiany klimatyczne”. Są tacy, którzy w ogóle kwestionują efekt „globalnego ocieplenia”. Ale na pewno można polemizować czy to akurat jest na tym bogatym kontynencie „problem numer trzy”. Kontrowersyjna rzecz z tymi tendencjami (lub ich brakiem) klimatycznymi, skoro akurat USA nie chcą wpisać się ‒ podobnie jak Indie, Chiny czy Brazylia ‒ w ostre regulacje proekologiczne proponowane czy narzucane przez Unię Europejską.

Co kraj ‒ to obyczaj. Co kontynent ‒ to problem. Choć akurat z tymi, które zdiagnozowano w Europie trudno się nie zgodzić. Można się tylko zastanawiać czy trudne „relacje UE-Rosja” nie powinny być jednak wyżej, nad „wsparciem wzrostu gospodarczego i innowacji” oraz „bezrobocia wśród młodzieży”.

Proszę docenić, że nie napisałem nic o świętych krowach z PKW. Ani słowa ‒ poza dowcipem: „Przychodzi szef PKW do psychiatry. ‒ Co Panu dolega? ‒ Prześladują mnie głosy”… .

W Prasie

PKW skompromitowała Polskę

Posted on

logo

„Przychodzi przewodniczący PKW do psychiatry. ‒ Co Panu dolega? ‒ Prześladują mnie głosy.” Albo: „Państwowa Komisja Wyborcza jest nieustająco w stanie… spoczynku”. Takie oto dowcipy ludzie rozsyłają sobie smsami albo emailami (email to wiadomość przekazywana za pomocą internetu, szanowni panowie z PKW).

Śmieję się z tego poczucia humoru Polaków, ale śmiech zamiera mi na ustach, bo przecież ta wyborcza farsa kompromituje Polskę na całą Europę i pół świata. Pół ‒ bo fakt, w niektórych krajach afrykańskich czy azjatyckich bywa jeszcze gorzej. Ale na pewno nie we wszystkich.

Skądinąd warto przypomnieć, że wyniki wyborów do Parlamentu Europejskiego ogłoszono w Polsce jako w ostatnim (!) kraju UE (poza targaną konfliktami religijnymi Irlandią Północną…).

Ta sprawa wyborów A. D. 2014 ma dwa wymiary: międzynarodowy i krajowy. Zagranicą kompromituje Polskę jako państwo totalnego bałaganu, chaosu, a zapewne też manipulacji wyborczych. W wymiarze wewnętrznym przypomina wybory z 1947 roku, sfałszowane przez komunistów.

Nie wiem czy uda się unieważnić wybory samorządowe czy (i?) podjąć decyzję o przeprowadzeniu szybko nowych. Ale wiem, że wyborów parlamentarnych trzeba dopilnować i wygrać tak, aby nawet „cuda nad urną” nie pomogły.

W Prasie

Jak to się robi w USA…

Posted on

logo-GP

Lubię amerykańską politykę. Wiem, że jest ona, uwaga, znacznie bardziej brutalna niż ta w Polsce czy gdziekolwiek w demokratycznym świecie. Wiem, że kampanie wyborcze w Stanach są najdroższe na świecie (na drugim miejscu… Ukraina!). To może oburza, ale takie po prostu jest (polityczne) życie.

Przepadam za amerykańską polityką, w której kampania wyborcza zaczyna się dzień po wyborach i w której wybory ‒ dzięki rotacji w Kongresie i w Senacie ‒ trwają w zasadzie na okrągło. Jakaż to barwna kampania! Nawet bardziej niż w słynnym filmie USA „Barwy kampanii”.

J.D. Winteregg, walczący o fotel przewodniczącego Izby Reprezentantów rywalizował o to stanowisko z wytrawnym liderem Republikanów Johnem Boehnerem. W kampanii wypuścił pastisz reklamy tabletek na zaburzenie erekcji („erectile disfunction”). Narrator informuje w nim o problemie… zaburzenia wyborczego („electile disfunction”) w następujący sposób: „Może to być kwestia przepływu krwi. W momencie, kiedy polityk jest przy pracy zbyt długo, krew wędruje do głowy i nie potrafi on wykonywać swojej pracy należycie”. Owa niby to reklama kończy się tak: „Jeśli Twój Boehner (po angielsku wzwód to boner ‒ tak gwoli informacji…) trwa dłużej niż 23 lata skonsultuj się koniecznie z lekarzem lub farmaceutą”. Ową reklamę obejrzało na YouTube aż 418 tysięcy widzów. Ale Winteregg jednak przegrał, bo jego republikański rywal nie tyle rozbawiał wyborców, co walił w oponenta niczym Cassius Clay czyli Muhammad Ali.

W ten sposób zwycięski, choć niespecjalnie charyzmatyczny, John Boehner potwierdził opinię naukowców z Uniwersytetu Stanowego w Waszyngtonie ‒ specjalistów od spotów wyborczych, którzy udowodnili, że „czarny PR”, kampania negatywna, straszenie ludzi często działa lepiej niż efektowne filmiki, z których ludzie się śmieją i nawet je zapamiętują. Jest jeden wszak warunek: na taką negatywną czy brudną kampanię może decydować się kandydat, który prowadzi w sondażach.

Kandydat Winteregg przegrał podwójnie. Nie tylko poniósł wyborczą porażkę, ale jeszcze dodatkowo po emisji swojego, ociekającego seksualnymi konotacjami, spotu stracił robotę na katolickiej uczelni.

Zabawna, finezyjna, mniej ostra była w ostatnich tygodniach kampania wyborcza do Senatu w stanie Michigan. Demokraci zarzucali kandydatce Republikanów Terri Lynn Land, że zajmuje się głównie problemami kobiet. Na co prawicowa kandydatka odpowiedziała spotem, w którym mówi: „Kongresman Peters i jego wspólnicy chcą sprawić, byście uwierzyli, że prowadzę wojnę w sprawie kobiet. Naprawdę? Pomyślcie przez chwilę”. W tym momencie pojawiła się skoczna muzyka, najazd kamery na kandydatkę, która popija kawę i spogląda na swój zegarek, by po dłuższej chwili powiedzieć na koniec: „jako kobieta wiem nieco więcej o kobietach niż Gary Peters”.

