Ryszard Czarnecki: Komentarz dla Monitora Unii Europejskiej nt. oceny zakończonej prezydencji niemieckiej oraz oczekiwań wobec prezydencji portugalskiej.
Posted on
Minął okres prezydencji niemieckiej, rozpoczyna się półroczne przewodnictwo Portugalii. Redakcja miesięcznika Monitor Unii Europejskiej zwraca się w związku z tym z prośbą o ocenę zakończonej prezydencji, szczególnie w kontekście osiągnięć ostatniego szczytu, oraz o wypowiedź odnośnie oczekiwań wobec prezydencji portugalskiej.
Prezydencja niemiecka była pierwszą prezydencją tego kraju po rozszerzeniu Unii o 12 różnych państw. Z tej “nieparszywej dwunastki” aż 10 krajów (bez Malty i Cypru) to takie, które leżą w strefie szczególnego zainteresowania politycznego i gospodarczego RFN. To coś więcej niż tradycyjna “Mitteleuropa”. Także dlatego Berlin za wszelką cenę chciał osiągnąć sukces, chciał, mówiąc językiem bokserskim, “wyjść z ciosem” z tego “swojego” półrocza.
Temu zadaniu podporządkował całą swoją aktywność dyplomatyczną i to już w ostatnich miesiącach zeszłego roku, podczas prezydencji fińskiej.
Niemcy traktowały swoje przewodnictwo w UE szczególnie prestiżowo z jeszcze jednego względu. Miał on charakter… personalny. Był to bowiem szczególny egzamin dla nowego kanclerza i nowego przywódcy niemieckiej “partii nr 1” (CDU), Angeli Merkel. Mało kto bierze akurat ten aspekt w rozważaniach nt. szczytu. Tymczasem w Brukseli (i miesiące przed nią) toczyła się wewnątrzniemiecka gra o umocnienie pozycji osobistej Merkel wobec reszty rządu, a zwłaszcza SPD. Oczywiście, podstawowy wymiar to pokazanie Europie (i światu) sprawności, siły, ale też koncyliacyjności i bezkonfliktowości Niemiec jako przewodniczącego UE. Berlin do swojej prezydencji przygotowywał się systematycznie, od lat, ale zapomniał o starym francuskim przysłowiu: “kto za dużo łapie, źle ściska”.
Tymczasem, w czasie poprzedniej prezydencji, Finlandii, Niemcy umyślnie przeciągali pewne tematy, aby doprowadzić do ich finalizacji już w czasie swojej prezydencji. Budziło to dyskretną krytykę samych Finów, ale także przedstawicieli innych krajów. Tymczasem Niemcy chcieli wykazać się w swoim półroczu jak największą ilością spraw załatwionych. Niestety, z niedobrym skutkiem dla jakości owych spraw.
Dla Berlina priorytetem była eurokonstytucja. Niemcy doskonale wiedzą, że wprowadzenie w życie Traktatu Konstytucyjnego realnie zwiększa ich polityczną siłę w Europie. Brukselski kompromis był kompromisem, z którego korzyści uzyskają zarówno duże państwa, zwłaszcza (ze względów demograficznych) Niemcy oraz państwa średnie jak Polska, Hiszpania. Przy czym korzyści Berlina mają charakter bardziej długotrwały, korzyści Warszawy są określone w czasie (do 2014 i w sposób ograniczony do 2017).
Reasumując: Niemcy nie “ugrali” tego, czego chcieli i czego się spodziewali, ale na pewno nie przegrali swojej prezydencji. Bardzo pozytywny system głosowania dla nich w Radzie będzie przesunięty w czasie, ale wejdzie w życie. Natomiast na pewno Berlin nie wykonał planu, gdy chodzi o pogłębienie integracji europejskiej. Unia nie będzie miała ministra spraw zagranicznych, tylko “Wysokiego Przedstawiciela” ds. polityki zagranicznej. Co prawda nastąpi zwiększenie kadr dyplomatycznych Unii jako takiej, ale ich szef nie będzie nosił miana ministra, co mogłoby sugerować, że Unia staje się państwem unitarnym. Pogłębienie europejskiej integracji i pójście w kierunku Europy federalistycznej (w praktyce landowej) absolutnie leży w interesie Niemiec. A integracja odbywa się także w sferze symboli: te zostały przez federalistów (za tym obstawał rząd niemiecki) przegrane - nie będzie bowiem ani unijnej flagi, ani unijnego hymnu. Niemcom na pocieszenie pozostało wprowadzenie Prezydenta Europy (skądinąd też funkcja symboliczna).
