Blog

Każdy głos jest ważny

Posted on

Dziś sytuacja wyjątkowa, bo nie proponuję państwu na moim blogu lektury jednego tekstu, ale kilku, w odstępach paru godzin. Zacząłem od dużego wywiadu dla Polskiej Agencji Prasowej, teraz zachęcam do lektury rozmowy, którą dla „Gazety Polskiej Codziennie” przeprowadziła ze mną red. Natalia Karcz-Kaczkowska.

- Apeluję, aby nie tylko iść i głosować, ale namawiać rodziny, sąsiadów do czynnego udziału w wyborach. Potrzebna jest pełna mobilizacja i nierozpraszanie głosów – podkreśla europoseł, dwójka na warszawskiej liście Prawa i Sprawiedliwości do Parlamentu Europejskiego RYSZARD CZARNECKI w rozmowie z NATALIĄ KARCZ – KACZKOWSKĄ

Odbył Pan wiele spotkań z mieszkańcami okręgu, z którego Pan startuje do Parlamentu Europejskiego. O co najczęściej pytali wyborcy, interesowały ich mocno spawy związane z Unią Europejską czy jednak dominowała polityka krajowa?

Rzeczywiście tych spotkań było wiele, nieraz były bardzo barwne i nieraz ich organizacja wisiała na włosku, bo niełatwo było zdobyć salę na spotkanie. Władze niektórych warszawskich dzielnic rządzonych przez Koalicję Obywatelską stosowały totalną obstrukcję w stosunku do kandydatów Prawa i Sprawiedliwości. Dochodziło nawet do tego, że pod Warszawą urzędnicy zrywali nasze plakaty. Co do pytań to poza tymi dotyczącymi spraw wewnętrznych, najwięcej dotyczyło skandalicznego zachowania polityków opozycji w Europarlamencie. Mowa o donoszeniu na własny kraj czy głosowaniu za sankcjami dla niego. Padało również wiele pytań w związku z ustawą 447. I tu stanowczo podkreślam, tak jak mówiłem na spotkaniach z wyborcami : rząd Polski wraz z liderem obozu Zjednoczonej Prawicy Jarosławem Kaczyńskim jednoznacznie stwierdzili, że Polska nikomu nic nie jest winna. Mało tego, to Polsce należą się miliardy euro do Niemiec z tytułu odszkodowań, za to, co stało się podczas II wojny światowej ,rozpoczętej przecież agresją Niemiec Hitlera na Polskę.

To już finisz kampanii wyborczej. Czuje Pan mobilizację wśród wyborców?

Czuję, że frekwencja po stronie wyborców Zjednoczonej Prawicy będzie większa niż ta w ostatnich wyborach. Ale prawdę mówiąc, czuję mobilizację także po drugiej stronie. Dlatego apeluję: każdy głos jest ważny. W 2009 r. wygrałem wybory europejskie o 205 głosów, Anna Fotyga w 2004 o 800 głosów. W związku z tym apeluję, aby nie tylko iść i głosować, ale namawiać rodziny, sąsiadów do czynnego udziału w wyborach. Potrzebna jest pełna mobilizacja i nierozpraszanie głosów.

Co ma Pan na myśli?

Trzeba wyciągnąć wnioski z roku 1993 czy 2001, gdy podział obozu patriotycznego, niepodległościowego przyczynił się do zwycięstwa lewicy. Dziś trzeba ustrzec się tego błędu. Apeluje do wyborców, aby nawet, jeżeli mają jakieś wątpliwości czy zastrzeżenia do polityki rządu czy PiS, aby jednak głosowali na naszą formację. Bo głosy oddane na inne ugrupowania będą tak naprawdę głosami przybliżającymi do zwycięstwa PO i całą Koalicję Europejską (KE)

WPana odczuciu, jaka była ta kampania?

Jeżeli miałbym mówić o swojej kampanii to była bardzo, bardzo pracowita. Zawsze ciężko pracowałem, ale jeszcze nigdy tak ciężko jak teraz. Dostawałem wiele propozycji spotkań, rozmów, debat. Starałem się przyjąć wszystkie.

A jeżeli miałby ocenić Pan kampanię całościowo?

To zwróciłbym uwagę na ciekawą, ale i niedobrą rzecz. W tej kampanii odbyła się najmniejsza liczba debat odkąd pamiętam. Sami politycy mam wrażenie niechętnie chcieli brać udział w szerokich debatach. Jedynka KE w moim okręgu Włodzimierz Cimoszewicz, nie brał udziału w żadnej z debat, nie mogliśmy wymienić się wspólnie spostrzeżeniami dotyczącymi Unii Europejskiej. Pani premier Ewa Kopacz starannie unikała debat w Wielkopolsce skąd kandyduje. Tak jakby niektóre formacje polityczne uznały, ze wystarczy ich monolog ,żeby wejść do PE. Może i wejdą. Ale czy o to chodzi? A po drugie to, co charakteryzowało tę kampanię to niewielka liczba procesów wyborczych. W zasadzie jeden w trzech odsłonach, który wytoczyłem Koalicji Europejskiej i wygrałem 3:0. I jeszcze jeden pomiędzy Robertem Biedroniem a Sławomirem Neumanem. Co ciekawe to KE była oskarżana skazywana , co pokazuje, że agresja leży po ich stronie. Takim przykładem z tej kampanii może być zachowanie przewodniczącego Rady Europejskiej Donalda Tuska, duchowego patrona Koalicji Europejskiej, który w jednym zdaniu potępia mowę nienawiści, po czym w drugim mówi o Jarosławie Kaczyńskim, że to ajatollah. To typowe podwójne standardy PO.

O co trzeba będzie walczyć dla Polski w nowym Parlamencie Europejskim?

Po pierwsze o to, żeby było słychać donośny głos dumnej Polski, która ma być podmiotem w rywalizacji narodowej. A konkretnie to na samym początku rozegra się bardzo ważna dla Polski walka o kształt budżetu na kolejną „siedmiolatkę”. Obecny projekt przedłożony przez Komisję Europejską, który uzyskał poparcie komisarz Elżbiety Bieńkowskiej delegowanej przez rząd PO – PSL jest dla Polski i naszego regionu Europy skrajnie niekorzystny. Będziemy robili wszystko, żeby to zmienić, bo to ostatni siedmioletni budżet, w którym Polska będzie „na plusie”. W kolejnym , na lata 2028 – 2034, może nie od samego początku, ale w jego trakcie nasz kraj stanie się płatnikiem netto, czyli będzie więcej wpłacać do kasy unijnej niż z niej brać. W związku z tym konieczne jest, aby w PE znalazły się osoby walczące o polski budżet ,tak jak robi to polski rząd, a nie tak jak pani komisarz Bieńkowska podpisująca się pod małym budżetem.

W takim razie zapytam jednym z haseł Zjednoczonej Prawicy, czyja będzie Polska?

Jest szansa, że Polska będzie rządzona przez obóz patriotyczny, a nie kosmopolitów. Ale żeby tak się stało, obóz Zjednoczonej Prawicy musi wygrać wybory europejskie. Jeżeli tak się nie stanie, utrudnimy sobie możliwość wygranej w tych najważniejszych wyborach, które będą już na jesieni 2019 roku.

Blog

O silną Polskę

Posted on

Zapraszam do lektury mojego wywiadu dla PAP. Przeprowadził go red. Mateusz Kicka.

Europarlamentarzysta podsumowuje mijającą kadencję PE.

PAP: Co w Pana ocenie było największym sukcesem Parlamentu Europejskiego w mijającej kadencji?

- RC: Ciekawym pomysłem była trwająca jeszcze inicjatywa, która pojawiła się po raz pierwszy, czyli możliwość prezentacji wizji przyszłości Europy i swojego kraju w Europie przez poszczególne głowy państw czy premierów krajów członkowskich Unii. W ramach tego premier Mateusz Morawiecki w lipcu przedstawił nasza wizję Polski w Unii Europejskiej. Daje to możliwość pewnego pluralizmu opinii w kontekście przyszłości Unii Europejskiej i to uważam za rzecz udaną i ważką.