Demokraci odpowiedzieli na to spotem, który chciał przekonać wyborców, że ów Peters nie jest typowym „człowiekiem Obamy”, który nic tylko podnosi podatki. Spot ów zatytułowali „Oszczędny”. A w nim żona kandydata mówi o mężu: „nie chciałabym go nazwać skąpcem, ale nasza pralka jest starsza od naszych dzieci”. Sam Peters na koniec chwali się, że jego rodzina „wystąpiła w tym spocie za darmo”, a sam pojawia się w podartym swetrze i dziurawych butach. Skrajny populizm? Ale skuteczny, bo to Pan Gary został senatorem, a nie Pani Terri.

No i jak nie lubić amerykańskiej kampanii …

W Prasie

Być Polakiem na Ukrainie

Posted on

logo-GP

Geopolityka polska

Październik 2014. Miejscowość Chodów pod Tarnopolem. W tym miejscu równo 320 lat temu, 400 polskich husarzy i pancernych pognało… 40 tysięcy Tatarów. To jedna z najbardziej spektakularnych wiktorii polskiego oręża. Rocznica bitwy nie jest specjalnie okrągła, ale dobrze, że ją obchodzimy. Do Chodowa zjechała grupa rekonstrukcyjna polskiej husarii, polscy parlamentarzyści i dyplomaci. Są też miejscowe władze ukraińskie ‒ żeby było ciekawie reprezentujące partię… „Swoboda”, silną na tamtym terenie, choć za parę dni poniesie ona druzgocącą porażkę w wyborach parlamentarnych. Do polskich husarzy w ramach braterstwa broni dołączyli Kozacy, choć prawdę mówiąc, w bitwie pod Chodowem wcale ich nie było.

Następnego dnia w Tarnopolu odbywa się uroczysta msza święta w szóstą rocznicę oddania do użytku nowego kościoła katolickiego, w którym pracują polscy księża i wokół którego skupiają się Polacy. Dobrze, że go zbudowano, ale ja zupełnie nie rozumiem dlaczego Ukraińcy nie oddali miejscowej polskiej wspólnocie kościoła podominikańskiego, który przejęli, prawem kaduka, grekokatolicy. Skądinąd zabrali oni też budynki przyległe do katedry, w tym szkołę pojezuicką i nie chcą oddać. To przykład jednego z wielu problemów własnościowych, religijnych, po części politycznych jakie istnieją w relacjach między Ukraińcami a Polakami u naszego sąsiada.

Gdzie zniknęło 130 tysięcy Polaków?

Według spisu powszechnego z 1989 roku na terenie Ukrainy żyło 270 tysięcy Polaków. Natomiast według spisu z 2001 roku ich liczba spadła do ledwie 144 tysięcy. Tak olbrzymia zmiana ilościowa ‒ zmniejszenie polskiej populacji o blisko połowę ‒ wydaje się wręcz nieprawdopodobna. Tym bardziej, że przecież w ciągu tych 12 lat nie nastąpiła jakaś specjalna fala emigracji do Polski. Prawdopodobnie zatem spis ten został sfałszowany.

Są trzy główne polskie skupiska na terenie Ukrainy. To, w kolejności liczby Polaków, Żytomierszczyzna (która przestała być częścią Polski podczas II rozbioru, a mimo to ‒ cóż za fenomen ‒ polskość kwitnie tam do tej pory), drugie ‒ Lwowskie, trzecie ‒ Obwód Chmielnicki. Te trzy skupiska stanowią połowę Polaków na Ukrainie. A jaka jest ich rzeczywista liczba? Biorąc pod uwagę rzymskich katolików ‒ a ci przeważnie to Polacy ‒ mieszkających na zachodniej i centralnej Ukrainie, społeczność polską można szacować na 300 do 500 tysięcy osób.

Jak na tak sporą ilość Polaków zaskakiwać może relatywnie niska ilość polskich szkół i punktów nauczania języka polskiego. W tej chwili na Ukrainie istnieje sześć szkół z językiem polskim. Pięć z nich jest na Ziemi Lwowskiej, jedna w Obwodzie Chmielnickim, a konkretnie w Gródku Podolskim. Ponadto istnieje też przeszło sto szkół, w których uczy się języka polskiego. Są to szkoły sobotnio-niedzielne lub funkcjonujące popołudniami w dni powszednie. Dopiero od 2014 roku MSZ, który formalnie odpowiada za polską diasporę zaczął monitorować co dzieje się z polskim szkolnictwem na Ukrainie.

Ponadto język polski jest również nauczany jako język obcy lub jako dodatkowy przedmiot fakultatywny w 150 ukraińskich szkołach. W sumie uczy się go 8 000 osób. Ciekawe, że tylko nieco ponad połowa z nich przyznaje się do polskich korzeni. Oznacza to, że ten znaczący wzrost chętnych wynika nie tylko z odkrywania swoich polskich korzeni, ale też, może przede wszystkim, z uznania, że wato uczyć się polskiego ‒ języka kraju, który jest częścią Unii Europejskiej i którego znajomość może być przydatna w osobistej karierze.

Renesans polskiej oświaty?

Można powiedzieć, że nasza mowa ojczysta ‒ trochę też jak sama Polska ‒ ma dziś na Ukrainie swoje „pięć minut”. Tym bardziej warto wykorzystać ten czas. Dlatego tak bardzo dziwi fakt, że nasz MSZ nic nie robi, aby jak najszybciej przygotować i podpisać polsko-ukraińską umowę oświatową, która zabezpieczy nasze szkolnictwo w tym kraju. Poprzednia umowa wygasła już kilka lat temu, za rządów koalicji PO-PSL. Przez ten czas resort ministra Sikorskiego i sam premier nic nie zrobili, aby tę sprawę załatwić. Na razie mamy sytuację w miarę niezłą: polski jest popularnym językiem, ale przecież wcale tak później nie musi być. W tym kontekście brak prawnych zabezpieczeń dla nauczania języka polskiego może w przyszłości okazać się fatalny.

