Blog

KOMPROMIS KONSTYTUCYJNY

Posted on

Ostatni szczyt Unii Europejskiej w Brukseli i negocjacje związane z projektem Traktatu ustanawiającego Konstytucję UE zakończyły się dotkliwa porażką polskiego rządu.

Obecny rząd nie potrafił przeforsować preambuły do Konstytucji UE mającej nawiązywać do chrześcijańskiego dziedzictwa Europy. Również w obszarze polityki narodowej, rzekomo kompromisowe propozycje, de facto są odejściem od korzystnego dla nas Traktatu z Nicei. Nasza siła tzw. “mniejszości blokującej”, według Traktatu z Nicei, wynosiła prawie 30%, a w postanowieniu brukselskim zaledwie 23%.
Tzw. mechanizm bezpieczeństwa (“hamulec”) zakłada nie tyle zablokowanie, co opóźnienie przyjęcia decyzji niekorzystnych dla Polski. Propozycje rządu RP zmierzały do ustalenia progu ludności w mechanizmie bezpieczeństwa na 25%. Tymczasem zdecydowano, że będzie to 30%. Co charakterystyczne ów “hamulec” nie ma być wpisany do Konstytucji, lecz będzie tylko decyzją szczytu UE, co oczywiście daje mu dużo mniejszą rangę - nie musi być ono respektowane. Jest to zresztą rozwiązanie tymczasowe, ponieważ za dziesięć lat Unia Europejska może ten instrument ochronny wspierający średnie i małe państwa zlikwidować.
Premier Leszek Miller swoją porażkę w negacjach z UE z grudnia 2003 r. usiłował przedstawić jako zwycięstwo. Dziś podobnie czyni premier Marek Belka, który nie mając parlamentarnego i wyborczego mandatu do podejmowania decyzji w imieniu RP, zgadza się na rozwiązania dla Polski niekorzystne, nagłaśniając je jednocześnie jako rzekomy sukces.
W tej sytuacji Samoobrona RP deklaruje, że:
1. przyszły rząd Polski z udziałem Samoobrony zaneguje wyniki szczytu w Brukseli z czerwca 2004 r.,
2. wzywamy obywateli, aby w referendum (którego przeprowadzenia przypilnujemy) odrzucili projekt Traktatu Konstytucyjnego i jednocześnie liczymy, iż w trakcie debaty ratyfikacyjnej w Parlamencie RP partie, które dziś deklarują opozycyjność wobec ustaleń z Brukseli podtrzymają to stanowisko.

Samoobrona RP będzie konsekwentnie bronić praw Polski na arenie międzynarodowej zarówno pozostając w opozycji do obecnego rządu, jak i będąc w przyszłym rządzie RP.
Ryszard Czarnecki
Koordynator Deputowanych
Samoobrony RP do PE

Blog

WARTO WIEDZIEĆ

Posted on

Przedsiębiorcy myślą przede wszystkim o rynku lokalnym (wg definicji Unii Europejskiej w promieniu 70 km) oraz rynku krajowym. Co więksi ludzie biznesu z powiatu oleśnickiego, oraz Wrocławia zamachują się na rynek unijny, który jest blisko: w Niemczech i Czechach (a także oczywiście dalej). Uwaga to nie jest export! Od 1 maja 2004 sprzedaż towaru wyprodukowanego w Polsce, obojętnie do RFN czy Portugalii jest sprzedażą na rynek wewnętrzny UE. Oj, zmieniają się nam definicje.

To wszystko warto wiedzieć, podobnie jak to, że nie trzeba wcale unijnego certyfikatu aby sprzedawać bułki czy rowery w sklepie dwie ulice dalej. Te certyfikaty trzeba mieć, jeśli ktoś myśli o ich wyekspediowaniu poza granice Rzeczypospolitej. Tak samo jak warto, a nawet trzeba wiedzieć, że sprytnym ominięciem progów i szlabanów w postaci ograniczenia rynku pracy dla Polaków (ale tez Czechów, Słowaków itp. itd.) w RFN w Austrii, ale także np. we Francji jest… założenie jednoosobowej firmy przez Polaka w tych właśnie krajach i podjęcie absolutnie legalnej, oficjalnej pracy. To się nazywa samozatrudnienie.