Drugim plusem było wyraźne zwiększenie nacisku na obronę chrześcijan w świecie. Pamiętam, że w poprzedniej kadencji przy okazji upominania się przez grupę europosłów o prawa muzułmańskich Ujgurów w Chinach, odrzucono nasza poprawkę mówiącą o prawach Chińczyków-chrześcijan. To pokazało, że wcześniej Parlament by strusiem, który chowa głowę w piasek, jeżeli chodzi o obronę chrześcijan w świecie.

Teraz to się wyraźnie zmieniło, ta sprawa była dobitnie podkreślana szereg razy przez Parlament Europejski, także przez jego obecnego przewodzącego Antonio Tajaniego. Zresztą trzeba przyznać – przy całym moim krytycyzmie do Komisji Europejskiej - że podobna tendencja była też w Komisji, bo były komisarz (ds. edukacji, szkoleń, kultury i młodzieży - PAP) ze Słowacji, nasz sąsiad i przyjaciel Jan Figel został specjalnym przedstawicielem Komisji Europejskiej ds. obrony chrześcijan w świecie. To dwa największe plusy, które dostrzegam.

Czy te plusy przeważały?

- Niestety myślę, że minusów jest więcej.

W takim razie, co uznaje Pan za największą porażkę PE w obecnej kadencji?

- Na pewno sytuację, w której Parlament Europejski odszedł od pewnej zasady konsensualnej, gdzie w sytuacji braku jasnego podziału na koalicję i opozycję decyzję podejmowano konsensusem. Europarlament wyraźnie się zideologizował. Byliśmy świadkami prób dorzucania do wielu rezolucji ideologicznych wtrętów, niezwiązanych zupełnie z tematem tych rezolucji, zwłaszcza gdy chodzi np. o kwestię aborcji. Nie buduje to prestiżu Parlamentu Europejskiego.

Kolejna sprawa. Parlament Europejski w sytuacji gdy nastąpił Brexit, a Europa, Unia Europejska, osłabła, zamiast mieć rolę jednoczącą generował podział na Europę “A” i Europę “B”, na „starą” i „nową Unię”. Wielokrotne debaty na temat Polski, ale także Węgier, Słowacji, Czech i Rumunii były tego dowodem. To jest niechlubna rola Parlamentu Europejskiego, który powinien łączyć, a ewidentnie dzielił, jeszcze bardziej dzielił naszą Europę.

Pomimo skromnej roli formalnej w procesie decyzyjnym w dziedzinie polityki zagranicznej, Parlament osiągnął pewną rolę nieformalną. Jak ocenia Pan działania Parlamentu w kontekście relacji międzynarodowych?

- Myślę, że rzeczą negatywną był bezrefleksyjny antyamerykanizm, który tu zapanował od momentu zwycięstwa Donalda Trumpa. Pogłębiło to panujący już sceptycyzm do USA, który trochę wyhamował za prezydentury Baracka Obamy. Teraz amerykosceptycyzm wrócił i to z siłą, jakiej wcześniej nigdy nie było. Świadczy to akurat źle o naszym europarlamencie, ponieważ stosunki transatlantyckie są podstawą funkcjonowania „politycznej Europy”, jaką jest Unia Europejska.

W momencie, w którym Unia Europejska słabnie gospodarczo, słabnie demograficznie na tle innych kontynentów i słabnie politycznie przez Brexit, powinna szczególnie pilnować sojuszu z USA, a nie dawać prezent Chinom i Rosji.

Powiedział Pan, że debaty w PE na temat praworządności w Polsce były rzeczą, którą ocenia Pan negatywnie. A jakie wymierne korzyści przyniosły Polsce prace europarlamentu?

- Jeden z tygodników ukazujących się w Brukseli napisał o polskich europosłach, że są “proud and loud”, czyli „dumni i głośni”. Myślę, że rzeczywiście polska obecność była mocno zaznaczana, na pewno polski głos był słyszany w kwestiach polityki energetycznej, klimatycznej, polityki wschodniej.

Okazało się, że to Polska miała rację patrząc z dystansem na Rosję. W gruncie rzeczy to, że Unia Europejska co pół roku odnawia sankcje wobec Federacji Rosyjskiej, jest, co by nie powiedzieć, ziszczeniem polskich postulatów, a nie tych krajów, które już dawno domagały się, żeby te sankcje zakończyć- chociażby Włoch. Obojętnie, czy Włochami rządzi lewica, czy eurosceptyczna prawica, ten postulat jest podobny. Natomiast gdy dochodzi co do czego, to jednak Polska i inne kraje naszego regionu nie są sprzedawane Rosji. Sankcje nakładane są jednomyślnie.

Debaty w PE o Ukrainie, obecności rosyjskiej na Morzu Czarnym, wiele innych raportów dotyczących bezpieczeństwa, świadczyły o tym, że UE patrzy na sytuację na Wschodzie, poza wschodnią granicą Polski -a wiec i Unii - oczami Polski, a nie oczami Portugalii, Grecji czy krajów położonych bądź daleko od Rosji, bądź mających chociażby poprzez wspólnotę wiary prawosławnej do niej pewną admirację.

Co postrzega Pan jako osobisty sukces? Jak by Pan podsumował ostatnich pięć lat?

- Przygotowałem 55 raportów – sprawozdań, co daje mi pierwsze miejsce wśród wszystkich europosłów, 33 razy byłem shadow rapporteurem (kontrsprawozdawcą - PAP), przygotowałem też blisko 500 poprawek do raportów. Gdy chodzi o siłę i aktywność poszczególnych europosłów jestem w okolicach pierwszej 20, jako drugi z Polaków.

Byłem autorem 544 wystąpień, przez cztery lata pełniłem też funkcję wiceprzewodniczącego PE, a już przez 10 lat jestem wiceprzewodniczącym zgromadzenia parlamentarnego EuroNest, skupiającego przedstawicieli Parlamentu Europejskiego i parlamentów państw uczestniczących w Partnerstwie Wschodnim.

Reprezentowałem Parlament Europejski przeszło 60 razy na różnego rodzaju konferencjach, misjach, wyborach, parokrotnie będąc szefem delegacji Parlamentu Europejskiego, np. w Mongolii czy Kirgistanie. Zgodnie z priorytetami polskiej polityki zagranicznej i polskiej polityki wschodniej do moich służbowych obowiązków, jako wiceszefa PE i jako europosła, należały szczególnie relacje z krajami Partnerstwa Wschodniego oraz postsowieckiej Azji Środkowej.

Jakie są według Pana priorytety dla PE na kolejną kadencję?

- Parlament powinien być pluralistyczną reprezentacją narodów europejskich, a nie ideologicznym i politycznym instrumentem w rękach chwilowej większości. Zadaniem Parlamentu Europejskiego jest wypracowanie dobrego dla przyszłości Unii konsensusu między euroentuzjastami, eurorealistami i eurosceptykami.

Myślę też, że europarlament powinien w większym stopniu kontrolować Komisję Europejską, jako jedyne ciało niewybieralne. Posłowie do Parlamentu Europejskiego mają silny mandat wyborczy, podobnie przedstawiciele państw i rządów w Radzie Europejskiej. Przedstawiciele Komisji Europejskiej go nie mają, tym bardziej powinni być kontrolowani przez europarlament.

W jaki sposób zmieni się Parlament Europejski - i czy w ogóle się zmieni - w kolejnej kadencji?

- Jeśli chodzi o geografię polityczną, to na pewno nastąpi przesunięcie - nie chcę powiedzieć w prawo, bo to bardziej skomplikowane, ale w kierunku tych, którzy przyszłość Europy wiążą z wizją Europy Ojczyzn, Europy Narodów, a nie z bezmyślnym kroczeniem w kierunku federalistycznych Stanów Zjednoczonych Europy. Natomiast myślę, że siły obu tych nurtów będą porównywalne.