Nieoficjalnie MSZ w Warszawie daje do zrozumienia, że w tej chwili Ukraina ma na głowie inne, ważniejsze problemy. To wyjaśnienie o tyle nie trzyma się kupy, że przed dwoma miesiącami analogiczną umowę oświatową Kijów podpisał z Bratysławą. Skoro Słowacja mogła, to czemu nie może Polska?

Warto podnosić tę kwestię szczególnie mocno teraz, gdy ukraińskie ministerstwo oświaty zapowiedziało reformę systemu szkolnictwa zmierzającą do zlikwidowania nauczania mniejszości narodowych w pełnym wymiarze i ograniczenia ich tylko do jednego przedmiotu. Oczywiście skierowane jest to przeciwko Rosjanom ‒ choć tego nikt nie mówi ‒ ale uderzyć może, niejako przy okazji, także w polskie szkolnictwo i nauczanie języka polskiego.

Polska oświata jest ‒ mimo rozkwitu nauczania naszego języka ‒ prawdopodobnie głównym bólem głowy dla Polaków mieszkających na Ukrainie i tych w Rzeczpospolitej oraz na całym świecie, którzy ich wspierają.

Inna sprawa to oddanie kościołów oraz budynków przykościelnych katolikom, przeważnie Polakom, które zostały zabrane przez grekokatolików zaraz po 1990 roku. To nie tylko spór międzywyznaniowy, ale jednak też narodowościowy. Niestety, ani mimo polskiego zaangażowania w Pomarańczową Rewolucję, ani też jednoznacznego poparcia „euromajdanu”, Ukraińcy nie śpieszą się z oddawaniem tych kościołów i nieruchomości.

Polacy na Majdanie, Polacy w ATO

Są też rzeczy, które zależą wyłącznie od polskich władz. Otwartym pozostaje pytanie czy państwo polskie powinno fundować stypendia dla naszych studentów z terenu także, choć nie tylko, Ukrainy na uczelniach wyższych na terenie Rzeczpospolitej czy też raczej finansować ich studia tam gdzie się urodzili, a gdzie ich przodkowie mieszkali od wieków. Pierwszy scenariusz oznacza ściągnięcie do Polski setek, z czasem tysięcy młodych energicznych Polaków, którzy uzupełnią nieco ewidentną dziurę demograficzną w naszym kraju i naszym szkolnictwie wyższym. Scenariusz drugi oznacza wsparcie dla nowej, młodej polskiej inteligencji w Kijowie, Lwowie czy innych miastach. Oba rozwiązania mają swoje plusy i minusy. Ostatnio państwo polskie przychyla się raczej do tego pierwszego wariantu.

A jaki jest stosunek polskiej mniejszości do Majdanu? Otóż przytłaczająca większość Polaków wspierała przemiany na Ukrainie, dokonujące się od końca listopada 2013 roku. Ta solidarność z ukraińskimi sąsiadami, dla niektórych obserwatorów zaskakująca, była wszak racjonalna: „rewolucja godności” miała przecież wymieść korupcję i różne lokalne układy, które też nie dawały żyć Polakom po prostu jako obywatelom Ukrainy. Rodacy mieszkający u naszego sąsiada liczą wszak, że to Polskie wsparcie może w przyszłości, już po ustaniu czy ograniczeniu rosyjskiego niebezpieczeństwa, doprowadzić do uregulowania takich bolących spraw, jak kwestia rzezi na Wołyniu podczas II wojny światowej.

Trzeba też powiedzieć, że przedstawiciele polskiej mniejszości walczyli na Majdanie ramię w ramię z Ukraińcami. Właśnie tam zginął Romek Toczyn z Nowego Rozdołu spod Lwowa, katolik z kartą Polaka. Jeżeli ktoś dziś przyjedzie do Żytomierza, to w centrum zobaczy wielkie tablice z nazwiskami osób poległych w walce z Rosjanami w ramach ATO (antyterrorystyczna operacja). Jest tam bardzo dużo polskich nazwisk, ludzi polskiego pochodzenia i wyznania rzymskokatolickiego, co na tamtych terenach odróżnia Polaków od Ukraińców.

Warto, aby te fakty znali ci nasi rodacy w Polsce, którzy ‒ choćby w najlepszych intencjach ‒ krytykują zaangażowanie Polski w odcięciu Ukrainy od rosyjskiej pępowiny.

W Prasie

Wiktoria PiS i propaganda PO

Posted on

logo

Zwycięstwo Prawa i Sprawiedliwości w wyborach samorządowych – pierwsze od 9 lat – może być pewnym zaskoczeniem w kontekście sondaży z ostatnich dwóch miesięcy, które dawały przewagę „odnowionej” (?) PO. Na pewno jednak dużym zaskoczeniem jest skala tego zwycięstwa. Wygrana o ponad 4 punkty procentowe w sytuacji niefortunnych zdarzeń po stronie PiS-u w ostatnich dniach kampanii, a także „podpięcia się” przez PO pod „niezależnych” prezydentów miast – jest wiktorią, która zwiastować może radosny A.D. 2015. Warto jednak zwycięstwo to przeanalizować na chłodno.

PiS: +6, PO: -5

16 listopada 2014 jest kontynuacją 25 maja 2014. Bowiem już wybory europejskie sprzed pól roku pokazały pewną tendencję: PiS odrabia straty w Polsce zachodniej i północnej – tam, gdzie dotąd wyraźnie przegrywał ‒ a jednocześnie powiększa przewagę tam, gdzie dotychczas zwyciężał. W okręgach, gdzie Platforma demolowała Prawo i Sprawiedliwość w wyborach parlamentarnych i samorządowych, mając przewagę nawet do dwudziestu paru procent (!) i tam, gdzie normą była przewaga kilkunastu procent, partia Jarosława Kaczyńskiego w dużym stopniu odrobiła straty: w województwach zachodnich, północno-zachodnich i północnych zmniejszyliśmy dystans do głównej partii rządzącej w wielu miejscach do ledwie kilku procent. Tam, gdzie przedtem przegrywaliśmy o parę procent – teraz już wygrywamy, tam gdzie był remis lub mieliśmy niewielką przewagę – odnosimy zdecydowane zwycięstwo.