Polskim przedsiębiorcom w Unii lekko nie będzie. Zwłaszcza małym jak i firmom rodzinnym. Średnie też nie będą miały lekko. Co prawda zwiększy się dostęp do unijnych środków, ale przejść przez dżunglę biurokratycznych formularzy i wniosków to nie to samo, co wypić małego “browara”. Konkurencja stanie się faktem. A nasze firmy mają znacznie mniejsze zaplecze kapitałowe. Powinny więc jednoczyć wysiłki, łączyć się, a przynajmniej tworzyć silne i skuteczne organizacje reprezentujące biznes. Jednak konkurencja działa w dwie strony. Niektóre polskie firmy już atakują rynek zachodni, zwłaszcza ten najbliższy, tuż za nasza zachodnią granicą. To szansa raczej dla firm ze Zgorzelca czy Oleśnicy albo Kłodzka czy Ząbkowic Śląskich, a nie Białegostoku czy Rzeszowa. Ale są też tacy rodzimi przedsiębiorcy, którzy myślą bardziej do przodu. Oni inwestują w fabryki na… Wschodzie. Czy Państwo wiecie, że polskie inwestycje na Ukrainie są ponad 90 razy większe niż takież na Słowacji czy Węgrzech? Podobnie wygląda różnica miedzy inwestycjami w Rosji na Łotwie czy w Estonii. Polskie inwestycje w Republice Ukrainy są trzy razy większe niż np. w Czechach (a w samej Ukrainie wyższe niż w Rosji). Nasz duży biznes już czuje, że Wschód to wielki, nienasycony rynek zbytu…

Blog

JEDNAK EUROPA NARODÓW

Posted on

54% Brytyjczyków (sondaż opublikowany w minionym tygodniu) wypowiedziało się za … wystąpieniem ich kraju z Unii Europejskiej! W całej Europie Zachodniej narasta fala niechęci do instytucji UE, eurobiurokracji. Coraz większe znaczenie mają tendencje narodowe oraz powszechniejsze jest uznanie, że integracja europejska powinna ograniczyć się do spraw gospodarczych, a nie politycznych.

Na jedną z głównych sił politycznych w Szwecji wyrasta partia założona przez dwóch bankowców: byłego prezesa szwedzkiego banku centralnego oraz prezesa dużego banku komercyjnego, którzy swój polityczny kapitał zbijają na jednym haśle: NIE DLA EURO! Podobnie w Danii, gdzie rośnie w siłę ugrupowanie Jensa Petera Bonde sprzeciwiające się zarówno euro, jak i konstytucji europejskiej.

Angielski dziennik “The Guardian” piórem Iana Blacka w zeszły wtorek sugeruje, że eurosceptycy czy może raczej eurorealiści (w tym Samoobrona) będą trzecią siłą w Parlamencie Europejskim. “The Guardian” jest lewicowy, ale podobnie wyraża się prawicowy “Daily Thelegraph” oraz opiniotwórcza telewizja BBC.

Rośnie w Europie tendencja do zachowania jednak maksimum decyzji w poszczególnych krajach, a nie oddawania ich do Brukseli. Rośnie patriotyzm gospodarczy i nasila się walka o taki budżet UE na lata 2007 - 2013, aby w jak największym stopniu bronić swoich interesów ekonomicznych. Wchodzimy zatem do Unii nie jednorodnej, lecz różnorodnej, Unii, której poszczególni członkowie - nawet, jeśli o tym nie mówią - to mocno walczą o swoje interesy. Nie rozpływajmy się w morzu europejskości, bo nie byłoby to ani mądre. Morze takie nie istnieje, choć europejscy federaliści bardzo tego by chcieli.

Poszczególne państwa członkowskie starej Unii dbają o swoje firmy narodowe - państwowe i prywatne. Nowe kraje członkowskie nie chcą jednolitych stawek podatkowych (a więc praktycznie wyższych podatków), chcą jak najwięcej pozyskać dla siebie z funduszy strukturalnych oraz mocno podkreślają konieczność zachowania własnej tożsamości narodowej i kulturowej. Warto więc wiedzieć do jakiej Unii wchodzimy.