Gdyby Markel była uczennicą, a szczyt w Brukseli klasówką pewnie dostała by “czwórkę”. I raczej byłaby to tzw. “mocna czwórka”.
%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%
Cele prezydencji portugalskiej są skromniejsze niż ustępującej prezydencji niemieckiej. Lizbona wyszła z założenia słuszności powiedzenia Schumachera: “małe jest piękne”.
Portugalia chce przyjęcia “Traktatu Europejskiego” już w październiku 2007. Zadanie to ma realizować konferencja międzyrządowa, początek prac od 23 lipca.
Wiadomo już, że istotnym priorytetem Portugalii będzie przygotowanie nowego cyklu strategii na rzecz wzrostu gospodarczego i zatrudnienia. W tej strategii Lizbona chce w większym stopniu skoncentrować się na innowacyjności.
W filarze sprawiedliwości i spraw wewnętrznych najistotniejsze punkty programu to imigracja do Europy, zarówno nielegalna, jak i legalna. Historyczny wymiar tej prezydencji będzie na pewno polegał na sformalizowaniu przyjęcia do “obszaru Schengen” nowych członków.
Kiepsko dla naszych strategicznych kierunków zainteresowania wygląda portugalska wizja zewnętrznego wymiaru działań UE. Lizbona będzie forsować zacieśnienie relacji Unia - Brazylia (świadczy o tym szczyt UE-Brazylia w pierwszych dniach lipca), a także stosunków z krajami śródziemnomorskimi i afrykańskimi (szczyt UE - Afryka ma odbyć się na koniec prezydencji portugalskiej w grudniu 2007). Jasne, że całkowicie rozmija się to z preferowanym przez Polskę “wschodnim wymiarem UE”. W praktyce oznacza to odłożenie na koniec unijnej “listy spraw do załatwienia” problematyki Ukrainy, Białorusi czy państw Zakaukazia. Co gorsza nie należy się spodziewać, żeby następująca po portugalskiej - słoweńska, czy jeszcze późniejsza prezydencja francuska zdynamizowały relacje miedzy krajami dawnego ZSRR a Brukselą.
Oczywiście - dzięki nowym, unijnym regułom gry od stycznia 2007 - prezydencja portugalska jest tak naprawdę częścią prezydencji niemiecko - portugalsko - słoweńskiej. Wszystkie te trzy kraje wspólnie uzgodniły cztery priorytety:
1) nowy traktat
2) zmiana polityki w obszarze bezpieczeństwa i sprawiedliwości w kontekście zmian na świecie ( terroryzm, imigracja)
3) konsolidacja strategii lizbońskiej
4) wzmocnienie realnej pozycji UE na arenie międzynarodowej
Najbardziej mgławicowa jest strategia lizbońska - owe “perpetum mobile” eurokratów. Największe szanse powodzenia ma sfera działań związanych z polityką imigracyjną i walką z terroryzmem, także dlatego, że mówimy o konkretnych wyzwaniach.
Reasumując: jeżeli prezydencję niemiecką porównać można do thrillera mrożącego krew w żyłach, choć z “hapy endem”, prezydencja portugalska to raczej spokojny film o przyrodzie, np. o florze i faunie Oceanu Atlantyckiego. Chociaż… jeśli Sokrates i Antunes (premier i szef MSZ Portugalii) nie zgodzą się na polską interpretację kompromisu z Joaniny znowu może być dreszczowiec. Tym ciekawszy, że niespodziewany…
Ryszard Czarnecki