Jak to wygląda w liczbach? W 2010 roku, w wyborach samorządowych PO wygrała w 13 województwach na 16, w pozostałych (Podkarpacie i Lubelszczyzna) wygrał PiS oraz PSL (Świętokrzyskie). Cztery lata później Platforma wygrała w 8 województwach ‒ ugrupowanie premiera Kaczyńskiego również w 8. Oznacza to „zjazd” formacji Ewy Kopacz o –5 i „wjazd” Prawa i Sprawiedliwości o +6. Paradoksalnie, mimo odtrąbionego zwycięstwa PSL, przegrał on z PiS, tam gdzie przedtem wygrał ze wszystkimi czyli na ziemi Stefana Żeromskiego.

Niektórzy obserwatorzy mówią o „podziale” Polski między PO i PiS: równo po 8 województw. To sformułowanie efektowne, ale nie pokazuje dynamiki zmian czyli swoistego „marszu” głównej partii opozycyjnej na zachód i północ Polski.

Rzekomy „efekt Kopacz”

Warto też prześledzić sytuację w tych województwach, gdzie wygrała Platforma Obywatelska. Otóż zawsze na drugim miejscu był tam PiS. Oznacza to, że we wszystkich 16 województwach drużyna Kaczyńskiego była w pierwszej „dwójce”. Tymczasem w tych 8 województwach, gdzie wygrało Prawo i Sprawiedliwość, w aż trzech na drugim miejscu znajdował się PSL, a nie PO. Tak było w mazowieckim, świętokrzyskim i lubelskim. Używając metafory sportowej i porównując wybory A. D. 2014 z igrzyskami olimpijskimi, reprezentacja PiS zdobyła 8 medali złotych i 8 srebrnych, a Platforma co prawda też 8 medali złotych, ale tylko 5 srebrnych i 3 brązowe. Ma więc „medale” z gorszych kruszców.

Ciekawa jest reakcja rządowych propagandzistów. Kierunek wyznaczyła pani premier, która w przemówieniu po ogłoszeniu wyników mówiła do zaszokowanej PO, że „odrobiliśmy straty” do PiS. Te same wątki pojawiły się w wypowiedziach telewizyjnych liderów PO (np. Michała Boniego). To oczywiście zafałszowanie rzeczywistości. Ostatnia istotna przewaga PiS nad PO miała miejsce późnym latem roku. Nie tylko zresztą w sondażach, ale w zwycięstwie w trzech okręgach w wyborach uzupełniających do Senatu (Górny Śląsk, Mazowsze i Świętokrzyskie – w tym ostatnim województwie na drugim miejscu zameldował się zresztą PSL i tę tendencję potwierdziły wybory samorządowe). Tymczasem w sondażach jesiennych zawsze z przodu była PO, z mniejszą lub większą przewagą nad PiS, co obserwatorzy tłumaczyli – rzekomym jak się okazało ‒ „efektem Kopacz”. A więc jest to swoiste „zaklinanie” rzeczywistości: szefowa rządu i PO, mówiąc o odrabianiu strat nie powołuje się na ostanie sondaże, tylko te sprzed paru miesięcy. Manipulacja widoczna gołym okiem i aż śmieszna.

Drugi wątek odwracania kota ogonem zaprezentował kandydat na „spina” PO Michał Kamiński, który dzień po wyborach oświadczył, że tak naprawdę… Ewa Kopacz wygrała z Jarosławem Kaczyńskim. Nie wiem, co miał z matematyki były poseł i europoseł PiS, ale nazywanie białego czarnym i odwrotnie to już propaganda nazbyt łopatologiczna i żenująca, a na pewno nie przystająca do nastrojów społecznych w Polsce jesienią A. D. 2014.

I wreszcie trzeci wątek propagandowy obozu władzy, który usiłuje przekuć porażkę Platformy Obywatelskiej na… porażkę PiS. Już od powyborczego poniedziałku ‒ jak na komendę ‒ ze strony przedstawicieli mainstreamowych telewizji i portali byłem atakowany o to, że ostatnia niedziela to pyrrusowe zwycięstwo partii Jarosława Kaczyńskiego, bo przecież PiS nie będzie zdolny do stworzenia koalicji w sejmikach. Taką tezę nachalnie wpiera się opinii publicznej w momencie, gdy kompromitująca się systematycznie w kolejnych wyborach PKW nawet nie ogłosiła jeszcze wyników wyborów. Owi propagandziści kompletnie zapominają, że są ‒ przepraszam, mogą być ‒ województwa, gdzie PiS nie będzie potrzebował żadnego koalicjanta, bo będzie miał większość mandatów na szczeblu wojewódzkim. W niektórych innych radni PO już się zgłaszają, oferując „merytoryczną współpracę” przy tworzeniu władz województwa.

PKW liczy, liczy, liczy. Obojętnie już co z tych wyliczeń będzie wynikało, PiS zrobił wielki krok do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych i utworzenia rządu.

W Prasie

I dalej kamieni kupa…

Posted on

logo

Byłem akurat w Brukseli, gdy odbyły się tam potężne manifestacje związków zawodowych w obronie miejsc pracy. Było ostro. Przepraszam, ale jakiekolwiek zamieszki wokół Marszu Niepodległości to doprawdy kaszka z mleczkiem w porównaniu z tym, co miało miejsce w „stolicy” UE.

Piszę o tym w kontekście ostatniego „planu naprawczego” (cóż za przewrotna nazwa!) odnoszącego się do polskich kopalń. Pomysł zamknięcia kolejnych kilku z nich i wyrzucenia 15 tysięcy ludzi na bruk w sytuacji, gdy świat wraca do węgla i cieszą się kraje, które go mają – jest wyjątkowo złowieszczym i antypracowniczym. Nie pierwszym i nie ostatnim, który władza funduje Polakom.

Oczywiście Pani Premier niczym struś chowa głowę w piasek i głosu jakoś nie zabiera. Jeśli publicznie zabierze, to mam dziwne przeczucie, że po poniedziałku…

Ciekawe co zrobią górnicze związki zawodowe w tej sytuacji? Polscy związkowcy, w porównaniu z tymi z Europy Zachodniej i Południowej zachowują się jak potulne baranki, choć przecież przywileje socjalne i pracownicze Polaków są parę poziomów poniżej tego, co dla przykładu mają Francuzi, Belgowie czy Hiszpanie.

