W Prasie

Ryszard Czarnecki: Komentarz dla Monitora Unii Europejskiej nt. oceny zakończonej prezydencji niemieckiej oraz oczekiwań wobec prezydencji portugalskiej.

Posted on


Minął okres prezydencji niemieckiej, rozpoczyna się półroczne przewodnictwo Portugalii. Redakcja miesięcznika Monitor Unii Europejskiej zwraca się w związku z tym z prośbą o ocenę zakończonej prezydencji, szczególnie w kontekście osiągnięć ostatniego szczytu, oraz o wypowiedź odnośnie oczekiwań wobec prezydencji portugalskiej.

Prezydencja niemiecka była pierwszą prezydencją tego kraju po rozszerzeniu Unii o 12 różnych państw. Z tej “nieparszywej dwunastki” aż 10 krajów (bez Malty i Cypru) to takie, które leżą w strefie szczególnego zainteresowania politycznego i gospodarczego RFN. To coś więcej niż tradycyjna “Mitteleuropa”. Także dlatego Berlin za wszelką cenę chciał osiągnąć sukces, chciał, mówiąc językiem bokserskim, “wyjść z ciosem” z tego “swojego” półrocza.

Temu zadaniu podporządkował całą swoją aktywność dyplomatyczną i to już w ostatnich miesiącach zeszłego roku, podczas prezydencji fińskiej.

Niemcy traktowały swoje przewodnictwo w UE szczególnie prestiżowo z jeszcze jednego względu. Miał on charakter… personalny. Był to bowiem szczególny egzamin dla nowego kanclerza i nowego przywódcy niemieckiej “partii nr 1” (CDU), Angeli Merkel. Mało kto bierze akurat ten aspekt w rozważaniach nt. szczytu. Tymczasem w Brukseli (i miesiące przed nią) toczyła się wewnątrzniemiecka gra o umocnienie pozycji osobistej Merkel wobec reszty rządu, a zwłaszcza SPD. Oczywiście, podstawowy wymiar to pokazanie Europie (i światu) sprawności, siły, ale też koncyliacyjności i bezkonfliktowości Niemiec jako przewodniczącego UE. Berlin do swojej prezydencji przygotowywał się systematycznie, od lat, ale zapomniał o starym francuskim przysłowiu: “kto za dużo łapie, źle ściska”.

Tymczasem, w czasie poprzedniej prezydencji, Finlandii, Niemcy umyślnie przeciągali pewne tematy, aby doprowadzić do ich finalizacji już w czasie swojej prezydencji. Budziło to dyskretną krytykę samych Finów, ale także przedstawicieli innych krajów. Tymczasem Niemcy chcieli wykazać się w swoim półroczu jak największą ilością spraw załatwionych. Niestety, z niedobrym skutkiem dla jakości owych spraw.

Dla Berlina priorytetem była eurokonstytucja. Niemcy doskonale wiedzą, że wprowadzenie w życie Traktatu Konstytucyjnego realnie zwiększa ich polityczną siłę w Europie. Brukselski kompromis był kompromisem, z którego korzyści uzyskają zarówno duże państwa, zwłaszcza (ze względów demograficznych) Niemcy oraz państwa średnie jak Polska, Hiszpania. Przy czym korzyści Berlina mają charakter bardziej długotrwały, korzyści Warszawy są określone w czasie (do 2014 i w sposób ograniczony do 2017).

Reasumując: Niemcy nie “ugrali” tego, czego chcieli i czego się spodziewali, ale na pewno nie przegrali swojej prezydencji. Bardzo pozytywny system głosowania dla nich w Radzie będzie przesunięty w czasie, ale wejdzie w życie. Natomiast na pewno Berlin nie wykonał planu, gdy chodzi o pogłębienie integracji europejskiej. Unia nie będzie miała ministra spraw zagranicznych, tylko “Wysokiego Przedstawiciela” ds. polityki zagranicznej. Co prawda nastąpi zwiększenie kadr dyplomatycznych Unii jako takiej, ale ich szef nie będzie nosił miana ministra, co mogłoby sugerować, że Unia staje się państwem unitarnym. Pogłębienie europejskiej integracji i pójście w kierunku Europy federalistycznej (w praktyce landowej) absolutnie leży w interesie Niemiec. A integracja odbywa się także w sferze symboli: te zostały przez federalistów (za tym obstawał rząd niemiecki) przegrane - nie będzie bowiem ani unijnej flagi, ani unijnego hymnu. Niemcom na pocieszenie pozostało wprowadzenie Prezydenta Europy (skądinąd też funkcja symboliczna).

Gdyby Markel była uczennicą, a szczyt w Brukseli klasówką pewnie dostała by “czwórkę”. I raczej byłaby to tzw. “mocna czwórka”.

%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%%

Cele prezydencji portugalskiej są skromniejsze niż ustępującej prezydencji niemieckiej. Lizbona wyszła z założenia słuszności powiedzenia Schumachera: “małe jest piękne”.

Portugalia chce przyjęcia “Traktatu Europejskiego” już w październiku 2007. Zadanie to ma realizować konferencja międzyrządowa, początek prac od 23 lipca.

Wiadomo już, że istotnym priorytetem Portugalii będzie przygotowanie nowego cyklu strategii na rzecz wzrostu gospodarczego i zatrudnienia. W tej strategii Lizbona chce w większym stopniu skoncentrować się na innowacyjności.

W filarze sprawiedliwości i spraw wewnętrznych najistotniejsze punkty programu to imigracja do Europy, zarówno nielegalna, jak i legalna. Historyczny wymiar tej prezydencji będzie na pewno polegał na sformalizowaniu przyjęcia do “obszaru Schengen” nowych członków.

Kiepsko dla naszych strategicznych kierunków zainteresowania wygląda portugalska wizja zewnętrznego wymiaru działań UE. Lizbona będzie forsować zacieśnienie relacji Unia - Brazylia (świadczy o tym szczyt UE-Brazylia w pierwszych dniach lipca), a także stosunków z krajami śródziemnomorskimi i afrykańskimi (szczyt UE - Afryka ma odbyć się na koniec prezydencji portugalskiej w grudniu 2007). Jasne, że całkowicie rozmija się to z preferowanym przez Polskę “wschodnim wymiarem UE”. W praktyce oznacza to odłożenie na koniec unijnej “listy spraw do załatwienia” problematyki Ukrainy, Białorusi czy państw Zakaukazia. Co gorsza nie należy się spodziewać, żeby następująca po portugalskiej - słoweńska, czy jeszcze późniejsza prezydencja francuska zdynamizowały relacje miedzy krajami dawnego ZSRR a Brukselą.