Nie chcę w tej chwili mówić, kto będzie miał więcej mandatów , ale będą porównywalne. W związku z tym bardzo przestrzegam – obie strony – przed próbami przegłosowywania się na zasadzie kilkunastu głosów. Uważam, że Parlament Europejski powinien pokazać Radzie Europejskiej, że decyzje trzeba podejmować konsensusem, a nie na zasadzie wymuszania jakiegoś stanowiska.

Czy będzie się Pan ubiegał o reelekcję?

- Nie będę się wypowiadał na temat mojej przyszłości, ponieważ polityka jest grą zespołową, a ja będę grał na takiej pozycji w drużynie Prawa i Sprawiedliwości, jaką mi wyznaczy nasz kapitan, Jarosław Kaczyński i drużyna.

Czy zgłasza Pan taką chęć?

- Polityka to nie jest wizyta w restauracji, kiedy się wybiera z karty danie według własnego widzimisię - to jest podporządkowanie się woli większości we własnej drużynie.

Kto był w pana ocenie najbardziej aktywnym polskim europosłem tej kadencji?

- Na pewno niedoceniana jest wciąż poseł, pani Jadwiga Wiśniewska, która wykonała olbrzymią robotę, gdy chodzi o politykę energetyczną, klimatyczną, a także gdy chodzi o prezentowanie głosu rozsądku na komisji ds. kobiet w europarlamencie.

Muszę jednak powiedzieć, że jest bardzo wielu polskich europosłów, którzy ciężko pracują, i którzy mimo tego, że nie jest to spektakularne, o tym się nie mówi w telewizji, naprawdę walczą tutaj o polskie interesy. W zasadzie mogę powiedzieć, że olbrzymia większość delegacji polskiej w grupie Europejskich Konserwatystów i Reformatorów dobrze zasłużyła się krajowi w tej kadencji.

Rozmawiał: Mateusz Kicka

Blog

Rekord Guinessa Koalicji Europejskiej

Posted on

Zapraszam do lektury mojego wywiadu dla internetowej wersji tygodnika „Wprost”, przeprowadził go Jakub Mielnik.

Rząd w Austrii rozpadł się z powodu ujawnienia kontaktów wicekanclerza Hansa Christiana Strache z Rosjanami. Jak ta wpadka Strachego wpłynie na sytuację eurosceptycznego bloku, który Austriak tworzył z włoskim wicepremierem Matteo Salvinim? PiS też prowadzi z nimi rozmowy.

Z „Wolnosciowcami” żadnych rozmów nie mieliśmy . Raczej należałoby zapytać, jak się czuje PO i PSL, skoro upada rząd ich siostrzanej partii w ramach frakcji chadeckiej. Kanclerzem Austrii jest przecież chadek Sebastian Kurz, którego Austriacka Partia Ludowa, będąca w sojuszu z PO i PSL na poziomie europejskim rządziła dzięki temu, że weszła w koalicję z ultraprawicowymi wolnościowcami. Ciekawe, że jakoś to się przemilcza w Polsce, a ja od polityków PO i dziennikarzy ciągle słyszę o jakiejś hipotetycznej frakcji w Parlamencie Europejskim, której częścią ma być PiS. Tymczasem formacja, która tworzy na poziomie europarlamentu sojusz z PO i PSL jest z ultraprawicą w koalicji rządowej- a więc czymś znacznie poważniejszym niż europarlamentarna grupa polityczna. Myśle, że politycznie jest to jakiś wizerunkowy ból głowy dla PO i PSL.

Jaki będzie polityczny urobek Koalicji Europejskiej w Parlamencie Europejskim?

Rekord Guinessa pewny.

W czym?

Jeszcze się nie zdarzyło w historii PE wybieranego w bezpośrednich wyborach, żeby kandydaci na europosłów z jednego bytu politycznego po uzyskaniu mandatów aspirowali aż do czterech frakcji. To jest naprawdę rekord Europy i Guinessa jednocześnie. PO i PSL pójdzie przecież do chadeków, zieloni do zielonych, Włodzimierz Cimoszewicz z Leszkiem Millerem, ale nie jestem pewien czy z Markiem Belką do socjalistów, a Nowoczesna do liberałów. W wymiarze powagi politycznej jest to dosyć żenujące i takie sytuacje się wcześniej nie zdarzały.

Ma pan jednak świadomość, że jeśli Koalicja Europejska pokona was nawet minimalną ilością głosów, to niezależnie od tego, że ci posłowie się rozbiegną po czterech frakcjach, to i tak ich będą w europarlamencie na rękach nosić.

Koalicja Europejska ma obecnie w PE 28 europosłów. To się zmieni po wyborach. Nie wiem, czy oni się modlą, bo to już nie jest chyba „kościół łagiewnicki”, jak się kiedyś określali, ale jeśli to na pewno o to, aby przekroczyć 20 mandatów. Ten regres ich liczby mandatow o 6-7 jest pewny.

Wróćmy do zawirowań wokół waszych potencjalnych sojuszników w Austrii. Czy upadek wicekanclerza Strache oznacza, że podjęta przez chadeków próba oswojenia w Austrii prawicowej konkurencji się nie udała?

Myśmy nie mieli w planie tworzenie wspólnej frakcji z austriackimi wolnościowcami, inaczej widział to chadecki partner PO i PSL z Austrii. To nie był zresztą pierwszy raz. Austriacka Partia Ludowa, będąca częścią Europejskiej Partii Ludowej, której członkiem są także PO i PSL już raz weszła do koalicji z partią nieżyjącego już Jorga Heidera, co skądinąd zaowocowało bojkotem Austrii na forum UE. Minęło paręnaście lat i austriacka centroprawica znów się zdecydowała na taki romans.

Skoro mówimy o powyborczych sojuszach, to co się stanie z frakcją konserwatywną EKR, której częścią jest PiS?

Będziemy kontynuować działalność EKR z Brytyjczykami, którzy na razie z UE nie wychodzą.

Jednak torysi, z którymi współpracujecie mają na Wyspach słabe notowania, a więc i liczba ich mandatów w Parlamencie Europejskim się znacząco zmniejszy. Jakie pan widzi zdolności koalicyjne PiS w nowym rozdaniu?

Rzeczywiście, z tego co mówią do mnie liderzy torysów, zajmujących w sondażach dopiero czwarte miejsce to mogą oni liczyć na 8 do 10 mandatów, a więc maksymalnie połowę tego co mieli. My jednak uzupełnimy skład naszej grupy o Hiszpanów, których nie było do tej pory i Włochów, utrzymując jednocześnie stan posiadania jeśli chodzi o pozostałe grupy narodowe.

Mówiąc o Hiszpanach ma pan na myśli antyimigrancką partię Vox. A Włosi?

Zobaczymy. Fratelli d’Italia, czyli Bracia Włosi na pewno. Być może w grę wchodzi także sojusz z Ligą wicepremiera Matteo Salviniego.

A nie sądzi pan, że pozycjonowanie się na ugrupowania, które gromadzi wokół siebie Salvini jest politycznie i wizerunkowo bardzo ryzykowne. Tam jednak jest długi cień Kremla, co upadek austriackiego partnera Salviniego, Hansa Christiana Strache świetnie pokazał.

Nie bronię mojego kolegi z europarlamentu, Matteo Salviniego, choć miło go wspominam jako europosła. Zwracam jednak uwagę, że włoska klasa polityczna jest, mówiąc dyplomatycznie, znacznie bardziej otwarta na argumenty Rosji niż np. brytyjska. Za zniesieniem sankcji wobec Rosji optował były premier Italii, guru lewicy Matteo Renzi. Teraz Salvini mówi to samo, tyle, że zarówno za rządów Renziego, jak obecnie, gdy w Rzymie rządzą eurosceptycy Rzym co pół roku na Radzie Europejskiej posłusznie podnosi jednak rękę za przedłużaniem sankcji wzgledem Moskwy. Rozróżniałbym warstwę retoryczną od faktycznej realizacji.