Brakuje pieniędzy dla górników w grudniu. I cóż, Pani Premier, szef rządu się zmienił a kupa kamieni pozostała?

W Prasie

Polskość: duma, przeznaczenie, wybór

Posted on

logo-GP

Nie tylko 11 Listopada, ale zawsze warto i trzeba być dumnym ze swojej polskości. Bo bycie Polakiem – wbrew kosmopolitom i nihilistom – jest wartością samą w sobie. Polskość ubogaca. Pracowały na nią dziesiątki pokoleń, ludzie znani na całym świecie i ludzie znani tylko w swojej wiosce, którą wszak bronili przed wrogiem. Historia Najjaśniejszej Rzeczpospolitej to dzieje ludzi wpisujących się w bohaterstwo, niezłomność i heroiczną cnotę – ale też tych spod flagi podłości i zdrady. Ale Polska istnieje dzięki tym pierwszym.

Nasi rodacy, którzy witali polskiego papieża w czasie jego pielgrzymki do USA w koszulkach: ‘I’m pround to be Polish”, mieli w 100% rację: tak, ja też jestem dumny z tego, że jestem Polakiem, a moi synowie wiążą przyszłość z Polską, choć najstarszy, Przemek, studiował i pracował także poza Polską ‒ tak zresztą , jak i młodszy Bartosz. Polskość była wartością dla moich rodziców, dziadków i ich członków rodzin. Członkowie mojej rodziny ginęli z rąk Rosjan (np. w 1905) oraz Niemców (np. 1941).

Polskość to przeznaczenie. Ale także przecież wybór. Musimy – bo chcemy być dumni z naszych dziejów. Wbrew łobuzom z tytułami profesorów czy na stanowiskach redaktorów, którzy i w PRL i w III RP przedstawiali i przedstawiają czarną wizję historii Rzplitej. Zohydzają naszą przeszłość, opluwają heroizm naszych bohaterów, czynią z nas szowinistów, antysemitów, nieudaczników. Czemu? Bo nie chcą naszej przyszłości, nie chcą naszej wspólnoty, są z innej bajki, gdy my jesteśmy z rycerskiego eposu.

To tylko retoryczne pytanie dlaczego źli ludzie tyle wysiłku wkładają, aby fałszować historię naszego kraju, aby przekłamać istotę naszych dziejów. „Policje tajne, jawne i dwupłciowe/ przeciwko komuż tak się pojednały, przeciwko kilku myślom – co nie nowe” pisał niemal dwa wieki temu wieszcz Cyprian Kamil Norwid, który choć umarł w biedzie i zapomnieniu, to przeorał nasze myślenie o Polsce. No właśnie, dla nas te myśli: Bóg, Honor, Ojczyzna, Służba, Poświęcenie ‒ to „myśli, co nie nowe”. Tak, jak mówiąc Norwidem: „Przeszłość to dziś, tylko cokolwiek dalej”.

Józef Piłsudski nawoływał niegdyś na Zjeździe Legionistów: „Idźcie swoją drogą, służąc tylko Polsce, miłując tylko Polskę, nienawidząc tych, co służą obcym”. O Boże, jakież to aktualne! Amerykański polityk, prawnik i prezes sądu Najwyższego USA Earl Warren powiedział kiedyś: „The sports section records people’s accomplishments; the front page nothing but man’s failures.”

(„Wiadomości sportowe odnotowują sukcesy ludzi, pierwsze stronice nic prócz porażek”).

Czy to nie pasuje jak ulał do tych ludzi środowisk, którzy w polskiej przeszłości widzą tylko samo zło, bezsensowne klęski, niepotrzebne zrywy, głupotę elit, ucisk mniejszości narodowych i zaściankowość?

W Prasie

Putin i Mołotow

Posted on

logo

Dla prezydenta Rosji „pakt Ribbentrop-Mołotow to nic złego”. Putin zabawił się historią najnowszą i orzekł, że „Polska dostała na co zasłużyła”. A ja się zabawię polską poezją i przytoczę Mickiewicza „Jak świat, światem, nie będzie Moskal Polakowi bratem”. Cóż, rosyjski prezydent już nie pamięta, jak przed pięcioma laty mówił na Westerplatte: „Duma FR potępiła pakt Ribbentrop-Mołotow. Mamy prawo oczekiwać, że w innych krajach również zostaną potępione akty, które zostały zawarte z nazistami”.

Skądinąd adepci dziejów Rosji dostali jasny sygnał, jakie są oczekiwania Kremla, za którymi pewnie pójdą pieniądze na „badania naukowe”. Za chwilę znów się dowiemy, że „Polacy mordowali jeńców sowieckich w 1920 roku”. Moskiewski diabeł ubrał się w ornat i na mszę dzwoni. Manipulacje historią zawsze były ważnym fragmentem polityki białego czy czerwonego caratu ‒ wszystko jedno, bo na to samo wychodzi.

A swoją drogą na kompletnych idiotów wychodzą ci w Polsce i na Zachodzie, którzy mówili o tym, że „Moskwa ewoluuje”. Przecież niższa izba rosyjskiego parlamentu potępiła IV rozbiór Polski z 23 września 1939 roku już w… 1990 roku. Minęło prawie ćwierć wieku i Rosja cofa się w rozwoju.

W Prasie

Kijów: krajobraz po wyborach

Posted on

logo

Z Ukrainy dochodzą niepokojące wieści o wzrastającym konflikcie w obozie władzy. Polityczna walka między prezydentem Petro Poroszenką a premierem Arsenijem Jaceniukiem nasila się w kontekście tworzenia nowego rządu opartego o szerszą bazę koalicyjną i bitwy o fotel premiera. Poroszenko chce koalicji jak najszerszej, choć matematycznie do większości rządzącej wystarczyłyby tylko dwa ugrupowania. Zamysł polityczny ukraińskiego prezydenta jest prosty: „sam na sam” z Jaceniukiem byłoby dla Poroszenki wyzwaniem znacznie trudniejszym niż koalicja czterech, a nawet pięciu (!) partii, gdzie głowa państwa może budować „koalicję w koalicji”. Oczywiście układ dwóch czy trzech partii skierowany przeciwko Frontowi Ludowemu pozwoliłby Poroszence na założenie swoistego „nelsona” szefowi rządu.