Oczywiście - dzięki nowym, unijnym regułom gry od stycznia 2007 - prezydencja portugalska jest tak naprawdę częścią prezydencji niemiecko - portugalsko - słoweńskiej. Wszystkie te trzy kraje wspólnie uzgodniły cztery priorytety:
1) nowy traktat
2) zmiana polityki w obszarze bezpieczeństwa i sprawiedliwości w kontekście zmian na świecie ( terroryzm, imigracja)
3) konsolidacja strategii lizbońskiej
4) wzmocnienie realnej pozycji UE na arenie międzynarodowej

Najbardziej mgławicowa jest strategia lizbońska - owe “perpetum mobile” eurokratów. Największe szanse powodzenia ma sfera działań związanych z polityką imigracyjną i walką z terroryzmem, także dlatego, że mówimy o konkretnych wyzwaniach.

Reasumując: jeżeli prezydencję niemiecką porównać można do thrillera mrożącego krew w żyłach, choć z “hapy endem”, prezydencja portugalska to raczej spokojny film o przyrodzie, np. o florze i faunie Oceanu Atlantyckiego. Chociaż… jeśli Sokrates i Antunes (premier i szef MSZ Portugalii) nie zgodzą się na polską interpretację kompromisu z Joaniny znowu może być dreszczowiec. Tym ciekawszy, że niespodziewany…

Ryszard Czarnecki

W Prasie

Sukces na 4,5 (plus 3)

Posted on

Szczyt w Brukseli AD 2007 był prawdopodobnie najważniejszym spotkaniem przywódców krajów UE od 7 lat. Od siedmiu, bo ostatni szczyt, naprawdę ważny nie tylko dla fotoreporterów, miał miejsce w 2000 roku w Nicei.

Dramaturgia tego brukselskiego była zbliżona do tej, oglądanej w filmach Hitchcocka. Ten nicejski był jednak mniej dramatyczny. Oba miały swoje momenty komiczne. We Francji Chirac tłumaczył, że na skutek "błędu sekretarki" (!) która przepisywała dokumenty Polska dostała 26 głosów w Radzie Unii, a nie 27, jak pierwotnie ustalono (w końcu skorygowano to na wynegocjowane 27 głosów). Teraz, w Belgii, równie zmęczona Polakami, co wyrachowana kanclerz RFN chciała zwołać Radę bez Polski, w gronie 26 państw, co pewnie przejdzie do dziejów głupoty w Europie.

Ale ważne są efekty. A te były pozytywne. Używając piłkarskiej metafory, graliśmy na obcym boisku przy niesprzyjającej publiczności (duża część mediów zachodnich!), sędzia (prezydencja niemiecka) gwizdał przeciwko nam, a do tego rywali było więcej niż naszych na boisku. Ugraliśmy tyle, ile się dało ugrać, zważywszy na to, że nasz naturalny sojusznik, o niemal identycznych parametrach demograficznych - Hiszpania już wcześniej przyjęła konstytucję i psychologicznie trudno było mu walczyć czy to o pierwiastek czy o Niceę. Wielka Brytania skupiła się na tym, co jej najbardziej "w sercu grało", czyli hamowaniu powstawania jednego europejskiego superpaństwa. Za pierwiastek, a nie Niceę, nie paliła się ani umierać, ani nawet walczyć, bo Londynowi "podwójna większość" po prostu się opłaca. Dodatkowo Blair, który 4 dni po szczycie UE żegnał się z fotelem premiera, rządu i Jej Królewskiej Mości, a marzy o europejskiej karierze (prezydent Unii?), chciał być negocjatorem, a nie ambasadorem Polski.

Sarkozy, który po cichu woli "balance of power" w Europie i nie pali się do wzmacniania Niemiec skupił się na wykreślaniu, co bardziej liberalnych fragmentów eurokonstytucji. A na tym właśnie szczególnie zależało liderowi najbardziej interwencjonistycznego gospodarczo państwa w Europie (gdy po wyborze Sarkozy Andrzej Olechowski powiedział, że "oto padł ostatni bastion etatyzmu w Europie") śmiałem się do rozpuku, bo gdy chodzi o program gospodarczy to Prezydent Republiki jest - przenosząc to na polskie warunki - gdzieś między PiS a "Samoobroną"…).

Reasumując: to, co Kaczyńscy osiągnęli na szczycie to maksimum tego, co można było. Tym bardziej, że w ostatnich kilkunastu latach - poza dwoma, trzema latami w okresie rządów Buzka - Polska odzwyczaiła Europę od twardych negocjacji. Pewnie stąd wzięły się tak pełne zdziwienia reakcje na polską konsekwencję i wręcz upór w forsowaniu swoich interesów (Polacy, zresztą, nie robili nic innego jak to, co od lat czynią sami Niemcy, Francuzi, Brytyjczycy, itd.).

Na koniec jedno sprostowanie: przedłużyliśmy Niceę nie o 7 lat (plus 3), jak słyszymy i czytamy w mediach, lecz o 4,5 roku (plus 3). Dlaczego 4,5? Ano dlatego, że traktat z Nicei miał i tak obowiązywać do 2009 roku…

Co w niczym nie umniejsza sukcesu polskich bliźniaków - i Polski.

Ryszard Czarnecki

W Prasie

UGRANO, ILE SIĘ DAŁO

Posted on

Z posłem do Parlamentu Europejskiego z ramienia Samoobrony Ryszardem Czarneckim, byłym przewodniczącym Komitetu Integracji Europejskiej w rządzie premiera Jerzego Buzka rozmawia Mariusz Bober.

Czy wyniki ubiegłotygodniowego szczytu w Brukseli to sukces czy porażka polskich władz?

Jest to sukces, biorąc pod uwagę, że był to momentami mecz Polska-reszta Europy, a zwłaszcza, gdy uwzględnimy ogromne zaniedbania w polskiej polityce zagranicznej, która przez kilkanaście lat - za wyjątkiem 2-3 lat z okresu rządów premiera Jerzego Buzka - w praktyce nie używała instrumentów twardych negocjacji. Raczej robiła wszystko, aby Polska podobała się Zachodowi, a nie żeby broniła swoich interesów. Dlatego graliśmy na niebywale trudnym boisku. Dlatego też reagowano zdziwieniem, że Polska formułuje twardo postulaty obrony swojego interesu narodowego, ponieważ nie przyzwyczailiśmy do tego Europy Zachodniej. Myślę, że w tych warunkach uzyskaliśmy wszystko, co można było zyskać.

Ale zarówno PO, jak i przedstawiciele LPR uważają, że można było zdobyć więcej, że brukselski kompromis to odłożona w czasie zgoda na utratę suwerenności przez Polskę?