Blog

CZAS NA OPAMIĘTANIE

Posted on

Wbrew wcześniejszym zapowiedziom, także polskich mediów, nie ma większych szans na zakończenie prac nad konstytucją europejską w czerwcu, czyli do końca półrocznej prezydencji Irlandii w UE. I dobrze! Konstytucja jest potrzebna Unii, jak świeczka diabłu (właśnie wymyśliłem nowe, polskie, przysłowie niczym porucznik Banaczek z amerykańskiego serialu). Projekt traktatu o ustanowieniu konstytucji jest w gruncie rzeczy psu na budę. Pomijając już brak bardzo ważnej preambuły, dotyczącej dziedzictwa chrześcijańskiego, kluczową sprawa jest odejście, w praktyce po roku 2009, od ustaleń traktatu z Nicei. Dla naszego kraju były one znacznie korzystniejsze niż propozycje zawarte w eurokonstytucji. Przesunięcie tej sprawy w czasie pokazuje, że UE jakoś egzystuje bez konstytucji. To z kolei oznacza, że można bez niej żyć. Im więcej czasu dla poszczególnych rządów na refleksję, tym więcej czasu na opamiętanie. Skorzystała z tego Wielka Brytania, której premier Tony Blair oświadczył już, że Albion konstytucji nie poprze. A to oznacza, że jej nie będzie - w tej bowiem kwestii w Unii obowiązuje zasada jednomyślności. Brytyjczycy zrobili to, o czym szereg innych narodów myślało, tyle, że po cichu. Osobiście uważam, że w sprawie konstytucji europejskiej powinno być w Polsce przeprowadzone referendum, Nie jest to bowiem decyzja, którą elity (marnej zresztą jakości) mogą narzucić społeczeństwu.

Blog

EUROWYBORY

Posted on

Już miesiąc jesteśmy w Unii, nie chwyciliśmy Pana Boga za nogi - jak obiecywali euroentuzjaści. Polska nie stała się oazą nieszczęść i kolonią Brukseli jak sugerowali euronegatywiści. Co ciekawe: jedni i drudzy dalej obstają przy swoim. Dalej mamy podobne problemy co przedtem, kłopoty z korupcją i mało sprawną administracja. Unia Europejska nie okazała się ani cudowna receptą ani dżuma. Jest - mniej więcej - jak było.

Piszę te słowa na Dolnym Śląsku, który ma szanse skorzystać z integracji lepiej niż Lubelszczyzna czy Podlasie - regiony i biedniejsze i bardziej od Unii oddalone. Ale czy ją wykorzysta? To zależy od administracji samorządowej (sejmik, powiaty, gminy), ale też od umiejętności poruszania się po brukselskich korytarzach przez naszych ludzi w Parlamencie Europejskim.

Eurodeputowani mają tu swoją dużą rolę do spełnienia (zwłaszcza w pierwszej kadencji PE 2004-2009), gdy struktury państwowe i samorządowe odpowiedzialne za pozyskiwanie środków z UE są słabo wykształcone.

Z kolei jacy to będą eurodeputowani, zależy od Państwa. Także ich ilość z naszego województwa jest uzależniona od wyborców (ordynacja do PE nagradza większą liczbą mandatów regiony, które mają wyższą frekwencję. A więc, to naprawdę zależy od nas.

Blog

UNIJNY KOKTAJL

Posted on

Po naszym wejściu do Unii miały stanieć samochody. No i podrożały - media informują o wykupywaniu aut w polskich salonach samochodowych przez Niemców. Można było to łatwo przewidzieć przy różnicach cen dochodzących do 20%. To wiedział, czy wiedzieć powinien student ekonomii, ale nie chcieli tego wiedzieć propagandziści polityczni i medialni. Tylko po co było robić wodę z mózgów? Po co było mącić ludziom w głowach? W końcu ludziska dopadną tych, co ich tak od lat oszukują.

EBOR, czyli Europejski Bank Odbudowy i Rozwoju, z siedzibą w Londynie, skrytykował Polskę za brak tworzenia nowych miejsc pracy i zbyt słabe zachęty ekonomiczne dla inwestorów zagranicznych. Jak widać - za brak realnej walki z bezrobociem nasz rząd krytykowany jest nie tylko przez Samoobronę, lecz przez międzynarodowe instytucje finansowe. Trudno się z EBOR-em nie zgodzić, nie tylko dlatego, że zainwestował w Polsce 2,8 mld euro w 130 projektach.