Sam pan jest doskonale wie, że retoryka jest najważniejsza. Jak zawrzecie sojusz z Salvinim po eurowyborach, w Polsce, ale i w UE rozpęta się z tego powodu piekło.

Zwracam uwagę, że Matteo Salvini to wicepremier trzeciego co do wielkości kraju UE -jeżeli będzie Brexit- a czwartego, jeśli go nie będzie. Posiada silny mandat demokratyczny ,a jego partia jest obecnie „numerem 1” w sondażach. Mówimy o partii współrządzącej bardzo dużym europejskim krajem. W związku z tym proszę, żeby nikt nas nie terroryzował mówieniem, że rozmawiamy z jakimiś ultrasami. Kształt tej przyszłej grupy politycznej z naszym udziałem jest otwartą kwestią, bo przypomnę, że partia Salviniego była do tej pory w europarlamencie w jednej grupie politycznej z formacją pani Marine Le Penn.

A z Marine Le Penn będziecie wchodzić w sojusz w PE?

Ja sobie tego nie wyobrażam.

Salviniemu jednak na tym mocno zależy, żeby wciągnąć Le Penn do szerszej koalicji na prawo od EPP.

Salvini będzie musiał wybierać między PiS, a więc kursem bardziej centrowym a Le Pen, a więc kursem bardzo prawicowym. Myślę, że Salviniemu i jego formacji, która we Włoszech jest na fali wznoszącej będzie się bardziej opłacało zawrzeć sojusz z partią współrządzącą w innym wielkim kraju UE niż z partią, która cały czas jest w zdecydowanej opozycji i która ma śladową reprezentację w Zgromadzeniu Narodowym Francji.

A co się stanie z Orbanem? Przetrwa jako członek frakcji chadeckiej i polityczny sojusznik PO i PSL, czy też będzie do wzięcia przez konserwatystów?

Bardzo ciekawe pytanie. Wbrew pozorom nie chodzi tu wyłącznie o rozgrywkę europarlamentarną, ale szerszą. Szef frakcji chadeckiej, pupilek Angeli Merkel Manfred Weber jest oficjalnym kandydatem EPL na szefa KE. W związku z tym, że poważnie myśli on o tym, żeby być pierwszym od półwiecza Niemcem -przewodniczącym Komisji, to zależy mu, żeby mieć maksymalnie szerokie poparcie. Dlatego nie opłaca mu się wyrzucać Orbana i rządzącego Węgrami Fideszu.

Ale przecież Orban wycofał swoje poparcie dla Webera. Ta ich wielka polityczna przyjaźń jest już chyba skończona.

To są pewne gry, w których wszystko może się zmienić. Zwłaszcza, że Viktor Orban był jednym z dwóch premierów, obok szefa brytyjskiego rządu, Davida Camerona, którzy pięć lat temu zawetowali kandydaturę Junckera na szefa Komisji. W 2014 roku, gdy przepchnięto Junckera przy wetach Węgier i Wielkiej Brytanii padło solenne przyrzeczenie, że wybór następnego szefa KE nastąpi na zasadzie absolutnej jednomyślności. To oznacza zwiększenie roli realnego weta krajow członkowskich. A więc i roli premierów, zdolnych do takiego veta. Orban pokazał, że jest do tego zdolny.

Orban ma też jednak wśród chadeków zdecydowanych przeciwników.

Musimy mieć świadomość, że ten kij ma dwa końce. Wyrzucenie Orbana może być groźne dla interesów frakcji chadeckiej, ale pozostawienie go także. Przecież partie chadeckie z Beneluksu i Skandynawii groziły opuszczeniem frakcji, jeśli Orban nie zostanie usunięty. Te ugrupowania z Holandii, Luksemburga czy ze Szwecji nie zawisną przecież w próżni, tylko mogą przemieścić się do tworzonej pod auspicjami prezydenta Francji Macrona i premiera Holandii Marka Rutte nowej frakcji liberałów pod nazwą Centrum. To oczywiście byłoby dla EPL dużą stratą, zdolną zachwiać ich przewagą nad socjalistami, zwłaszcza, że brytyjscy laburzyści mogą w tych wyborach zrobić nienajgorszy wynik, co wywinduje szanse europejskiej lewicy.

A może Pan sobie wyobrazić socjalistę na czele Komisji Europejskiej?

To jest political fiction. Zwracam uwagę ,ze kandydat socjalistów, Frans Timmermans nie zachowuje się jak poważny kandydat na szefa KE. Jeśli np. Manfred Weber zmienia nagle stanowisko w sprawie Nord Stream 2 i mówi tak, jak chcemy to słyszeć my w Polsce, albo kraje bałtyckie czy Skandynawowie, że Nord Stream jest zły, to oznacza, że rozumie potrzeby kompromisu i uzyskania szerokiego poparcia. Natomiast Timmermans atakuje ostro Polskę i Węgry w sprawach migracyjnych, co dowodzi, że raczej umacnia swoją pozycję jako lidera socjalistów, być może myśląc o stanowisku szefa ich europejskiej partii, a nie o realnym kandydowaniu na szefa KE. Gdyby było inaczej nigdy by do siebie poszczególnych rządów nie zrażał.

Mówił Pan wcześniej o różnych zobowiązaniach, podjętych na forum UE po poprzednich eurowyborach, jak choćby jednomyślność w sprawie obsady szefa Komisji Europejskiej. Czy tego typu typu zobowiązanie w nowym europarlamencie będzie do utrzymania? Czy to nie będzie trochę jak z tym wiodącym kandydatem, konceptem z którego wszyscy już się zaczynają powoli wycofywać?

Sugeruje pan, że Unia Europejska po raz kolejny zrobi sobie z gęby cholewę? Zmartwił mnie pan, bo ja w te zobowiązania uwierzyłem. Poważnie mówiąc, oczywiście zgodzę się, że porównując wyścigi „wiodących kandydatów” w 2014 roku i obecnie to tamten był realnym wyścigiem bokserów wagi ciężkiej: Junckera, który pokonał w prawyborach EPL samego Michela Barniera, który zresztą wtedy miał bardzo dobry wynik -i Martina Schulza, który był jednak dużą osobowością lewicy,może na zasadzie „na bezrybiu i rak-ryba…”. Teraz mam wrażenie, że wszyscy umówili się na jakiś teatr, w którym czekamy na koniec przedstawienia i wejście do gry tych, o których mówi się po cichu jak choćby główny negocjator Brexitu, Michel Barnier.

Blog

Jażdżewski zaorał Tuska, a Wałęsa Unię

Posted on

Pojawił się nam nowy wykładowca. Donald Tusk zaniósł kaganek europejskiej oświaty najpierw na UW – patron tej uczelni marszałek Józef Piłsudski ponoć zakrył w niebiesiech twarz dłońmi – aby udać się potem na Uniwersytet Poznański imienia Adama Mickiewicza. Ten z kolei patron miał mowę Tuska skwitować „ciemno wszędzie, głucho wszędzie. Co to będzie, co to będzie?”

Wykładowca Tusk odwołał się do wolności słowa na wyższych uczelniach. Doskonały dowcip. Gdy rektor Politechniki Gdańskiej udostępnił – oczywiście, że odpłatnie – salę na konwencję Prawa i Sprawiedliwości na Pomorzu z udziałem prezesa Kaczyńskiego i premiera Morawieckiego, to w ramach „akademickiej wolności” rozpoczęła się akcja zaszczuwania tego człowieka. List potępiający go podpisało stu kilkudziesięciu pracowników uczelni, a poddany niebywałej presji rektor nagle zmarł. Gdańszczanie, z którymi rozmawiałem mówią jednoznacznie – został zaszczuty. A teraz wykładowca Tusk przedstawia się jako „metr z Sevres” dbania o wolności słowa na polskich uczelniach! Cóż za hi-PO-kryzja! Szkoda, że jakoś o tym pamiętał, gdy ówczesna minister nauki i szkolnictwa wyższego, obecnie europosłanka PO, profesor, a jakże, Barbara Kudrycka wdrożyła śledztwo na UJ-ocie w sprawie pracy magisterskiej Piotra Zyzaka -niepoprawnej politycznie biografii Lecha Wałęsy. To nie krasnoludki i sierotka Marysia, tylko ówczesna władza zarządziła wtedy owa kontrolę! Wykładowca Tusk pewnie już zapomniał – bo chciał zapomnieć – jak organizatorzy konferencji naukowej (z udziałem pracowników z tytułami naukowymi) na temat tragedii pod Smoleńskiem zwrócili się do 18 polskich wyższych uczelni z prośbą o możliwość zorganizowania takowej. Jaki był efekt? Siedemnaście odmówiło. A osiemnasta? Nie raczyła odpisać. Wszystko oczywiście w ramach wolności akademickiej, swobody słowa, wolności badań naukowych, itd.