To nie jest tak, że prezydent Lech Kaczyński mógł przyjść na szczyt i powiedzieć jak w restauracji: „poproszę pierwiastek, do tego szampana i ostrygi”. Dlatego postawa Jana Rokity i PO, zakładająca, że była możliwość wyboru jest błędna - nie było takiej możliwości. Politykom PO trzeba przytoczyć definicję polityki: to sztuka osiągania tego, co w danym czasie i warunkach jest możliwe. Na szczycie - mówiąc językiem sportowym - ugrano ile się dało. Ponadto w polityce europejskiej 7-10 lat to bardzo dużo. Można powiedzieć, że Kaczyńscy kupili nam spokój i czas do budowania trwałego, dużego sojuszu eurorealistycznego z Czechami, Wielką Brytanią, Holandią, krajami skandynawskimi. Poza tym nie jestem pewien, czy za te 7-10 lat będzie klimat dla przyjęcia systemu podwójnej większości. Można powiedzieć, że na razie mamy wróbla w garści, w postaci systemu nicejskiego, a Niemcy mają kanarka na dachu, w postaci systemu podwójnej większości. Ale ten kanarek może odfrunąć…

Dlaczego?

Ponieważ nie wiadomo, jak będzie się rozwijać Unia Europejska. Obecnie po najbardziej prounijnym premierze Wielkiej Brytanii Tonym Blairze przychodzi najbardziej eurosceptyczny od półwiecza szef rządu – Gordon Brown. Dlatego Wielka Brytania obierze wyraźnie kurs na Europę Ojczyzn. Warto pamiętać, że nawet Tony Blair walczył o interesy państw narodowych w UE. Poza tym, nowe kraje Unii, które obecnie siedzą cicho, mogą za kilka lat twardo bronić swoich interesów, co może zmienić geografię polityczną Unii.

Ale póki co Polska niemal samotnie walczyła o system głosowania, który był korzystny także dla tych państw, podczas gdy kraje te - właśnie „siedziały cicho”?

Myślę, że zadziałał tu mechanizm nie wychodzenia przed szereg. Część nowych krajów, jak np. Bułgaria i Rumunia są tak szczęśliwe, że weszły do UE, że uważają, iż jakiekolwiek pójście pod prąd w Unii byłoby straszne dla nich. Natomiast np. populistyczny rząd Słowacji - podobnie jak wcześniej ekipa SLD - za cenę uznania przez europejskie salony będzie gotów do potakiwania w każdej sprawie. Dlatego żadnego oporu nie stawił. Zaś premier Węgier miał przed oczami widmo śmierci politycznej. Unia przymyka oczy na marnowanie przez jego lewicowy rząd środków unijnych. Z kolei Hiszpania zrobiła u siebie referendum w sprawie unijnej konstytucji, więc nie wypadało jej stać w pierwszym szeregu państw popierających pierwiastek. Myślę jednak, że mamy przed sobą okres renesansu idei Europy Narodów, i kraje członkowskie zapomną o systemie podwójnej większości, bo jeżeli Niemcy czy inne kraje będą naciskać na jego przyjęcie, Unia rozpadnie się, ponieważ nie będzie się opłacało pozostawanie w niej.

Jak Pan ocenia argument premiera Kaczyńskiego, że system podwójnej większości połączony z wykorzystaniem tzw. kompromisu z Janiny daje być może nawet lepsze możliwości realizowania narodowej polityki niż system pierwiastkowy?

System podwójnej większości to taka randka w ciemno. Ja wolałbym, żeby za 7-10 lat kraje UE uznały, że system nicejski sprawdzi się, albo przyjąć system pierwiastkowy. Myślę, że polska dyplomacja powinna już zacząć przekonywać do niego.

Zostawmy sprawę głosowania w Radzie UE, bo przecież na szczycie de facto dokonano kolejnego kroku na drodze do przekształcenia Unii w superpaństwo. Czy nie wydaje się Panu, że rezygnacja z nazw: konstytucja i minister spraw zagranicznych oraz wpisania symboli unijnych do oficjalnych dokumentów to tylko mało znaczący ukłon w kierunku uniosceptyków?

Proszę zwrócić uwagę na głosy federalistów w UE. Po szczycie słychać ich płacz, m.in. europosła niemieckich Zielonych Daniela Cohn-Bendita. Lewica uważa, że nie dokonano wystarczającego kroku na drodze do federalizacji. Nie lekceważyłbym symboli. Brak ich wpisania do oficjalnych dokumentów pokazuje, że idea Europy Narodów ma się dobrze. W starciu wizji Europa Ojczyzn-Europa federalna był remis, ale - mówiąc językiem bokserskim - ze wskazaniem na Europę Ojczyzn. Eurofederaliści spodziewali się, że na szczycie dokona się kroku milowego, a zrobiono krok metrowy…

Czyli jednak jesteśmy na drodze do tworzenia superpaństwa?

Mówiąc językiem medycznym można powiedzieć, że Unia miała na szczycie wysoką gorączkę eurofederalną, że było to takie przesilenie, i zacznie się wkrótce odwrót od tego pomysłu polegającego na „uszczęśliwianiu na siłę” obywateli państw UE koncepcją superpaństwa. Myślę, że pomimo zaangażowania polityków, zwłaszcza Niemiec, mediów, efekt tych starań na szczycie w Brukseli jest opłakany.

Dziękuję za rozmowę.

zobacz oryginał artykułu

W Prasie

Ryszard Czarnecki: Wypowiedź dla Katolickiej Agencji Informacyjnej na temat chrześcijańskiego dziedzictwa Europy.

Posted on

1. Od momentu podpisania „Konstytucji” nastąpiły zmiany rządów w Niemczech, Francji i Belgii. Czy w obecnej - zmienionej - sytuacji nowy uproszczony traktat powinien i mógłby zawierać odniesienie do chrześcijańskiego dziedzictwa Europy? Czy Polska powinna o to walczyć?

Traktat Konstytucyjny powinien - rzecz jasna - zawierać odniesienia i do dziedzictwa chrześcijańskiego i do wartości chrześcijańskich. Czy tak się jednak stanie? Wątpię. Siła złego na jednego. W tej sprawie przecież wystarczy jeden głos “przeciw”, choćby tradycyjnie Francji, aby rzecz całą zablokować. No, właśnie. W tej sprawie nikt z Europy Zachodniej jakoś się nie oburza, że np. Francja straszy wetem…

2. Na jakich wartościach powinna opierać się Europa jutra? Gdzie i jak powinny być one zapisane i kto powinien stać na straży ich przestrzegania?

“Europa jutra” powinna się opierać na tych samych wartościach, co “Europa wczoraj” - czyli wartościach chrześcijańskich. Najlepiej, gdyby znalazły się one w preambule eurokonstytucji - jeśli w ogóle owa konstytucja jest na coś potrzebna. A strażnikiem ich przestrzegania powinna być opinia publiczna w krajach członkowskich i wolne media.