Zachodni i polscy eksperci twierdzą, że gospodarka Unii jest zbyt obwarowana zakazami, męczy się w gorsecie przepisów, jest przeregulowana. UE tyle mówi o wolnym rynku, ale tworzy system gospodarczy nakazowo-zakazowy oparty na centralnym, ręcznym sterowaniu. Okazuje się, że nie wszystko złoto, co się świeci. Złoto, które Polska nabyła, jest poszczerbione, znacznie gorszej próby, niż nam mówiono.

I tak już będzie. Unia to splot różnych interesów. W tej dżungli musimy się odnaleźć. I twardo walczyć o swoje. Trzeba wiedzieć, jak się to robi. Trzeba mieć doświadczenie. Należy odrzucić propagandę sukcesu z jednej strony i propagandę klęski - z drugiej. Polska na równych prawach w UE - to postulat do zrealizowania. Choć przerasta on zarówno tych, którzy gorliwie potakują Brukseli, jak i tych, którzy odwracają się do Unii plecami .

PS: Unijny koktajl nie musi być koktajlem Mołotowa…

Blog

KARTAGINA I BRUKSELA

Posted on

Jesteśmy w Unii od 2 tygodni. I tak naprawdę nie zmieniło się nic lub prawie nic. No, może jest trochę drożej. No i gdy planowałem swój wylot do Brukseli na początku czerwca, zacząłem zastanawiać się gdzie jest mój paszport, na co profesor Lech Koćwin, również kandydujący do Parlamentu Europejskiego zapytał mnie:, “Po co Panu paszport? Przecież wystarczy dowód.” To też się zmieniło …Choć nasz MSZ ostrzega, że nie wszędzie mogą te nasze dowody osobiste respektować, czyli “strzeżonego Pan Bóg strzeże” - a więc paszporty lepiej jednak zabierać.

Wbrew temu co mówili euroentuzjaści Polska nie stała się po 1 maja krajem mlekiem i miodem płynącym. Polskie krowy nie wiedzą, żeśmy weszli do Unii i dalej dają tyle samo mleka - nie wiedzą biedactwa, że nie mogą dawać więcej, bo Bruksela wprowadziła limity: 235 litrów na głowę mieszkańca rocznie. Stąd też oczyma wyobraźni widzę już polskiego rolnika jak tłumaczy krasuli: “nie wydoję cię dzisiaj stara, żebyśmy nie przekroczyli limitu, poczekaj do jutra”. Litewskie krowy są w lepszej sytuacji, bo mają limity prawie 2 razy większe. Nie mówiąc już o irlandzkich, które oficjalnie mogą dawać 5 razy więcej niż nasze.

Wbrew skrajnym euronegatywistom (czy eurosceptykom) od 1 maja 2004 Rzeczpospolita nie stała się również oazą nieszczęścia i większej zapaści ekonomicznej niż była. W gruncie rzeczy, jak w tym dowcipie, jest jak było. Ani Unia nie dała nam cudownych recept, ani też nie wpędziła do grobu. UE nie stała się rajem, ani też apokalipsą.

Zostało więc po staremu. Źle wynegocjowane przez Millera i Huebnerową, przy milczeniu Rokity i Kaczyńskiego, limity produkcyjne na tytoń pozostają na poziomie produkcji tytoniu w Polsce w roku… 1980. Gdy chodzi o owce to ostrzygli nas aż miło: poziom produkcji z roku… 1969. Zaś gdy chodzi o stal mieliśmy też miękkie stanowisko pod stalowym spojrzeniem Komisarza Verheugena: limit z roku 1970! No i w końcu mleko się rozlało: limit produkcji mleka jak w 1952.
A ja powtórzę: “Kartagina powinna być zniszczona” - “renegocjacje są konieczne…”.

Blog

OJ, CI NIEMCY…

Posted on

Niektórzy mówili, że Unia Europejska to dla Polski beczka miodu. Jeśli nawet tak, to ze sporym dziegciem. Wielu z nas pewnie nie przypuszczało, że nasze wejście do UE starosta Gerhard Matheja (mniejszość niemiecka ) ze Strzelec Opolskich przywita zdjęciem… polskiego godła z budynku Starostwa Powiatowego.