To mi przypomina stare polskie przysłowie o diable, który ubrał się w ornat i na mszę dzwoni. Jako kinomanowi kojarzy mi się to od razu z amerykańskim filmem „I kto to mówi?” z Kirstie Alley i Johnem Travoltą…

Wykładowca Tusk ma jednak strasznego pecha. Najpierw w dniu jego wykładu na warszawskim uniwerku przyćmił go całkowicie pan Jażdżewski, a po chwili przyćmił go już całkiem, totalnie, Lech Wałęsa domagający się… likwidacji Unii Europejskiej. Tak, zawsze twierdziłem, że w takich sprawach na Wałęsę można liczyć…

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej” (12.05.2025)

 

Blog

Sześć powodów dla których trzeba zagłosować w najbliższą niedzielę

Posted on

Jeszcze nigdy wybory do Parlamentu Europejskiego nie były tak ważne, jak w A. D. 2019.Po raz pierwszy bowiem nie wiadomo, kto je wygra. Czy zwolennicy Europy Ojczyzn, Europy Narodów, szacunku dla tradycji i wartości, które były fundamentem Starego Kontynentu czy też euroentuzjaści, którzy uważają, że historia Europy zaczęła się po II wojnie światowej? To pewne uproszczenie, bo w obozie eurorealistów czy eurosceptyków jest też, wbrew pozorom, część ludzi lewicy. Tak samo w obozie euroentuzjastycznego postępu jest też jakaś część szczerych chrześcijańskich demokratów niechcących dostrzegać, że obecna Unia niewiele ma wspólnego z Europejską Wspólnotą Węgla i Stali i EWG Roberta Schumana i Alcide de Gasperi.

Dwie wizje przyszłej Europy: wyborczy test

Polityczny kształt parlamentu w Brukseli i Strasburgu zależy od tych wyborów, jak nigdy przedtem, jak nigdy w 40-letniej historii bezpośrednich wyborów do europarlamentu (pierwsze wybory powszechne do PE odbyły się w 1979 roku – wcześniej parlamenty narodowe delegowały tam po prostu przedstawiciel poszczególnych krajów). Zatem to jest powód „numer 1”, dla którego warto pójść i 26 maja oddać głos. Realizacja wizji „Europy Ojczyzn” zależy w niemałej mierze właśnie od głosu nas, Polaków.

Po drugie trzeba pójść i zagłosować, bo już ¾ polskiego ustawodawstwa – podobnie jak legislacji francuskiej, niemieckiej, czeskiej, duńskiej, itd. – w praktyce decyduje się w Strasburgu i Brukseli. Dopiero potem jest implementowane do prawa krajowego państw członkowskich UE. Skoro tak, to czy nie warto mieć wpływ na to, jacy przedstawiciele będą decydować o kształcie europejskiego, a de facto w 75% polskiego prawa? Pytanie retoryczne. To powód „numer 2”.

Ostatni budżet dla Polski „na plus”

Kolejnym powodem, który zobowiązuje nas do udziału w wyborach za sześć dni jest fakt, że właśnie ten najbliższy europarlament, który ukonstytuuje się 2 lipca 2019 roku będzie w istotny sposób współdecydował o kształcie unijnego budżetu siedmioletniego na lata 2021-2027. Można postawić pytanie: no i co z tego? Przecież współdecydował również o budżetach na lata 2014-2020 i 2007-2013, kiedy byliśmy już członkiem Unii Europejskiej? Otóż jednak teraz sytuacja jest wyjątkowa. Mianowicie Parlament Europejski wybrany począwszy od tego czwartku – wówczas wybory odbędą się na terenie Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej(tradycyjnie w tym kraju każde wybory, także do House of Commons ,odbywają się właśnie w czwartki ) – aż po niedzielę będzie tym, od którego zależy ostatnia „siedmioletnia perspektywa finansowa UE”. Ostatnia – w której Polska będzie „na plusie”. Mówiąc precyzyjnie: budżet Unii 2021-2027 będzie ostatnim, w którym Polska wciąż więcej pieniędzy otrzyma z kasy w Brukseli niż tam da w formie składki członkowskiej. Składki, która zresztą właśnie systematycznie rośnie (teraz wynosi 3,5 miliarda euro). Zatem wpływ wyborców na kształt polskiej delegacji, która będzie walczyć o korzystny dla Rzeczpospolitej unijny budżet to podwód „numer 3”, żeby za sześć dni przywitać się z wyborczą urną.


Europarlament: obrońca zdrowego rozsądku czy lewicowo-liberalnej ideologii?

Wreszcie kwestia niezwiązana z gospodarką, choć z polityką jednak tak, bo jak pisał niemiecki pisarz Tomasz Mann: „Nie ma nie-polityki. Wszystko jest polityką”. Chodzi o kwestie wartości i sferę moralno-obyczajową. Parlament Europejski w paru ostatnich kadencjach, a zwłaszcza od 2014 roku był używana jako pałka ideologiczna lewicy i środowisk liberalnych wobec tradycyjnego systemu wartości. W wymiarze formalnoprawnym jest to jednak kompetencja wyłącznie i tylko państw członkowskich UE. Jednak w praktyce PE wywierał presję polityczno-propagandową, aby kraje „opóźnione” w dostrzeganiu „wartości” promocji LGBT zrozumiały swój błąd. Do zupełnie neutralnych ideologicznie rezolucji, choćby w sprawie pomocy rozwojowej dla Afryki doczepiano na siłę, merytorycznie zupełnie prawem Kaduka, ideologiczne wtręty o polityce reprodukcyjnej czy właśnie o ochronie środowisk homoseksualnych. Była to powszechna praktyka. Zatem wyborcy 28 (jednak) państw członkowskich Unii, w tym, uwaga, Polacy będą w tę niedzielę decydować czy chcą parlamentu ideologicznego z lewicowo-liberalnym przechyłem, czy też instytucji zdroworozsądkowej, szanującej fundamentalne, tradycyjne wartości i szukającej raczej tego, co łączy posłów z różnych krajów i grup politycznych niż tego, co dzieli. I to jest powód „numer 4”, aby 26 maja każdy z Państwa oddał głos w wyborach.

Ogromna stawka: polska racja stanu i niezależność

Wreszcie powód, który ma charakter bardziej defensywny - pójdźmy głosować, żeby uniknąć obciachu. Sytuacja, gdy Polska tradycyjnie w kolejnych wyborach do PE jest drugim czy trzecim krajem o największej absencji w UE – najpierw UE-25, potem UE-27, a wreszcie UE-28 – to powód czy pretekst do kpin ze strony zwłaszcza przedstawicieli krajów Europy Zachodniej. Żadnym pocieszeniem jest to, że Litwa i Słowacja miały ostatnio frekwencję jeszcze niższą. Czy chcemy, by kolejna wysoka absencja wyborcza wpisała się w niesprawiedliwy przecież stereotyp Polski uciekającej od korzystania z obywatelskich praw? To jest właśnie powód „numer 5”, aby za 140 godzin oddać głos w tych wyborach.