3. Czy można pogodzić postulat większej integracji wyrażanej przez większość „starych” państw europejskich, z postulatem wzmocnienia suwerenności państw głoszonym przez Polskę?

Europa przyszłości musi być Europą Narodów. Inaczej rozpadnie się i to dużo szybciej niż Imperium Rzymskie. Można sobie wyobrazić, nie tyle “alternatywę” tych dwóch spraw (albo wzmocnienie suwerenności, albo pogłębienie integracji), lecz koniunkcję: i to, i to. Oczywiście, tylko w pewnych obszarach. Np. walka z terroryzmem i powstanie europejskich jednostek specjalnych tylko tym się zajmujących.

4. Budowa UE została oparta na idei nadrzędności prawa unijnego nad krajowym. Polska domaga się nadrzędności prawa krajowego. Ten postulat wzmacnia partykularne interesy Państw kosztem solidności wspólnotowej, bo każde prawo unijne będzie mogło być odrzucone, np. każdy kraj będzie mógł dowolnie zamknąć swój rynek pracy. Czy ten postulat jest sensowny i korzystny dla Polski i czy nie oznacza on końca UE?

Nadrzędność prawa unijnego to już pewien fakt - ale nie może on objąć wszystkich sfer. Nie wyobrażam sobie np. aby tzw. tematy moralne (ochrona życia poczętego, eutanazja, śluby homoseksualne) były regulowane na poziomie Brukseli i narzucane (!) suwerennym krajom członkowskim UE. W sprawach ekonomicznych regulacje wspólnotowe są uzasadnione, o ile nie będą szły w kierunku absurdalnym: np. ujednolicenie stawek podatkowych (co dla polskiej gospodarki oznaczałoby… podwyższenie podatków i zahamowanie rozwoju gospodarczego).

5. Polska zagroziła wetem w sprawie sposobu ważenia głosów i nadrzędności prawa wspólnotowego. Czy polskie weto będzie oznaczało początek Europy dwóch prędkości?

Nie. Polskie weto (czy też raczej jego ewentualność) nie oznacza na pewno “Europy dwóch prędkości”. Owa Europa to typowy straszak używany przez Niemców (choć nie tylko przez nich). To element nacisku negocjacyjnego na Polskę - nic więcej. Także dlatego, że wszyscy wiedzą, że realizacja takiej koncepcji oznaczałaby… koniec Unii Europejskiej.

6. Unia Europejska jest wypadkową celów i wartości krajów członkowskich. Jakie są cele, które zamierza osiągnąć Polska w Unii europejskiej?

Cel Polski: bycie silniejszym państwem dzięki obecności w UE (także, choć nie tylko w wymiarze finansowym). Ale również: wpływanie na politykę Unii (budżetową, ale w tym samym stopniu zagraniczną - b. ważny dla nas tzw. wymiar wschodni UE). W ten sposób można zrealizować kolejny cel: wykorzystanie Unii dla naszych narodowych interesów.

W Prasie

Kaczki, gołębie, jastrzębie… i tarcza

Posted on

Każdy amerykański prezydent odwiedza Polskę - co niespecjalnie dziwi biorąc pod uwagę znaczącą siłę wyborczych głosów amerykańskiej Polonii. Wyjątkiem był Ronald Reagan, ale to on właśnie doczekał się jako jedyny w Polsce ulic i projektów pomników (tak Wilson i Roosevelt też, ale to prezydenci "starej daty"). Bush - junior przyjechał do Polski tylko na parę godzin, ale na pocieszenie oświadczył, że nie jest u nas ostatni raz…

Dla Polski świetnie, że wizyta ta zbiegła się w czasie z rosyjską propozycją alternatywnej tarczy antyrakietowej. Nie Czechy, tylko Azerbejdżan, nie Polska, lecz… Irak lub platformy pływające na morzu (!). Oczywiście, są to "duby smalone" (uwaga korekta!). Waszyngton nie kupi tego "kitu z Moskwy" ze względów i militarnych i politycznych. Militarnych:bo radar 150 km od granicy z Iranem to łatwy łup, nie mówiąc, że jest za daleko od Polski. Politycznych: bo nie oddadzą kontroli nad tym Rosjanom, którzy w każdej chwili mogą kazać im się wynosić. Ale Moskwie nie chodzi o to, żeby rakietowego króliczka złapać, ale o to, aby go gonić. Rosja po prostu chce zablokować przygotowania do instalacji tego systemu w Polsce i Czechach. I nie jest to wyłącznie niechęć do obu naszych krajów, lecz także zwykła gra na czas. A czynnik czasu jest ważny, bo Bush-jr odchodzi za 1,5 roku, a demokraci (Hillary Clinton czy Barack Obama kręcą nosem). Putin zagrał więc na przeczekanie. Ale republikanie, choć czasem zachowują się jak "słoń w składzie porcelany" wiedzą, że czekać nie mogą. W związku z tym nie przerwą rozmów z Pragą i Warszawą, przeciwnie - będą pozorować dialog z Kremlem. Ten teatr medialny nie powinien nam przesłaniać rzeczywistości: USA są o krok od instalacji tarczy antyrakietowych w Europie Środkowo - Wschodniej.

I właśnie dlatego dobrze, że propozycja Moskwy - raczej pomysł niż projekt (jednego dnia była mowa o radarze w Azerbejdżanie, drugiego dnia o radarze… w Iraku, a po paru następnych dniach o konieczności zablokowania przez USA rozmów z Polską i Czechami…) - została złożona przed wizytą Busha nad polskim Bałtykiem. Prezydent Kaczyński mógł więc być jej surowym recenzentem. I zapewne był…

Co dalej? Amerykański Departament Obrony będzie dalej "robił swoje" na łączach z Warszawą i Pragą, a Departament Stanu będzie dalej wysyłał uspokajające sygnały i do Rosji i do pacyfistów wszelkiej maści. Tak naprawdę to, czy będzie tarcza czy nie, nie zależy od judoki Putina, choćby nie wiem, jaki zwód na tej macie by zrobił. Zależą one po części od Polaków i Czechów, po części większej (?) od amerykańskich wyborców, którzy bądź pobłogosławią republikańskie jastrzębie, bądź pobłogosławią demokratyczne gołębie.

A Polska? Ma pytać "za ile?" i twardo negocjować warunki, aby nie powtórzyć wpadki z rzekomym amerykańskim offsetem w Polsce. Za wybór F-16 miały być z tegoż offsetu wielkie pieniądze. A wyszły nici…

Natomiast czy polskim kaczkom będzie łatwiej dogadać się z amerykańskimi jastrzębiami czy gołębiami - czas pokaże.

Oryginal artykułu

W Prasie

Ryszard Czarnecki: Wypowiedź dla Monitora Unii Europejskiej - ocena członkostwa Polski oraz perspektyw dla Polski w Unii Europejskiej.