Wyczyn głupiego Prusaka nie był niestety jedynym incydentem w relacjach słowiańsko - germańskich. W tych samych dniach opolski Urząd Marszałkowski obdarował kilkudziesięciu VIP-ów książeczkami wydanymi za pieniądze polskiego podatnika, ale z treściami, które spodobać by się mogły podatnikom niemieckim, ale też tylko niektórym. Autor owego glosariusza, zatrudniony przez poprzedniego marszałka opolskiego, Pana Jałowieckiego z Platformy Obywatelskiej (ale książkę wydał Urząd Marszałkowski rządzony przez koalicję SLD-Mniejszość Niemiecka) dowodzi, że do 1991 roku Opolszczyzna była …pod tymczasową administracją Polski i ZSRR! Tytuły rozdziałów zaś podkreślają, rzekomą, administracyjną, odrębność Śląska Opolskiego: “Polska i Opolszczyzna w NATO”, “Polska i Opolszczyzna w UE”…Chciałoby się powiedzieć: “głupich nie sieją, sami się rodzą”.

Odpowiedzialnym za wydanie tego skandalicznego “dziełka” jest wicemarszałek sejmiku opolskiego, reprezentujący Mniejszość Niemiecką, Pan Galla (poprzedni marszałek Opolszczyzny) i głos mu z głowy nie spadł. Starostę - pod wpływem polskiej opinii publicznej zdymisjonowano. Trudno natomiast dymisjonować ludzi (raczej debili, którzy na Dolnym Śląsku rozrzucili ulotki i porozwieszali plakaty zapowiadające rozliczenie Polaków i Czechów za …morderstwa na Niemcach w 1945 roku. Być może jest to jakiś import z RFN, ale niesmak pozostał.

Te trzy incydenty tworzą, niestety całość. Niektórzy Niemcy (na pewno nie wszyscy, mam nadzieję, że nie większość) uznali, że po 1maja 2004, Polska albo przestanie istnieć, albo będzie tak słaba, że nawet nie zareaguje na taki w wybryki. No i się przeliczyli…

Takich cieni na unijnym słoneczku jest więcej. Pisać o nich jest przykrym obowiązkiem. To zadanie dla felietonisty. Zadaniem dla polityka jest spowodować aby takich “numerów” nie było - albo reagować na nie w sposób zdecydowany.

Blog

A,B,C - 13 CZERWCA

Posted on

W Parlamencie Europejskim od początku maja mówi się… 20 językami. Dlaczego 20, skoro państw jest 25? Ponieważ nie ma języka belgijskiego (Belgowie mówią po francusku i flamandzku, czyli w praktyce niderlandzku, czyli holendersku), Austriacy mówią po niemiecku, Luksemburczycy używają francuskiego lub niemieckiego, Cypryjczycy - greckiego, Irlandczycy - angielskiego. Co prawda Malta ma dwa języki oficjalne - w tym angielski, ale dla podkreślenia narodowej odrębności Maltańczycy używają języka maltańskiego.

Największa grupa zawodowa w strukturach PE to tłumacze. Ale i tak nie będę tłumaczyć wszystkiego na wszystko, zwłaszcza w przypadku języków “egzotycznych”, mało znanych, a więc nie będzie tłumaczenia np. z łotewskiego na maltański. Będzie natomiast tłumaczenie pośrednie: z łotewskiego na angielski i z angielskiego na łotewski. Tłumaczenia będą też w komisjach, ale już nie w kuluarach, a te czasem są najważniejsze.

Nowy poszerzony po 13 czerwca Parlament Europejski będzie liczył 732 deputowanych (wzrośnie o 100 osób). Z Polski będzie 54 przedstawicieli, wybieranych z 13 okręgów, w tym z okręgu nr 12 (Dolny Śląsk i Opole). Wybierzemy ich w druga niedzielę czerwca. Po raz pierwszy w historii Polski ilość mandatów uzależniona będzie od … frekwencji wyborczej - tzn. im więcej osób pójdzie w danym okręgu, tym wzrosną szanse na większą ilość mandatów.

Kadencja PE liczy 5 lat (nie 4 jak w Polsce). Kadencja Przewodniczącego trwa jednak tylko 2,5 roku, po czym na drugą “połówkę” wybiera się kolejną osobę w ramach uzgodnień, czynionych jednak już na samym początku kadencji PE (podobnie jest z rotacyjnie zmieniającymi się prezesami Europejskiego Banku Centralnego). Parlament Europejski ma główną siedzibę we Francji, niedaleko granicy z Niemcami w Strasbourgu. Tam odbywają się posiedzenia plenarne. Jednak posiedzenia komisji mają miejsce w Brukseli (ponadto część administracyjna PE znajduje się także w Luksemburgu, w tym samym mieście gdzie Europejski Trybunał Obrachunkowy).