Kolejny powód to kwestia kogo wybierzemy na reprezentantów Polski w PE. Niegłosowanie zwolenników Obozu Patriotycznego, Obozu Niepodległościowego, Obozu Dobrej Zmiany w oczywisty sposób zwiększa szanse naszych oponentów z obozu „żeby było, jak było”. Wbrew pozorom nie chodzi tu wcale o nasze wewnętrzne polityczne boje, ale o to, czy wybrani z Polski europosłowie będą bronić polskiej racji stanu, polskich interesów i wyników demokratycznych wyborów w Polsce czy też będą donosić na własną ojczyznę do zagranicznych mediów i głosować przeciwko własnemu krajowi, choćby wspierając propozycję uruchomienia procesu sankcyjnego względem Polski, jak miało to już miejsce w listopadzie 2017 roku. I to jest naprawdę niebagatelny- i szósty- powód, dla którego 26 maja warto oddać głos.

To było sześć powodów, dla których nie tylko powinno się, ale trzeba uczestniczyć 26 maja w wyborach polskiej, nie tylko z nazwy, reprezentacji do Parlamentu Europejskiego. Prawdę mówiąc każdy z nich byłby wystraczający, ale ich suma powinna przekonać nawet najbardziej niechętnych do udziału w głosowaniu za sześć dni. Piszę o tym w kontekście sondażu opublikowanego przez ostatni „Newsweek”, który daje zwycięstwo w wyborach do PE Koalicji Europejskiej i to z przewagą 10 punktów procentowych. Odczytuję ten sondaż jako próbę mobilizacji elektoratu Koalicji Europejskiej, którego chyba niemała część zwątpiła w niedzielną wiktorię opozycji, patrząc na paręnaście ostatnich sondaży i ich uśrednione wyniki. Skoro tamta strona mobilizuje swoich tego typu mechanizmami „sondażowymi”, my tym bardziej powinniśmy mobilizować swoich. Zwłaszcza, że nie mamy w ręku „sondaży” z sufitu tylko trafne argumenty i przesłanki. Apeluję o oddanie głosu w wyborach 26 maja!

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (20.05.2025)

 

Blog

Pracuję od świtu do nocy

Posted on

Zapraszam do lektury wywiadu, którego udzieliłem dla „Polska The Times”, przeprowadziła go red. Dorota Kowalska.

Która to już pana kampania wyborcza w wyborach do europarlamentu?

Dziewiąta kampania w ogóle, a czwarta, jeśli chodzi o wybory europejskie. Co ciekawe, na cztery kampanie w wyborach do polskiego sejmu dwa razy wygrałem, dwa razy przegrałem, a więc remis. Natomiast, jeśli chodzi o wybory europejskie, wygrywałem zawsze.

Warszawa, to nie jest łatwy teren dla Prawa i Sprawiedliwości, prawda?

To duże wyzwanie dla mnie: start w okręgu najbardziej prestiżowym w Polsce, w stolicy państwa, a jednocześnie w okręgu, w którym chociaż 5 lat temu mieliśmy tu z Platformę Obywatelską remis, jeśli chodzi o ilość mandatów do europarlamentu – po dwa, to jeśli chodzi o liczbę głosów przegraliśmy bardzo wyraźnie. Stworzenie przez prezesa Kaczyńskiego silnej warszawskiej listy PiS w wyborach do europarlamentu jest próbą zmiany tej sytuacji. Bo na warszawskiej liście mamy dwóch europosłów, sześcioro posłów, dwoje radnych wojewódzkich – to, rzeczywiście, bardzo mocna ekipa.

Ale „dwójka” to bardzo wysokie miejsce na liście i wszystko wskazuje na to, że pan się w europarlamencie znajdzie.

Wszystko zależy od głosów wyborców. Bardzo ciężko pracuję: od świtu do nocy, stąd rozmawiamy po godz. 22.00. Jutro już o godz. 7.30 będę na
bazarach na Wolumenie i na Kole na Woli rozdawał moje materiały wyborcze, tak jak je chociażby w ostatnią sobotę rozdawałem w Grodzisku Mazowieckim, a potem w Piasecznie, by jeszcze później spotkać się z ludźmi w Błoniu, a na koniec pojechać do powiatu wołomińskiego na uroczystości patriotyczne z okazji 75-tej rocznicy zrzutu cichociemnych do tej miejscowości. Muszę powiedzieć, że jeszcze nigdy tak ciężko nie pracowałem w kampanii, jak teraz, choć nawet moi polityczni oponenci podkreślają moją pracowitość. Krótko mówiąc, to na pewno moja najbardziej intensywna kampania w ciągu tych 28 lat, kiedy wszedłem do ogólnopolskiej polityki wygrywając w 1991 roku wyścig do Sejmu RP podczas pierwszych wolnych wyborów w naszym kraju.


Jak pan ocenia konkurentów w tych warszawskich wyborach?

Warszawa to bokserzy wagi ciężkiej na wszystkich listach, to bardzo silna konkurencja. Jedna rzecz, która mi się nie podoba, mówię o tym publicznie, głośno, to fakt, że politycy startujący z warszawskich list generalnie unikają debat, a przecież polityka nie polega na bon motach, polega na spieraniu się, na debatach właśnie . Na razie mam zaproszenia do najmniejszej ilości debat w historii. Mam dwie za sobą: telewizyjną z udziałem Andrzej Halickiego i pani Zielińskiej, kandydatki partii Zielonych oraz Tadzia Cymanskiego, druga odbyła się w niedziele, 12 maja, w Lesznowoli, w powiecie piaseczyńskim - na zaproszenie władz tamtejszej gminy wziąłem udział w debacie również z panem posłem Halickim.

Nie oburzają pana bilboardy, które wiszą w całej Warszawie, przedstawiające pana, jako osobę, która ucieka do Brukseli i ustawiła całą rodzinę?

Rozmawiamy w dniu, w którym wygrałem trzeci już proces w trybie wyborczym przeciwko Koalicji Obywatelskiej – sąd okręgowy, a potem sąd apelacyjny nakazał zdjąć te bilboardy, więc już ich pani nie zobaczy. Zakazał także ich rozpowszechniania. Dzisiaj, czyli w poniedziałek, 13 maja, sąd okręgowy zakazał także rozpowszechniania spotu wyborczego „Akacja Ewakuacja” w kontekście mojej osoby, mojego nazwiska, mojego wizerunku. Także można powiedzieć: Ryszard Czarnecki kontra Koalicja Obywatelska – 3:0.

Z tego co wiem, są odniósł się do sformułowania o pana ewakuacji, ucieczce. O dobro rodziny pan nie walczy?

Moje zarzuty okazały się celne, wygrałem trzykrotnie z Koalicją Obywatelska. Słowa o ustawieniu przeze mnie rodziny też nadają się na proces, w tej chwili pracują nad tym moi prawnicy. Ciekawe, że liderowi listy warszawskiej Koalicji Obywatelskiej, Włodzimierzowi Cimoszewiczowi nikt nie zarzuca, że ustawił rodzinę, bo jego syn jest posłem w polskim parlamencie, podobnie jak mój. Zarzut jest absurdalny, bo decydują przecież o tym wyborcy- ale to już robota dla moich prawników.

Może to kwestia tego, że pana syn pojawił się na słynnych taśmach premiera Morawieckiego, na których rozmawia pan o jego zatrudnieniu?

Przemysław zdobył dwukrotnie mandat parlamentarzysty zyskując spore poparcie. I wierze, że mandat uzyska ponownie. Natomiast cieszę się z sądowego zwycięstwa z Koalicją Europejska ponieważ ta formacja, jeśli przetrwa- myśle ,ze tak- nie będzie mogła więcej kłamać na mój temat.