Posted on


1 maja br. minęły trzy lata naszego członkostwa w Unii Europejskiej. Redakcja miesięcznika Monitor Unii Europejskiej zwraca się z prośbą o ocenę naszego członkostwa oraz perspektywę dla Polski w Unii Europejskiej.

Polska - UE 2004 - 2007 - 2020: bilans przeszłości, scenariusz przyszłości

Trzy lata, czyli ponad 1000 dni w UE - to statystyczna wizytówka obecności Polski w strukturach europejskich. Z okazji rocznicy nie było fanfar, radosne tłumy nie wyszły na ulice poza mikropochodami pierwszomajowymi (ale ich uczestnikom o co innego chodziło). Tak naprawdę, pies z kulawą nogą nie zainteresował się tą rocznicą - przecież ważną… Nawet eurosceptycy nie rozdzierali szat i nie powtarzali głupot o Polsce - kolonii UE - być może dlatego, że jednak nie są całkiem odseparowani od rzeczywistości.

Bilans tych 3 lat zawierałby się - od biedy - w jednym zdaniu: nie było i nie jest tak różowo, jak nam obiecywano, nie było i nie jest tak źle, jak nas straszono, że będzie.

A bardziej konkretnie. Plusy: nastąpiło wyraźne wzmocnienie politycznej pozycji Polski w Europie. To ważne, bo przy istotnym polepszeniu relacji USA - RFN, a teraz, po zwycięstwie Sarkozy’ego, także spodziewanym ociepleniu na linii Waszyngton - Paryż, Rzeczpospolita straciła, niestety, na znaczeniu na scenie euroatlantyckiej. “Odrabiamy” to będąc w UE, ale też - i to zasługa obecnego rządu - twardo egzekwując polski interes narodowy.

Te korzyści polityczne wynikające z polskiej obecności w UE szczególnie widać na przykładzie polityki wschodniej Unii. Tu Polska uzyskuje - poprzez UE - dużo lepszy “mandat” i wpływ. Inna sprawa, jak z tego będziemy umieli skorzystać, także w wymiarze długoterminowym.

Niespodzianką ‘in minus” jest jednak bilans ekonomiczny. Nie dlatego, że jest zły, dlatego że jest poniżej oczekiwań. Zilustruję to szeregiem przykładów - polskich “zawodów”:
1) brak dostępu do rynku pracy kilku krajów UE (w przypadku RFN, nawet wydłużenie okresu oczekiwania),
2) brak skutecznej interwencji UE w sprawie rosyjskiego embarga na polskie mięso (na czym zresztą korzystają inne kraje UE - eksporterzy mięsa),
3) negatywne stanowisko KE wobec polskich projektów budowy obwodnic na Podlasiu,
4) krytyczne stanowisko KE wobec polskiego rządu usiłującego złamać monopol TP SA (Komisja broni francuskiej firmy…)

Co do perspektywy polskiej obecności w Unii Europejskiej: nie wiemy, jaka będzie Unia za 10 czy 20 lat. Nie wiemy, z ilu krajów będzie się składała. Nie wiemy, czy zmierzać będzie - używając publicystycznego skrótu - w kierunku jednego federalnego superpaństwa czy raczej „Unii Narodów”. Przyszłość UE - to równanie z wieloma iksami. Oczywiście, Polska nie może być bierna w debatach - i co ważniejsze: w konkretnych działaniach - dotyczących „jutra” oraz „pojutrza” Starego Kontynentu. Powinniśmy budować systemy sojuszy dla realizacji naszych interesów. Zarówno ekonomicznych: większe pieniądze dla “nowej Unii” oraz politycznych: pozostawienie większych kompetencji państwom narodowym, a nie omnipotentna rola Brukseli. Gdy chodzi o to drugie - także walka o większą ilość głosów w Radzie UE.

Można zaryzykować prawdopodobny scenariusz przyszłości UE w roku 2020. Wspólnoty europejskie poszerzą się o Chorwację, Macedonię, Czarnogórę i może jeszcze jakieś inne państwo bałkańskie - ale w UE nie będzie ani Turcji, ani Ukrainy. Do tego czasu strefa euro obejmie wszystkich dotychczasowych członków UE (na razie jest w niej 13 na 27 państw). Unia będzie miała własnego prezydenta i „ministra spraw zagranicznych”, ale dalej nie będzie miała wspólnej polityki zagranicznej (paradoksalnie: prędzej obronną) i będzie dalej obszarem narodowego współzawodnictwa i występowania zróżnicowanych interesów narodowych. UE nie będzie Unią „różnych prędkości”, a raczej będzie dzielić się na państwa duże i małe oraz według kryteriów geograficznych. Gdy chodzi o bliższych sąsiadów Polski, silniejsze związki zachowa Polska z krajami bałtyckimi niż z Grupą Wyszehradzką.

Ryszard Czarnecki

W Prasie

Ryszard Czarnecki: Wypowiedź dla Katolickiej Agencji Informacyjnej na temat antysemickiego wystąpienia europosła Macieja Gietycha.

Posted on


1. Czy broszura wydana przez europosła Macieja Giertycha jest antysemicka?

Tak jest, niestety, odbierana. Fakt takiego właśnie odbioru jest - nolens volens - niemniej ważny od rzeczywistej zawartości.

2. Gdzie przebiega granica między wolnością do wypowiadania własnych poglądów a rasizmem i antysemityzmem? Unia Europejska nie jest w tej dziedzinie zbyt restrykcyjna?

Reagowanie na antysemityzm jest słuszne. Czasem to pojęcie - przez niektórych - traktowane jest zbyt rozciągliwie. Jednak znacznie gorsze jest alergiczne reagowania przez instytucje europejskie np. na ochronę życie poczętego. Ponadto dostrzegam asymetrię: reaguje się na poglądy skrajnie prawicowe (słusznie), ale już nie na skrajnie lewicowe (np. broniące w tej czy innej formie komunizmu).

3. Jak wydanie tej broszury może wpłynąć na postrzeganie Polski w Unii Europejskiej?

Niestety źle. Będzie to dobry pretekst dla środowisk Polsce niechętnych do atakowania naszego kraju i generalizowana jednostkowych ocen i wypowiedzi, takich jak Giertycha.

W Prasie

Ryszard Czarnecki: Wypowiedź dla Katolickiej Agencji Informacyjnej na temat równouprawnienia kobiet.

Posted on

1. Czy prawna i rzeczywista pozycja kobiet w Turcji odpowiada standardom UE? Jak się to ma do aspiracji europejskich Turcji?