Powtórka groteskowych podziałów?

Gdy były minister spraw zagranicznych (przez cztery lata) Borys Tarasiuk mówił mi ostatnio w Brukseli o możliwości koalicji składającej się nawet z pięciu partii, wiedziałem, że oznaczać to może zaproszenie na pokład rządowego okrętu „Partii Radykalnej” Oleha Ljaszki, o której powszechnie mówi się na Ukrainie, że jest sponsorowana z Wiednia przez prorosyjskiego oligarchę Dmytro Firtasza. Koalicja taka byłaby z jednej strony symbolem jedności ukraińskiej klasy politycznej, ale z drugiej, tak absurdalna ‒ w sensie politycznym – szeroka baza rządu oznaczać mogłaby jednak prawdopodobnie stępienie jego antyrosyjskiego ostrza. Przecież Ljaszko i jego radykałowie atakowali w kampanii głównie rząd, a nie Moskwę.

Czy grozi więc powtórka z groteski po Pomarańczowej Rewolucji, którą symbolizowała zaciekła, wyniszczająca wojna między prezydentem Wiktorem Juszczenką a premier Julią Tymoszenko? I tak, i nie. Nie ‒ bo Rosjanie już nie tyle są „ante portas”, ale dawno te ukraińskie drzwi wyważyli i zajęli część domu, a to powodować musi choćby częściowe zamiecenie pod dywan międzypartyjnych i personalnych sporów. Przecież nawet w kampanii wyborczej Poroszenko z Jaceniukiem ukrywali, ze różni ich także stosunek do Rosji. Prezydent jest bardziej „spolegliwy”, a premier opowiada się za wyraźnie twardszym kursem.

Chochla Poroszenki i pułapka na Jaceniuka

Tak – bo Petro Poroszenko nie umie chyba w polityce jeść łyżeczką. Woli chochlę. Jego upór, żeby całkowicie uzyskać pełnię władzy – jest prezydentem, ma zaufanego prokuratora generalnego Witalija Jaremę, ma też ściśle związanego ze sobą wicepremiera Wołodymyra Hrojsmana, ale za wszelką cenę najpierw chciał mieć swojego premiera (właśnie Hrojsmana w miejscu Jaceniuka), a teraz chce, owszem, zostawić tekę premiera dotychczasowemu prezesowi Rady Ministrów, ale jednocześnie obsadzić tzw. resorty siłowe swoimi ludźmi. Oczywiście Jaceniuk się przed tym broni. To nie kwestia partykularnych ambicji czy dumy lidera „Frontu Ludowego”, lecz zwykła kalkulacja. Oto bowiem w ostatnich sondażach jako problem numer jeden Ukraińcy wskazywali bynajmniej nie problemy socjalne czy kwestie ekonomiczne (gospodarka tego kraju jest w katastrofalnym stanie), lecz sprawy bezpieczeństwa i obronności kraju. Zapewne dobrze to świadczy o „uobywatelnieniu” narodu ukraińskiego, które – w tym aspekcie ‒ nastąpiło prawdopodobnie w ostatnich miesiącach, po rosyjskiej agresji na Krym. Jednak te preferencje Ukraińców powodują, że Jaceniuk chce mieć wpływ na resorty spraw wewnętrznych i obrony narodowej. Trudno się dziwić. Miałby politycznie odpowiadać za efekty lub brak efektów pracy ludzi, którzy zostali mu wsadzeni na siłę do gabinetu przez prezydenta. Zapewne nie mógłby nawet ich wyrzucić z rządu, ale wszelkie potknięcia czy zaniechania odbiłby się natychmiast na jego wizerunku w społeczeństwie. To pułapka, którą przygotował dla swego rywala Poroszenko.

Charakterystyczne, że po posiedzeniu tworzącej się koalicji (ciekawe, że na razie z udziałem tylko trzech partii, bez „Batkiwszczyny” Tymoszenko i „Partii Radykalnej” Ljaszki) nie było żadnego komentarza prasowego. Tak samo media nie dowiedziały się niczego po zwołanym natychmiast po koalicyjnym szczycie posiedzeniu Rady Bezpieczeństwa Ukrainy. Gdyby były dobre wieści, gdyby liderzy partii koalicyjnej dogadali się co do kształtu rządu, zapewne by to odtrąbiono. Brak newsów jest złym newsem.

Nowy plan Holbrooke‘a?

Poza walką partyjno-personalną toczą się na Ukrainie debaty o kwestiach bezpieczeństwa i integralności terytorialnej tego kraju. Jak odzyskać Donbas? To pytanie stawiają sobie Ukraińcy i to pytanie jest stawiane samym Ukraińcom. Wbrew temu, co pisał ostatnio na portalu niezależna.pl generał Roman Polko, w pierwszym rzędzie nie myślą oni ‒ przynajmniej politycy – o odbijaniu tych terenów siłą jutro czy pojutrze czy nawet w dłuższej perspektywie czasowej. Przywołują zupełnie inny scenariusz, skądinąd już sprawdzony na terenie Chorwacji. Chodzi o plan Richarda Holbrooke’a, amerykańskiego dyplomaty, który doprowadził do likwidacji Serbskiej Republiki Krajiny – czyli serbskiej enklawy na terytorium tego najnowszego członka UE. Trwało to długo, bo siedem lat. Użyto z jednej strony silnej presji międzynarodowej, a z drugiej argumentów ekonomicznych. Moi ukraińscy przyjaciele uważają, że oba te instrumenty nacisku można użyć wobec Donbasu, którego utrzymanie może być dla separatystów, nawet wspieranych przez Rosję, bardzo kosztowne. Według nich czas może – choć nie musi ‒ pracować na rzecz Kijowa. Zaś presja międzynarodowa, jak w przypadku konfliktu serbsko-chorwackiego, też jest oczywista.