Kompetencje PE są jasno określone. Uchwalenie budżetu Komisji Europejskiej, kontrola władz wykonawczych Unii (już raz Parlament doprowadził do dymisji Komisję) oraz współtworzenie prawa (czy mówiąc ściślej konsultowanie tego, co proponuje KE). Jeśli w drugiej połowie czerwca 2004 zapadnie decyzja o przyjęciu Konstytucji UE (która moim zdaniem nie jest potrzebna), będzie to dobra wiadomości dla PE i deputowanych, bo Traktat Konstytucyjny zwiększy uprawnienia Parlamentu.

To wszystko warto wiedzieć przed wyborami 13 czerwca. A zagłosować trzeba, choćby dlatego żebyśmy to MY, jako Dolny Śląsk mieli więcej przedstawicieli w Brukseli niż - przy całym szacunku - Kujawsko - Pomorskie czy Warszawa.

Blog

BIEGUNKA

Posted on

“Co nagle, to po diable…” - mówi stare polskie przysłowie. A inne głosi: “jak się człowiek spieszy, to się diabeł cieszy”. Te powiedzenia pasują jak ulał do szybkiego, jak pociąg Intercity na trasie Warszawa - Wrocław, dostosowywania polskiego prawa do norm Unii Europejskiej. Nasz Sejm dostał prawdziwej biegunki legislacyjnej. W ciągu trzech lat wypluł z siebie 150 ustaw w tym obszarze. Poprzedni Parlament był niewiele gorszy: 130 ustaw w ciągu 4 lat. Ponieważ Bruksela cały czas poganiała, a komisarz Verheugen pokrzykiwał “schneller, schneller”, Sejm i Senat bez większego zastanowienia przyklepywały to, czego chciał rząd. Niestety, rząd często wnosił buble, a okulary naszych legislatorów są wszak bubloodporne (czyli bubli nie zauważają).

Gorzej, że pod “niebieskim płaszczykiem z żółtymi gwiazdkami” dostosowania naszego ustawodawstwa do unijnego, różne grupy nacisku przepychały różne ustawy korzystne dla poszczególnych środowisk, ale na pewno nie dla interesów państwa. Szybko okazywało się, że akurat proponowane przepisy wcale w Unii nie obowiązują, ani nie zamierza ona ich wprowadzić lub nawet wręcz regulacje unijne są przeciwne do tego, co proponował jakiś resort, skutecznie pozyskany przez kolejną “grupę (lub grupkę) trzymającą władzę”. Jak inaczej bowiem tłumaczyć, że w ustawie “Prawo Morskie” jedynie 17% przepisów rzeczywiście ma coś wspólnego z UE.

Jeszcze 30 kwietnia 2004 r,, gdy Sejm uchwalał ostatnich sześć ustaw “harmonizujących” nasze prawo z prawem UE, nie opublikowano nie tylko tych, ale i kilkunastu kolejnych ustaw (w sumie ponad 20) w Dzienniku Ustaw. Czyli tak jakby ich nie było wcale! Nie wystarczy bowiem, żeby Sejm coś uchwalił a prezydent podpisał. Ustawy wchodzą bowiem w życie od momentu opublikowania ich w Dzienniku Ustaw.

Możemy się pocieszać, że sąsiedzi Czesi uchwalali jeszcze szybciej i mają jeszcze większy “bajzel” prawny, ale mała to pociecha. Oczywiście, z dniem wejścia Polski do Unii bynajmniej nie skończył się sam proces ujednolicania polskiego prawa z unijnym. Prawo Wspólnot Europejskich jest jak ptak w locie - cały czas zmienia swoje położenie. Zmiany w Brukseli skutkować będą również zmianami w Warszawie.

Ustawodawstwo UE dzieli się na dwie kategorie. Są to dyrektywy i rozporządzenia Te drugie trzeba bezwzględnie wprowadzić w życie w każdym z 25 krajów członkowskich Unii. Dyrektywy można na grunt narodowy przenosić nie od zaraz i w wymiarze takim, jaki uzna się za stosowne. Sprytni Włosi dotychczas nie wprowadzili aż 20% dyrektyw UE, bo uznali ze byłoby to niekorzystne dla ich gospodarki.