Nie, nie odpowiada. To przecież retoryczne pytanie. Sytuacja kobiet w takiej np. Anatolii jest podobna do tej jaka była w Turcji 100 czy 200 lat temu - a nie przypomina tej w Europie przełomu XX i XXI wieku.
Przyznajmy jednak, że Turcja na tej drodze poczyniła postęp, zwłaszcza w ostatnich latach zdopingowana prawdopodobnym akcesem do Unii. To pokazuje, że UE ma środek nacisku na Ankarę w zakresie przestrzegania praw człowieka, w tym kobiet, a także - uwaga - ludzi wierzących.

2. Czy prawodawstwo UE i Polski daje rzeczywiście równe prawa kobietom i mężczyznom? Jeśli nie, to w jakich dziedzinach należałoby je zmienić, a w jakich nie?

Ustawodawstwo polskie i dyrektywy unijne generalnie gwarantują równe prawa - inaczej niż w Europie jeszcze w latach 50 i 60-tych XX wieku (nota bene: Polska była jednym z pierwszych krajów na świecie - po Nowej Zelandii - który tuż po I wojnie światowej przyznał prawa wyborcze kobietom). Gorzej natomiast jest z praktyką, z implementacją tego prawa. Trzeba więc poprawiać nie ustawy, a ich wdrażanie, zwłaszcza w sprawach socjalnych i dotyczących zatrudnienia.

3. Czy równe prawa oznaczają równe szanse i dlaczego?

Równe prawa nie oznaczają równych szans, bo na ustawodawstwo nakładają się też niedobre zwyczaje, jak np. niezatrudnianie młodych kobiet, bo a nuż zajdą w ciążę i sprawią kłopot pracodawcy… Albo powszechny obyczaj chętniejszego zatrudniania kobiet 20-letnich niż 50-letnich itp. itd.

4. Co konkretnie należałoby zmienić i w jakich dziedzinach, w UE lub Polsce, aby można było mówić o rzeczywistej realizacji równouprawnienia kobiet i mężczyzn? Co Pana grupa polityczna robi w tej sprawie?

Zacznijmy od właściwego zdefiniowania: ani prawa kobiet, ani równouprawnienie nie polegają na ustawowym zapewnieniu tzw. prawa do aborcji (“na życzenie” czy po spełnieniu pewnych “warunków”)!!! Co należy zrobić, aby równouprawnienie było rzeczywistością? Należy zmieniać nie tyle prawo - ono generalnie jest dobre - ale pewne zwyczaje, które np. każą pracodawcy płacić więcej mężczyźnie zatrudnionemu na identycznym stanowisku, co kobieta. I dzieje się tak w całej Europie, choć szczególnie jest to widoczne w Europie Południowej (Hiszpania, Portugalia, Grecja, Włochy) oraz Środkowo-Wschodniej (m.in. my).
W tej sprawie UEN - Unia na rzecz Europy Narodów prezentuje w Parlamencie Europejskim stanowisko przeciwstawiające się zarówno dyskryminacji społecznej i zawodowej kobiet, jak i sprowadzaniu praw kobiet wyłącznie do aborcji.

W Prasie

Ryszard Czarnecki: Komentarz do raportu CER nt. realizacji Strategii Lizbońskiej przez Polskę dla Monitora Unii Europejskiej

Posted on


Londyński instytut Centre for European Reform (CER) opublikował pod koniec lutego 2007 raport, według którego Polska jest na szarym końcu krajów Unii Europejskiej pod względem realizacji Strategii Lizbońskiej, czyli unijnego planu wzrostu gospodarczego i tworzenia nowych miejsc pracy.

Według raportu Polska jest na cenzurowanym za niewielki, jak na swój potencjał gospodarczy, postęp: niedostateczny wzrost PKB, niski poziom inwestycji i nakładów na badania i rozwój oraz fatalne wskaźniki dotyczące rynku pracy (najwyższe w UE, 15-procentowe bezrobocie i najniższy odsetek osób zatrudnionych – 54 %).

Redakcja miesięcznika Monitor Unii Europejskiej, wydawanego przez Fundację Prawo Europejskie, zwraca się z uprzejmą prośbą o komentarz do raportu i przedstawionych w nich danych. Jaka jest przyszłość i miejsce Polski w Unii Europejskiej w aspekcie gospodarczym? Co należy zrobić, aby nasza gospodarka stała się konkurencyjna wśród krajów UE?

„Przyganiał kocioł garnkowi…” - to stare polskie przysłowie jest najlepszą puentą raportu CER. Zarzucanie Polsce słabego rozwoju gospodarczego akurat na tle „starej” Unii jest groteskowe. Polska gospodarka w porównaniu z szeregiem krajów, zwłaszcza dawnej „15” UE rozwija się wyraźnie szybciej.
Strategia Lizbońska to kawałek papieru, z którego słusznie śmieją się nawet także polscy liberałowie z PO (jak Janusz Lewandowski i Jerzy Buzek). Ambitne założenia Strategii zostały potem skutecznie zablokowane przez, z jednej strony eurobiurokrację, a z drugiej przez socjalno - roszczeniowo - rewindykacyjne zagrywki przedwyborcze rządów krajów członkowskich UE (a konkretnie “Starej Unii”).
Raport “Centre for European Reform” chwali szczególnie innowacyjność gospodarek Danii i Szwecji. Akurat słusznie. Może jednak godzi się przypomnieć - nie bez kozery - że akurat te 2 kraje nie zdecydowały się na wejście do strefy euro, choć spełniały wszystkie wymagane ku temu warunki.
Oczywiście z tej przesadnej krytyki wobec Polski można wyciągnąć pozytywne wnioski, bo o ile CER maluje „czarny obraz” naszego kraju to niektóre cząstkowe zarzuty są jednak uzasadnione. Oczywiście jest prawdą, że Polska ma (obok Słowacji ) najwyższy odsetek bezrobocia w „25”. To fakt. Ale też należy powiedzieć, że w ciągu ostatnich 2 lat to bezrobocie spadło o ok. 5%. To też fakt. Tak więc ta krytyka jest zarówno słuszna, jak i chybiona (bardziej martwić może fakt, że choć bezrobocie spada, to… rośnie bezrobocie wśród kobiet).
Miejsce Polski w UE w kontekście gospodarczym jest oczywiste: powinniśmy być krajem mającym jak najmniej krępujących gospodarkę regulacji formalno - prawnych, z jak najmniejszą ilością koncesji, nadrabiającą straconych kilkadziesiąt lat dynamiką i kreatywnością setek tysięcy prywatnych firm. Wbrew naszemu narodowemu interesowi ekonomicznemu byłaby zgoda na unijną unifikację podatkową - ten pomysł znów powraca ze strony prezydencji niemieckiej, choć 2 lata temu zgłaszał go bezskutecznie ówczesny francuski minister finansów… Nicolas Sarkozy.
Nie wchodząc w ideologiczne oceny tego, czy sektor państwowy w gospodarce ma być mniejszy czy większy Rzeczpospolita siłą faktów (w porównaniu z Niemcami, a zwłaszcza z Francją relatywnie niewielki sektor państwowy) bliższa jest modelowi brytyjskiemu. Piszę o tym, ponieważ Londyn to nasz naturalny sojusznik, gdy chodzi o liberalizację przepisów gospodarczych w UE. A właśnie ich liberalizacja leży w naszym interesie, co zresztą udowodniła głośna i długa debata na temat możliwości swobodnego funkcjonowania sektora usług w Unii (syndrom “polskiego hydraulika”).
Polska gospodarka staje się już konkurencyjna w wielu branżach. Dzieje się tak także dzięki dynamice, pracowitości, “zaciskaniu pasa” przez wiele polskich firm. Aby gospodarka naszego kraju była jeszcze bardziej konkurencyjna należy zwiększyć jej innowacyjność, zmniejszyć biurokratyczne bariery w funkcjonowaniu firm, a także przy absorpcji środków UE. Jej konkurencyjność zależy po części od rządowych i samorządowych umiejętności pozyskiwania środków unijnych: nie może być tak - a jest to niestety normą - że zachodnie firmy są uprzywilejowane - gdy chodzi o dostęp do unijnych “kranów finansowych”, a to w sposób oczywisty powiększa dysproporcje między gospodarczą Europą “A” a Europą “B” (w tym Polską).