Wystawiliście bardzo mocne nazwiskach na listach wyborczych, dlaczego właściwie? Bo to nie tylko Warszawa, do Brukseli wybiera się minister Brudziński, minister Kempa, minister Sellin i długo by jeszcze wymieniać

Nigdy nie wygraliśmy wyborów europejskich, dlatego tak bardzo zależy nam na tym zwycięstwie. W 2004 roku, PiS był dopiero na trzecim miejscu, przegrywając z Platformą, która miała 15 mandatów i Liga Polskich Rodzin z jej 10 mandatów,-PiS miał wtedy tylko 7, w 2009 roku byliśmy już na drugim miejscu, przegraliśmy z Platformą, oni mieli 25 mandatów, my – 15. W 2014 roku przegraliśmy minimalnie, jedynie o dwie setne procenta, a to 25 tysięcy głosów w skali kraju, małe miasteczko, ale mieliśmy już tyle samo mandatów, czyli po 19. Czas więc na zwycięstwo, stąd mocne listy, mocne nazwiska, bo one mogą zachęcić wyborców do pójścia na te wybory i zagłosowania na nas.

W tych wyborach startuje spora część rządu, nie wiem, czy to dobre dla Polski?

Nie jest powiedziane, że wszyscy automatycznie wejdą do europarlamentu. Poza tym, to dość powszechne, że ministrowie stratują w tych wyborach. Podam przykład Francji: Nathalie Loiseau, liderka listy krajowej formacji prezydenta Emanuela Macron jest ministrem do spraw europejskich. Podobne przypadki są w innych państwach Unii Europejskiej, więc nie jest to polska specyfika.

Pan wie, jaki jest najpoważniejszy zarzut, jaki wysuwany jest w kontekście wyborów europejskich pod adresem Prawa i Sprawiedliwości?

Myślę, że są to równie „trafne” zarzuty, jak ten, że „uciekam” do Brukseli.

Najpoważniejszy zarzut jest taki, że uprawiacie czystą hipokryzję, że z partii sceptycznej wobec Unii Europejskiej, niektórzy mówią: antyunijnej, staliście się dzisiaj bardzo prounijni.

Nie byliśmy, nie jesteśmy i nie będziemy ani eurosceptykami, ani euroentuzjastami. Nie uważamy, żeby o stosunku Polski do Unii Europejskiej powinny decydować negatywne emocje wobec UE ani tez bezkrytycznie bałwochwalcze. Chodzimy po ziemi, widzimy plusy naszego członkowska w UE, których jest wiele i minusy, które też istnieją. Myślę, że w tej kwestii trzymamy standardy europejskie, ponieważ w Europie wiele partii politycznych nie podchodzi do UE na klęczkach, tylko wskazuje jasne i mniej jasne strony wspólnoty.

Ale z ust polityków waszego środowiska padały słowa dość mocne: posłanka Krystyna Pawłowicz nazwała unijną flagę „szmatą”, prezydent Duda mówił o wyimaginowanej wspólnocie, takich sformułowań padło więcej.

Pani poseł, która to powiedziała jest jednym z trzystu parlamentarzystów Prawa i Sprawiedliwości i jedyną, która użyła takiego sformułowania. Natomiast prezydent Duda mówiąc o wyimaginowanej wspólnocie miał na myśli częsty brak solidarności państw bogatych z tymi biedniejszymi, czyli państw, które miały historyczne szczęście wejść do Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali, a potem do EWG przed tymi, które z racji komunizmu mogły to zrobić dopiero po pięćdziesięciu latach.

Nie miał na myśli braku solidarności Victora Orbana, który zagłosował za tym, aby Donald Tusk został szefem Rady Europejskiej na drugą kadencje, jak sobie przypominam, tylko Polska z dwudziestu ośmiu krajów wspólnoty zagłosowała przeciw.

Z punktu widzenia naszych interesów znacznie ważniejsze jest wsparcie węgierskiego rządu na przykład w kwestii pracowników delegowanych czy Pakietu Mobilności czy – uwaga – sankcji wobec Rosji, za którymi rząd węgierski głosuje co pół roku.

Nie boi się pan, że w tych wyborach kulą u nogi będzie Wam konflikt z unijnymi instytucjami, chociażby z Komisją Europejską? Bo w tym konflikcie Polska tkwi od co najmniej trzech lat.

W poniedziałek zakończyłem debatę z posłem Halickim podziękowaniami do Komisji Europejskiej, która właśnie teraz opublikowała prognozę dotyczącą wzrostu gospodarczego w krajach członkowskich Unii, z której wynika, że Polska będzie miała wzrost 4,2 procenta PKB, a kraje strefy euro – 1,2 procenta PKB, a wiec 3,5 razy mniejszy! Publikacja takich danych przez Komisję Europejską w trakcie kampanii wyborczej, to niewątpliwa pomoc dla obozu władzy. Podobnie jak wypowiedź Jean- Claude Junckera, który stwierdził, że Polexit to bzdura, nic takiego nie nastąpi. Powiedział także, że nie będzie poganiał Polaków w kwestii naszego wejścia do strefy euro. Zatem nie należy narzekać, ale być wdzięcznym przewodniczącemu Komisji Europejskiej za te publiczne oświadczenia.

Myślę, że to oświadczenie Komisji Europejskiej nie jest dla wyborców zaskoczeniem, bo rząd Prawa i Sprawiedliwości wzrostem PKB i stanem polskiej gospodarki chwali się od dwóch lat, a przynajmniej od roku, może stąd ta kolejka kolejnych grup zawodowych, które żądają podwyżek. Myślę raczej o opinii Komisji Europejskiej w kwestii stanu polskiej demokracji i przestrzegania praworządności.

Zwracam uwagę na opinie Europejskiego Trybunału Obrachunkowego, bo ów europejski odpowiednik polskiego NIK-u wyraził zdecydowane zastrzeżenia wobec wiązania budżetu unijnego z oceną stanu praworządności w poszczególnych krajach. Zwracam w ten sposób uwagę na coś, o czym się w Polsce nie mówi, a mianowicie na pogłębiające się konflikty między unijnymi instytucjami, w tym wypadku między ETO – Europejskim Trybunałem Obrachunkowym z siedzibą w Luksemburgu, a Komisją Europejska z siedzibą w Brukseli. Podobnie zresztą widać różnice między Radą Europejską, a Komisją Europejską, jeśli chodzi o politykę imigracyjną. Komisja Europejska chce karać takie kraje, jak Polska za nieprzyjmowanie imigrantów, a Rada Europejska mówi zupełnie coś innego, że jeśli jakiś kraj chce przyjmować imigrantów, niech ich przyjmuje, jeśli nie chce przyjmować, niech tego nie robi. Nie sprzeczajmy się o to. Widac wiec ,ze nawet w obrębie jednego miasta – Brukseli – obserwujemy odmienne, radykalnie różne stanowiska.

Ale chyba w obrębie unijnych instytucji nie ma różnic, co do opinii na temat tego, jak wygala w Polsce praworządność i demokracja. Z tego co wiem, stanowisko w tej sprawie jest jedno.

Tutaj zwracam uwagę, że jednak Rada Europejska nie potępiła za to Polski i artykuł 7 nie został wdrożony. Widać zatem, że jednak te różnice także tu występują.

Jaka jest pana wizja Unii Europejskiej? Jak europejska wspólnota powinna wyglądać? Co trzeba w niej zmienić?

Unia Europejska, po pierwsze powinna wrócić do źródeł, czyli do czasów, kiedy w Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali, a następnie w EWG, w pierwszych latach Unii Europejskiej ,ale i długo potem kluczowe sprawy rozstrzygano w głosowaniach jednomyślnych czyli poprzez konsensus. Wiem, że to może wydłużać proces decyzyjny, ale jednak uważam, że w takich kwestiach, jak polityka imigracyjna, polityka energetyczna, polityka klimatyczna przegłosowywanie chwilowej mniejszości przez chwilową większość będzie generować tendencje odśrodkowe, będzie osłabiało projekt europejski. Znacznie lepiej stanie się, jeśli będziemy ucierać nasze poglądy i znajdować jakiś wspólny mianownik, bo to na dłuższą metę wzmocni Unię Europejską. Inaczej Unia znajdzie się na równi pochyłej.

Jarosław Kaczyński, obok Mateusza Morawieckiego, jest twarzą tej kampanii, szczerze mówiąc, nie pamiętam takiej aktywności prezesa przed żadnymi wyborami.