Gdy w imieniu Polski, wraz z ówczesnym premierem i ministrem spraw zagranicznych, rozpoczynałem 31 marca 1998 negocjacje z UE, unijne prawo liczyło w sumie 75 000 stron. Dzisiaj, po 6 latach liczy 150 000 stron! Nowe przepisy rosną jak ciasto na drożdżach. Zdarzają się wszak dość często zakalce, jak dyrektywa mówiąca, że marchewka to owoc. Strach pomyśleć, co będzie dalej. Biegunka trwa…

Blog

POLACY, CZESI, UNIA EUROPEJSKA

Posted on

1 maja 2004 r. Unia Europejska poszerzy się m.in. o dwa narody: Polaków i Czechów. Będzie powrót do politycznej Europy, bo w wymiarze historycznym, cywilizacyjnym, geograficznym oba te kraje Europę tworzyły od zawsze. Paradoksem jest, że sąsiadując, tak mało o sobie wzajemnie wiemy. A przecież w historii Polski jest tyle wydarzeń, w których pojawiają się nasi południowi sąsiedzi. Czasem ze sobą współpracowaliśmy, czasem rywalizowaliśmy i odwrotnie. Dziejów Czech, już od Średniowiecza nie można dobrze napisać nie pisząc o wspólnych władcach, świętych, a nawet ziemiach, które raz były pod czeskim raz polskim panowaniem.

Można więc powiedzieć, że nasza potencjalna współpraca jest czymś naturalnym. Nie dlatego abyśmy musieli kochać Czechów, a oni nas. Nic na siłę. Ale bliskie związki ekonomiczne i polityczne leżą po prostu w interesie społeczeństw obu państw. Aby ta współpraca stawała się coraz pełniejsza powinniśmy jak najwięcej wiedzieć o sobie. Poznawać historię wzajemnych związków, kulturę sąsiada, a także mniej - na początek- myśleć stereotypami i mitami jakie pokutują w społeczeństwie polskim na temat Czechów i w społeczeństwie czeskim na temat Polaków. Zwłaszcza, że sporo tych obiegowych, krzywdzących a czasem lekceważących opinii powstało lub utrwaliło się w okresie komunizmu. Tego komunizmu, który został narzucony obu krajom i który na kilka dziesięcioleci zahamował rozwój Rzeczpospolitej Polskiej i Republiki Czechosłowackiej.

W okresie II wojny światowej, gdy legalne rządy Polski i Czech znajdowały się na emigracji w Londynie, z inicjatywy premiera Rządu RP i Naczelnego Wodza gen. Władysława Sikorskiego i jego współpracowników podjęto inicjatywę bliskiej współpracy polityczno-wojskowej obu państw, która wręcz miała zaowocować powstaniem konfederacyjnego, wspólnego państwa! Państwa, które miałoby wspólną politykę zagraniczną i wspólną armię… zresztą już wcześniej w latach trzydziestych XX wieku, także szereg polityków, a zwłaszcza wojskowych, czeskich zwracało uwagę na konieczność sojuszu z Polską jako jedynej drogi, która uchronić mogła Pragę przed niebezpieczeństwem niemieckim. Wówczas jednak oba kraje wybrały nie tyle drogę, co wybrały koncepcję polityki “samodzielnych i egzotycznych sojuszy”. Jaki był tego skutek Czesi zobaczyli jesienią 1938 roku, gdy w wyniku układów monachijskich, brytyjski premier Chamberlain przy poparciu całego zachodu sprzedał ich III-ej Rzeszy - Polacy przećwiczyli to rok później.

Zostawmy jednak historię. Warto pomyśleć o przyszłości, także tej najbliższej, już za parę miesięcy razem - Polacy i Czesi - wkroczą do struktur europejskich. I obojętnie, czy Unię Europejską lubimy, czy też nie, czy jej ufamy, czy może wcale, warto zastanowić się czy naszymi partnerami w tej “rodzinnej Europie” (Cz. Miłosz) naszymi sojusznikami będą, przy całym szacunku, daleka Grecja, Portugalia, Irlandia czy właśnie państwa położone w naszym bezpośrednim sąsiedztwie, w tym także Republika Czeska.