Ryszard Czarnecki

W Prasie

Ryszard Czarnecki: Wypowiedź dla Monitora Unii Europejskiej nt. Traktatu Konstytucyjnego UE oraz stosunków polsko – niemieckich w kontekście niemieckiej prezydencji w UE.

Posted on


Redakcja miesięcznika Monitor Unii Europejskiej, wydawanego przez Fundację Prawo Europejskie, zwraca się z uprzejmą prośbą o wypowiedź do lutowego numeru dotyczącą Traktatu Konstytucyjnego UE oraz stosunków polsko – niemieckich w kontekście niemieckiej prezydencji w UE.
Interesują nas takie zagadnienia jak: możliwość przeprowadzenia reformy ustrojowej Unii bez przyjęcia nowego traktatu rewizyjnego oraz stosunki polsko-niemieckie, a proces decyzyjny w UE (zasada podwójnej większości), strategia rozszerzenia, polityka dobrego sąsiedztwa, umocnienie tożsamości Unii na arenie międzynarodowej, rozwój wspólnej polityki energetycznej.

Reforma ustrojowa UE jest zapewne wskazana, zwłaszcza po rozszerzeniu Unii aż o kolejne 12 państw. Powiedzmy jednak wprost: bez tej reformy Unia Europejska też będzie funkcjonować. Ewidentnym nadużyciem są liczne głosy (ostatnio Kanclerz RFN Angela Merkel oraz szeregu eurodeputowanych) uzależniające dalsze rozszerzenie UE właśnie od tzw. reformy ustrojowej. Przechodząc z języka dyplomacji czy też ze swoistego “eurospeaku” na mowę tzw. normalnych ludzi oznacza to powiedzenie Chorwatom czy Macedończykom: poczekajcie, nie będziemy was przyjmować, bo najpierw musimy się zająć własnym nosem… Wyszukiwanie pretekstu w postaci “reformy ustrojowej”, aby kolejne kraje, głównie powstałe z dawnej Jugosławii nie weszły do unijnej rodziny - to rzecz moralnie dwuznaczna i niewystawiająca dobrego świadectwa europejskiej klasie politycznej.
Traktat konstytucyjny w tym kształcie jest martwy. Jego reanimacja będzie generować kolejne podziały i napięcia w sytuacji, gdy kraje Unii są i tak wystarczająco podzielone w sprawie polityki zagranicznej, polityki regionalnej, stosunku wobec Rosji czy budżetu UE. W tym kontekście rozsądnym wydaje się być plan ministra spraw… wewnętrznych Francji i bardzo prawdopodobnie już niedługo prezydenta Republiki Francuskiej Nicolasa Paula Stéphane’a Sarközy de Nagy-Bocsa - “traktatu - minimum”. Francuski polityk uznał słusznie, że - by użyć polskiego przysłowia - “lepszy rydz niż nic”. Słowem: lepiej dogadywać się co do kwestii mniej kontrowersyjnych, ale realnych i konkretnych, niż brnąć w niekończący się spór o poszczególnych aspektach przegadanej, cierpiącej na “chorobę słoniową” konstytucji.
Proces decyzyjny w UE: dotychczas, mimo rozszerzenia, Unia nie została jakoś “sparaliżowana”, jak wieścili to najbardziej zagorzali zwolennicy reformy procesu decyzyjnego. Dochodzenie do konsensusu zabiera więcej czasu, ale - co ciekawe - bardziej ze względów… technicznych niż politycznych.
Co do “podwójnej większości” - regulacje Traktatu Nicejskiego są dla nas korzystniejsze i ich powinniśmy bronić.
Strategia rozszerzenia: ja nazwałbym ją raczej “strategią zamrożonego rozszerzenia”. Unia (mówiąc precyzyjnie: większość państw ją stanowiących) nie chce teraz nowych członków. Zamiast - poprzez jasny kalendarz akcesyjny - stabilizować sytuację na Bałkanach, Unia współgeneruje konflikty - jak ws. Kosowa. Ale takie konflikty to także wymierne koszty dla europejskich podatników. Tańsza jest akcesja poprzedzona jasnym harmonogramem działań implementujących unijne standardy ekonomiczne, praw człowieka, antykorupcyjne, niezawisłości sądów.
Oczywiste jest, że krajem pierwszej, nowej akcesji do UE będzie Chorwacja. W następnej, ale dalszej kolejności (dekada?) będzie to Macedonia oraz Czarnogóra. Potem “bałkańskie, gorące kartofle”: Bośnia i Hercegowina, Serbia, Kosowo (osobno!) i Albania. Dopiero potem przypadnie czas na Ukrainę z jednej strony, państwa Kaukazu (np. Armenia, Gruzja) z drugiej oraz Turcja z trzeciej. Tak naprawdę, wbrew obecnym, ekonomiczno - politycznym oporom wobec w miarę szybkiego zaproszenia Kijowa na “eurosalony” - realne zastrzeżenia natury i stricte politycznej i gospodarczej budzi przyjęcie Ankary. Turcja może bowiem całkowicie zmienić i system unijnych dotacji i polityczny “balance of power” na Starym Kontynencie.
Umocnienie tożsamości UE na arenie międzynarodowej? Tak, ale nie może odbywać się poprzez powołanie “ministra spraw zagranicznych UE” - bo to jednak oznaczałoby ograniczenie suwerenności polityki międzynarodowej poszczególnych państw członkowskich. Byłaby to istotna ingerencja w atrybuty niepodległości krajów europejskich. Podobnie ostrożnie odnoszę się do pomysłu zastępowania ambasad państw tworzących Unię (teoretycznie 27, w praktyce w wielu krajach “trzecich”, czasem ok. 10 czy kilkunastu) jedną “unijną” ambasadą poza obszarem UE.
Stosunki polsko - niemieckie są bardzo istotnym wektorem w polskiej polityce europejskiej. Jeżeliby szukać na ich określenie kluczowego przymiotnika, to byłby nim “partnerskie”. Nie możemy pozwolić sobie na otwieranie niepotrzebnego “frontu konfliktu”, ale też nie możemy udawać, że niektóre polityczne decyzje RFN nie maja negatywnych implikacji dla Polski (“rura” pod Bałtykiem, milczenie ws. pozwów do Strasburga o odszkodowania, dążenie do zmiany korzystnego dla Polski - gdy chodzi o sposób podejmowania decyzji w radzie UE - Traktatu Nicejskiego).
W Parlamencie Europejskim obserwuje zdziwienie niemieckich eurodeputowanych “roszczeniową ” postawą ze strony Polaków. To zdziwienie jest udziałem w zasadzie całej niemieckiej klasy politycznej. Tymczasem Niemcy muszą w końcu dostrzec, że od 3 lat Polska jest pełnoprawnym członkiem UE i 40 - milionowym krajem o aspiracjach na miarę swojej wielkości.
Polityka energetyczna - wspólna dla całej UE - jest konieczna. To już nie tyle polski wymysł, ale doświadczenie ostatnich 2 lat całej UE. Bruksela dopiero teraz (lepiej późno niż wcale) zrozumiała, że energia to… zakładnik polityki. A więc wymaga politycznych decyzji, a przede wszystkim politycznej strategii. W jej kształtowaniu Polska musi wziąć kluczowy udział. Prezydencja niemiecka pod tym względem ma szanse zapisać się w historii Unii. I to znacznie lepiej niż poprzez forsowanie - dzielącej Europę - konstytucji UE.