Pojawiają się w Kijowie jednocześnie pogłoski o recydywie czyli kolejnej akcji militarnej Rosjan poszerzającej jej strefę wpływów. W niebezpieczeństwie ma być Mariupol, mówi się o torowaniu drogi na „rosyjski” Krym i do „rosyjskiego” Naddniestrza. W tym kontekście ważne są wybory, które odbędą się w Mołdowie w ostatnią niedzielę listopada. Jeśli wygrają w nich ‒ czego niestety nie należy wykluczać ‒ komuniści, może nastąpić zablokowanie europejskiego wyboru Kiszyniowa i polityczno-gospodarczy zwrot w kierunku Moskwy. To może ożywić tendencje do uzyskania przez Kreml swoistego korytarza, a w zasadzie trójkąta wyznaczanego wierzchołkami Donbas – Krym ‒ Naddniestrze. Nie dziwmy się więc, że nawet moi partnerzy z Kaukazu Południowego, a nie tylko z Mołdowy patrzą z obawą na to, co dzieje się na Ukrainie. Wiedzą, że ten kijowski dzwon dzwoni także im, narodom dawnego ZSRR, a szczególnie narodom, które podjęły decyzję o współpracy w ramach Partnerstwa Wschodniego.

Nasza pozycja geopolityczna jest inna, ale także w naszym żywotnym interesie jest, aby Ukraina oparła się potencjalnej rosyjskiej presji militarnej i jeszcze bardziej realnej, już zresztą istniejącej, presji ekonomicznej.

A pytany jak bym skomentował wypowiedź ministra spraw zagranicznych Grzegorza Schetyny o Ukrainie, którą Polska powinna interesować się tak, jak Włochy Libią, a Francja Marokiem ‒ odpowiedziałbym, że najlepszym słowem na określenie relacji między Warszawą a Kijowem jest jednak pojęcie: „partnerstwo”. A nawet należy tu mówić o „strategicznym partnerstwie”.

W Prasie

Śpiew stepowego skowronka

Posted on

logo-GP

Strachy na Lachy ‒ tym starym powiedzeniem można by podsumować wyniki niedzielnych wyborów na Ukrainie w kontekście poparcia, a raczej jego braku dla partii nacjonalistycznych. Śladowe poparcie Prawego Sektora, jeszcze mniejsze OUN ‒ Partii Ukraińskich Nacjonalistów, wyraźny spadek popularności „Swobody” Tiachnyboka, która nie tylko przestała być czwartą co do liczby posłów partią na ukraińskiej scenie politycznej, ale tak zleciała, na łeb, na szyję, że nie przekroczyła nawet progu wyborczego. Wynik mniej więcej 2,5 raza gorszy (!) niż w wyborach sprzed dwóch lat mówi sam z siebie. Oczywiście jednak mimo tego pojedynczy liderzy ugrupowania Tiachnyboka zasiądą w Wierchownej Radzie, a to dlatego, że wygrali w kilku okręgach jednomandatowych. Zwyciężyli tam skądinąd dzięki pewnemu układowi z partiami politycznego „mainstreamu”: Blok prezydenta Poroszenko i Front premiera Jaceniuka nie wystawił tam w ogóle kandydatów lub wystawił specjalnie zupełnie nieznanych. Ciekawe co się stanie z ministrem rolnictwa ze „Swobody”, który odpowiada za wprowadzenie embarga na mięso z Polski… Raz je odwołano, ale znów wprowadzono i trwa w najlepsze mimo zaangażowania Polski w sprawy Ukrainy.

Wracając do naszych stepowych baranów. Te bardzo kiepskie wyniki ukraińskich nacjonalistów należy skonfrontować z tym, co przecież jeszcze całkiem niedawno można było usłyszeć i z Moskwy i, niestety, z Warszawy, że zaangażowanie polskich polityków na Ukrainie zaowocuje nacjonalistyczno-faszystowską rewolucją. Dziś twórcy tej propagandy będą siedzieć jak mysz pod miotłą, zamiast za ekspremierem Węgier powtarzać: „kłamaliśmy rano, kłamaliśmy wieczorem”. Inna sprawa, że ugrupowania nacjonalistyczne nadały ton i narrację sporej części klasy politycznej- choć z tego politycznie nie skorzystały.

Żenujący wynik „Batkiwszczyny” („Ojczyzna”) Julii Tymoszenko ‒ ledwo przekroczony próg wyborczy jako ostatniej z sześciu partii, które to uczyniły ‒ należy przypisać politycznym slalomom byłej premier, która przeskakiwała z pozycji antyrosyjskich na prorosyjskie i z powrotem tak łatwo, jakby zmieniała fryzury. Lud nie nadążył, a jej wyborczy slogan „Peremoha” („Zwycięstwo”) brzmi wręcz szyderczo. Ale „piękna Julia” już zaoferowała się, że będzie współtworzyć rządową koalicję – choć arytmetycznie i politycznie jest to całkowicie zbędne. I tylko z jednej sprawy Tymoszenko może być zadowolona: Poroszenko wchodzi już od dłuższego czasu w jej buty orientując się w polityce zagranicznej przede wszystkim na Niemcy, a nie na Polskę.

Poniżej oczekiwań sponsorów (także tych z zagranicy…) wypadła Partia Radykalna Oleha Liaszko. Jeszcze niedawno była na drugim miejscu w sondażach, mając w nich kilkanaście procent, wyprzedzając nawet Front Jaceniuka, by skończyć z wynikiem ok.7,5% na piątym miejscu. Miała olbrzymią i kosztowną kampanię, dziwnym trafem mocno atakowała polityków orientacji prozachodniej, a w kuluarach wymieniano prorosyjskiego oligarchę, donatora Autonomii Krymskiej, przebywającego w Wiedniu z zakazem opuszczania stolicy Austrii, Dmytro Fyrtasza jako świętego Mikołaja dla kandydatów tej partii. Ale jej logo ‒ widły ‒ były widoczne na plakatach niemal wszędzie. Do historii przejdzie też spot Liaszki z krową, którą przedstawił jako „żywicielkę Ukrainy”.

Stepowy skowronek śpiewa pieśń, której melodia wyraźnie nie podoba się na Kremlu. Cóż, lećcie sokoły, omijajcie góry, lasy, doły i pamiętajcie, kto w chwilach próby was najeżdżał, a kto bronił.