Mogę powiedzieć, że znam Unię Europejską i sporo o niej wiem. Wiem także to, że Zachód liczy się głownie z siłą i poważnie traktuje tych, którzy te siłę w wymiarze politycznym i gospodarczym posiadają, oraz tych, którzy dbają o własne interesy. Także dlatego warto współpracować: i w wymiarze stricte politycznym, gospodarczym, militarnym i kulturalnym. Warto wspierać współpracę przygraniczną, naukę języka sąsiadów, wzajemną wymianę, bliższe kontakty, nie tylko polityków - ale co ważniejsze - społeczeństw. Oczywiście dalej będą czasami miedzy nami różnice interesów (to naturalne także wśród przyjaciół a nawet w rodzinie) oraz różne oceny, interpretacje historii. Jednak myślenie w kategoriach wspólnego interesu - pokazania naszym zachodnim partnerom w ramach UE naszego wspólnego potencjału powinno być ważniejsze od egoistycznych zachwytów Czechów nad tradycyjną siłą ich gospodarki i również egoistycznego samozadowolenia Polaków, z powodów rzeczywiście istotnej pozycji demograficznej, a więc politycznej w ramach jednoczącej się Europy.

Blog

3 MAJA WAŻNIEJSZY OD 1 MAJA…

Posted on

Ostatnio jeden z dziennikarzy w wywiadzie (których ostatnio sporo udzielam - czyżby CZARNECKI REAKTYWACJA?) zadał mi zaskakujące pytanie: Czy po wejściu do Unii Europejskiej data 1 maja będzie dla Polaków ważniejsza niż 3 maja? No właśnie… myślę, że jednak nie! Wchodzimy do Unii może i z nadziejami, ale mniejszymi niż jeszcze rok temu. Wchodzimy też z wiedzą, że UE nie jest taka święta jak ją malują. pieniądze z Brukseli będą mniejsze niż to wcześniej nam przyrzekano, może w kraju wzrosnąć bezrobocie (a w zasadzie na pewno wzrośnie w niektórych regionach i pewnych branżach).Już wzrosły ceny wielu towarów, poczynając od żywności i słabą pociechą jest jest, że niższe będą ceny whisky, koniaku, luksusowych samochodów, tekstyliów z Turcji czy perfum…

Przed referendum spotkanie z UE było dla wielu polskich polityków swoistą “randką w ciemno”, niestety, ta randka dla wielu Polaków - ale nie polityków - kończy się twardym lądowaniem. A politycy którzy jeszcze rok i dwa lata temu przekonywali, że Unia jest “cacy” i raźno maszerowali po ulicach z niebieskimi balonikami - dziś krzyczą: “Nicea labo śmierć” i stroją się nagle w piórka patriotów. Diabeł ubrał się w ornat i na mszę dzwoni. Unia się świeci. Zwłaszcza w majowym słońcu. Szczególnie w okresie długiego weekendu, gdy wszystko wydaje się miłe. Ale ” ulica Miła, moja miła, wcale nie jest wcale taka miła” jak pisał Konstanty Ildefons Gałczyński. No i nie wszystko złoto, co się świeci…

Tak naprawdę maj 2004 w Polsce - kraju członkowskim Unii nie będzie się wiele różnił od maja 2003 w Polsce - kraju kandydującym do UE. Wtedy było ciężko - i dziś będzie niełatwo.

Lepiej chodzić po ziemi. Lepiej być eurorealistą. Lepiej nie mieć złudzeń i fałszywych nadziei . Naprawdę Polacy nie mogą przypominać afrykańskich plemion, które dają się nabrać na byle świecidełka.

Nie odwracajmy się do Unii plecami - bo już jesteśmy jej częścią. Nie dyskutujmy: wchodzić czy nie wchodzić - bo to już się stało. Nie mówmy o innych krajach nienależących do UE np. o Norwegii (która tym się rożni od Polski, że śpi na ropie) - bo my już tam należymy. Zgoda, że na złych warunkach. Ale zamiast obrażać się na rzeczywistość, lepiej rozliczyć negocjatorów (część z nich już pracuje… w Komisji Europejskiej!). No i w końcu podjąć - w trosce o interesy gospodarcze Polski - renegocjacje warunków naszego członkostwa w UE.