Ryszard Czarnecki

W Prasie

Ryszard Czarnecki - Wypowiedź dla Katolickiej Agencji Informacyjnej na temat zapisu o ochronie życia poczętego w Konstytucji RP

Posted on

1. Czy Pana zdaniem obecna ustawa o ochronie życia w RP jest dobrym kompromisem?

Ta ustawa jest kompromisem politycznym. Był to kompromis konieczny i potrzebny w latach 90-tych. Ale od tego czasu w naszym społeczeństwie utrwaliły się postawy “pro-life”, zmieniła się mentalność, a nawet stosunek znaczącej ilości mediów - niegdyś agresywnie niechętnych, dzisiaj często w miarę bezstronnych i obiektywnych.
Ta ustawa spełniła swoją rolę. Ale w sprawach moralnych trudno mówić o kompromisach. Stąd konieczność jej zmiany.

2. Jakie są mocne i słabe strony obecnej ustawy? Czy w tej ustawie należałoby coś poprawić?

Mocną stroną ustawy było to, że po okresie niemal 40-tu lat (od dzieciobójczej ustawy z 1956r.) pozwoliła ona na zdecydowanie większą niż dotąd ochronę życia poczętego. Jej słabą stroną było to, że nie gwarantowała ludzkiego życia w 100%.

3. Czy Pana zdaniem należy wpisać do konstytucji RP zapisu o ochronie życia od poczęcia?

Tak, taki zapis konstytucyjny jest uzasadniony. Konstytucja RP, czyli ustawa zasadnicza, ma zdecydowanie większą moc niż zwykła ustawa. Wpisanie ochrony życia do Konstytucji Rzeczpospolitej wzmocni prawne instrumenty chroniące życie nienarodzonych i utrudni (bo nie zablokuje, niestety, w całości) próby ograniczenia prawa do życia.

4. Czy Pana zdaniem konstytucja powinna gwarantować, że małżeństwo jest tylko i wyłącznie związkiem mężczyzny i kobiety?

To jasne. Oczywiście, konstytucja RP winna jasno i precyzyjnie definiować, że - przy poszanowaniu praw mniejszości seksualnych - małżeństwo jest, zgodnie z polską tradycją - związkiem kobiety i mężczyzny.

W Prasie

Ryszard Czarnecki: Wypowiedź dla Katolickiej Agencji Informacyjnej na temat prześladowania chrześcijan w Europie.

Posted on

1. Czy w imię politycznej poprawności grozi nam walka z homofobią zawoalowaną homodyktaturą?

Stare polskie powiedzenie: “Miej proporcje, Mocium Panie” odnosi się do tej sytuacji jak znalazł. Po przeczytaniu tego “newsa” ucieszyłem się, że… nie jestem strażakiem w Glasgow. Ten kuriozalny, ale realny przykład pokazuje, jak daleko mogą rozpędzić się zwolennicy “politycznej poprawności” i przeciwnicy absurdalnie rozciągniętej “homofobii”.
Gdyby strażacy odmówili pomocy homoseksualistom - ofiarom pożaru byłby to skandal. Gdyby pozwolili sobie na uwagi wprost obrażające takich ludzi - byłoby to naganne. Ale niechęć do rozdawania ulotek (!), z których treścią się nie zgadzają, czy udział w paradzie gejów, gdy nie utożsamiają się (po prostu) z jej założeniami - to elementarne prawa obywatelskie. To, co stało się w Szkocji to kliniczny przykład braku tolerancji - dokonujący się oczywiście pod jej sztandarami.
Oby ten przykład nie był zaraźliwy. Ale dla nas, Polaków, jest przestrogą, że absurd i dyskryminacja większości (!) nie ma granic.

2. Czy przez fakt bycia chrześcijaninem jest się gorszym obywatelem Europy?

W teorii - nie. W praktyce - bywa różnie. Jak mogli czuć się chrześcijanie, gdy rząd Francji oficjalnie stawiał weto wobec odwołania do chrzescijanskich korzeni Europy uzasadniając, że mogłoby to urazić (!) osoby niewierzące i ludzi innych wyznań.
Co mogli powiedzieć chrześcijanie na formalne zakazy wieszania krzyży w dwóch krajach europejskich (Francja i Bułgaria)?
Czy nie jest tak, że politycy i media w Europie są bardziej wyczuleni na dyskryminację, czy nawet zwykłą krytykę muzułmanów niż chrześcijanie?
Dziś większość europejskich elit nie mówi, niestety, językiem papieża Jana Pawła II z Santiago de Compostela (1982r.), gdy Ojciec Święty podkreślał chrześcijańskie korzenie Europy.
Reasumując, chrzescijanin bywa gorszym obywatelem Europy, bo jest często chrześcijaninem w defensywie.