W Prasie

Gospodarka, Ewka…

Posted on

“Nowe Państwo”

Czarnecko to widzę…

Czym zajmuje się pani premier Kopacz, poza wizytami w mleczarniach oraz wysyłaniem – choć post factum ‒ „dobrej energii” do zwycięskich piłkarzy? Dalibóg, nie wiem. A jako obywatel wiedzieć chciałbym.

Na przykład chętnie bym dowiedział się jakie jest zdanie pani premier na temat tzw. planu Junckera, który ma przynieść może 300 miliardów euro na inwestycje, a może nawet dwa razy więcej? Ale nie chodzi o bla-bla-bla, lecz o konkrety. Na przykład czy opowiadamy się jako kraj za inwestycjami publicznymi jak Francja i Włochy, czy za inwestycjami prywatnymi, gdzie państwo ma „tylko” rolę modernizatora – jak Niemcy? Skądinąd milczenie pani premier w tej sprawie można odebrać nie tylko jako wyraz nieuctwa czy niewiedzy, że taka debata w Unii się toczy, lecz być może również jako ucieczkę od stwierdzenia faktu, że akurat w Tuskolandzie inwestycje państwowe, delikatnie mówiąc, nie zawsze się sprawdzają… Myślę choćby o słynnym Pendolino, ale przecież nie tylko.

Chciałbym wiedzieć jak pani premier komentuje fakt, że pod względem restrykcyjności prawa podatkowego Polska pod rządami PO-PSL jest na… 130 miejscu na świecie?

Polscy przedsiębiorcy zasługują na najwyższy szacunek, bo to oni ‒ a nie rząd ‒ są ojcami tego, co dobre w polskiej gospodarce. Jako Polak jestem dumny z ekspansji polskich firm – szkoda tylko, że o ile te państwowe jeszcze czasem mają wsparcie rządu, o tyle prywatne ‒ inaczej przecież niż te niemieckie, francuskie czy te z USA ‒ muszą sobie radzić same. Jeżeli więc polska firma przyjmuje w praktyce niemal całość żeglugi śródlądowej w Niemczech (OT Logistics), to odbywa się to bez parasola ochronnego, który był choćby nad inwestycją KGHM w Chile. Skądinąd na tym latynoamerykańskim przykładzie widać jak bardzo potrzebny jest tzw. łańcuch współpracy czyli jedna duża firma jest „door-openerem” dla innych mniejszych, a wszystkie wzajemnie się wspierają. Szkoda, że KGHM w Ameryce Południowej pociągnął za sobą tylko firmę Nitroerg (ma sympatyczny profil: zajmuje się… ładunkami wybuchowymi).

Chciałbym też, żeby pani Ewa Kopacz skomentowała fakt, że po siedmiu latach rządów z jej udziałem (4 lata jako minister, 3 lata jako marszałek Sejmu) Polska w rankingu Global Innovation Index jest ‒ pod względem innowacyjności – na czwartym miejscu od końca w Unii Europejskiej. W świecie natomiast jesteśmy na czterdziestym czwartym. A przecież nie o takie „czterdzieści i cztery” chodziło wieszczowi Adamowi? To był taki poeta, pani Ewo.

Byłbym bardzo wdzięczny, gdyby pani Prezes Rady Ministrów odpowiedziała na pytanie dlaczego to za rządów miłościwie nam panującej koalicji tylko w ostatnich latach liczba miejsc pracy w urzędach wzrosła o około 150 tysięcy, a w tym samym czasie liczba miejsc pracy w gospodarce narodowej spadła o kilkaset tysięcy.

Czy pani premier mogłaby też wyjaśnić, jak zareaguje pani rząd na rzecz bardzo poważną jaką jest – delikatnie mówiąc nie nagłaśniana – sprawa deflacji, w której Polska znajduje się już równo kwartał?

Premier Kopacz kreuje się na osobę pragmatyczną, daleką od ideologicznych sporów, chcącą skupić się na konkretach. Rzecz w tym, że gospodarka to właśnie konkret i pragmatyzm. Brak jakiejkolwiek wizji dla pobudzenia rozwoju naszej gospodarki i wsparcia dla polskich przedsiębiorców – pomijając banały w expose – pokazuje, że p.o. przewodnicząca PO buja w obłokach i z polską rzeczywistością gospodarczą jest na bakier.

Nie powiem jej jednak, wzorem Clintona: „Gospodarka, głupcze!”. Będę łagodny: „Gospodarka, Ewka!”. Czy to wołanie szefowa rządu usłyszy? Może. Czy zrozumie? Wątpię.

W Prasie

Zapach wyborczej kiełbasy

Posted on

logo

13 października przedstawiliśmy ‒ jako PiS ‒ propozycję pomocy dla Polaków, którzy wzięli kredyty w walutach obcych, tzw. frankowiczów. Zakładały one, że ani złotówka nie będzie wzięta z budżetu państwa, aby pomoc dla tych kredytobiorców nie odbywała kosztem tych, którzy kredytów w ogóle nie wzięli lub wzięli w złotówkach. W tym czasie Związek Banków Polskich chciał z budżetu – przez Państwowy Bank Gospodarstwa Krajowego ‒ wyciągnąć… 5 miliardów złotych. Propozycja ZPB mogłaby, pomijając olbrzymie koszty dla państwa, też ułatwić wyrzucenie ludzi z mieszkań kupionych za kredyt! Stąd mówiliśmy, że „Kopacz starci straci mieszkanie, w którym mogłaby się zaryglować z dziećmi”.

Chyba się tego pani premier wystarszyła, bo nagle, po latach, rząd PO-PSL zauważył problem „frankowiczów”. Szkoda, że tylko w słowach.

Tymczasem od lutego 2014 istnieje dyrektywa UE, która nakazuje państwom członkowskim wspierać owych kredytobiorców. Zrobiły to już kraje skandynawskie, Wielka Brytania, Hiszpania, Węgry Chorwacja. Polska Tuska i Kopacz ‒ nie.

Warto wiedzieć, że Trybunał Konstytucyjny Węgier orzekł, że ustawodawca może zmienić warunki kredytu między bankiem a „frankowiczem”. Podzielił to zdanie jeden z sędziów Trybunału w Strasburgu.

Wybory samorządowe za pasem. Czy Kopacz da jakąś kiełbasę „frankowiczom”? Raczej tylko obieca, jak zwykle…