Prezes Kaczyński rozumie wagę tych wyborów. One, po pierwsze ,zdecydują o tym, kto będzie reprezentował Polskę w Parlamencie Europejskim, który decyduje – uwaga, to nie pomyłka – o trzech czwartych polskiego ustawodawstwa, ale tak samo ustawodawstwa francuskiego, niemieckiego, czeskiego czy duńskiego, bo tyle właśnie polskich ustaw ma bezpośrednią genezę w regulacjach przyjmowanych w Brukseli, czy Strasburgu. Prezes Kaczyński wie także, że będzie to parlament, który przyjmie ostatni siedmioletni budżet unijny, w którym Polska będzie na plusie. W nowej perspektywie finansowej 2028-2034, Polska może nie od razu, po jakimś czasie, ale stanie się płatnikiem netto takim, jakim w tej chwili są Niemcy, Holandia, Szwecja, Austria, Francja i inne kraje. Myślę, że trzeba to ludziom uczciwie mówić zawczasu, oczywiscie to nie nastąpi wcześniej niż za dekadę, czy trochę później, ale uważam, że trzeba Polaków o tym uprzedzić, tego wymaga szacunek dla naszych rodaków.

Póki co, Jarosław Kaczyński trochę straszy Polaków: środowiskami LGBT, ofensywą lewactwa, euro. Myśli pan, że taka strategia przyniesie oczekiwany skutek?

Przede wszystkim, to liderzy Koalicji Obywatelskiej straszą Polaków wejściem naszego kraju do strefy euro. Mówił o tym w Helsinkach przewodniczący Platformy Obywatelskiej ,pan Grzegorz Schetyna. Program Nowoczesnej zakłada, że Polska powinna znaleźć się w strefie euro już za pięć lat, chociaż ekonomiści czytając takie postulaty pukają się w głowę. Ostatnio występowałem w Telewizji Polskiej z jednym z przedstawicieli Koalicji Europejskiej, który określił ni mniej ni więcej euro, jako …”europejską wartość”. Wydaje mi się, że to pomieszanie z poplątaniem. Jesteśmy realistami, uważamy, że rozważenie naszego wejścia do „eurolandu” może nastąpić wtedy, kiedy płace naszych rodaków będą na poziomie europejskim-nie wcześniej, bo w każdym kraju taki akces do strefy euro powodował znaczące podwyżki cen i generalnie problemy ekonomiczne.

Lewactwem i LGBT Koalicja Europejska nie straszy.

Bardzo przepraszam, ale to nie krasnoludki i sierotka Marysia, tylko prezydent Warszawy z legitymacją PO - Rafał Trzaskowski wprowadził kartę LGBT i wystosował groźbę w kierunku przedsiębiorców, że jeśli nie podpiszą tej karty, to ominą ich przetargi miejskie i będą mieli pod górę. To wiceprezydent z Nowoczesnej, pan Rabiej, przedstawiciel Koalicji Europejskiej mówił o tym, że związki homoseksualistów będą mogły adoptować polskie dzieci. Przecież to opozycja wrzuca te tematy, my tylko na nie reagujemy.

I to jest to lewactwo?

Na pewno na tle polskich, tradycyjnych wartości takie działania nie sytuują tych formacji na scenie politycznej jako centrowych, wręcz przeciwnie – jako wyraźnie lewicowe.

Ostatnio Jarosław Kaczyński mówił, że kto podnosi rękę na polski Kościół, podnosi rękę na Polskę. Nie uważa pan, że Kościół znalazł się w bardzo trudnej sytuacji?

Myślę, że trzeba przypomnieć definicje kościoła katolickiego, jako społeczności ludzi wierzących. Niech ci, którzy chcą zbijać kapitał polityczny na jego atakowaniu pamiętają, że tu nie chodzi tylko o biskupów, ale zwykłych wierzących Polaków, których ukształtowała wiara. I radziłbym krytykom Kościoła - a więc ludzi wierzących - więcej empatii.

Chyba mówimy o dwóch różnych sprawach, ja mówię o instytucji kościoła, której nie tworzą wierni, ale duchowni: biskupi, księża. Nawet Jarosław Kaczyński, kiedy zorientował się, że jest problem stwierdził, że nie będzie pobłażania dla pedofilii, także wśród księży.

Kościół to wspólnota ludzi wierzących. A co do pedofilii, trzeba ją bardzo ostro zwalczać, surowo karać, podwyższyć karę za pedofilię. Apeluję jednak o to, aby zwalczać pedofilię we wszystkich środowiskach, nie tylko w jednym, nie tylko wśród księży, ale także wśród dziennikarzy, polityków, artystów. Prawdę mówiąc ci, którzy jednego dnia bronią znanego artystę, reżysera - pedofila, a drugiego dnia atakują pedofili- księży, nie są wiarygodni, bo pedofilię trzeba zwalczać niesłychanie ostro, ale wszędzie, w każdym środowisku, gdzie ona ma miejsce.

Skoro mówi pan o wspólnocie kościoła, o wiernych, to myślę sobie, że są oburzeni i zniesmaczeni tym, co zobaczyli w „Tylko nie mów nikomu”, podobnie jak zachowaniem niektórych biskupów, którzy udają, że nie ma problemu, albo mówią, jak pan, że problem jest wszędzie.

Jeszcze raz podkreślam – każdy czyn pedofilski musi być surowo ukarany, a jego sprawca musi liczyć się z więzieniem, szybkim ukaraniem tak, aby był związek przyczynowo-skutkowy między zbrodnią pedofilstwa, a wyrokiem sądowym. Co do tego, nie ma cienia wątpliwości, obojętnie, kto tym pedofilem jest – nikt nie może być świętą krową. Podkreślam jednak, że to samo dotyczy polityków, dziennikarzy, artystów.

Myśli pan, że Donald Tusk wraca do polskiej polityki?

Kończy mu się robota w Brukseli pod koniec roku i z tego, co wiem, nie ma atrakcyjnych ofert na horyzoncie. Dlatego zapewne będzie chciał wrócić do polskiej polityki. Uważam jednak, że nie wystartuje w wyborach prezydenckich i że Platforma Obywatelska będzie szukała kogoś innego. Mam wrażenie, że taką osobą, która jest „hodowana” na prezydenta, jest obecny prezydent Warszawy – Rafał Trzaskowski.

Czemu sądzi pan, że Donald Tusk nie wystartuje w wyborach prezydenckich?

Bo będzie się obawiał przegranej z prezydentem Andrzejem Dudą.

Jak pan myśli jakie przełożenie na jesienne wybory, będzie miał wynik wyborów do europarlamentu?

Będzie miał. Nie wiem, jak duże, ale po raz pierwszy w historii Polski zdarza się, żeby wybory do Parlamentu Europejskiego były w tym samym roku, co wybory do Sejmu i Senatu. W 2004 roku były rok wcześniej, w 2009 roku – dwa lata wcześniej, w 2014-znów rok wcześniej. Ta kumulacja może zwiększyć wpływ wyniku w wyborach do PE na rezultat wyborów do polskiego parlamentu.

Idziecie z Koalicją Obywatelską łeb w łeb, dzielą was dwa, trzy, czasami jeden punkt procentowy. Co, pana zadaniem, ostatecznie zadecyduje o wyniku wyborów? Co przeważy?

Użyła pani określenia, które często używane jest w wyścigach konnych – łeb w łeb. To nawet miłe, bo lubię chodzić na warszawski Służewiec. Natomiast, kto wygra? To zależy od mobilizacji elektoratu. Zwracam uwagę, o czym niewiele się w Polsce mówi, że bezpośredni przepływ między elektoratem PiS i PO nie druga stronę PO i PiS, jest dzisiaj minimalny. Będzie wiec decydować mobilizacja wyborców obu partii i ewentualnie uaktywnienie niegłosujących.

Wygracie?

Mamy na to dużą szansę. Wszystko w rękach i umysłach Polaków.

Blog

Merkel i…

Posted on

Kanclerz Niemiec Angela Merkel powiedziała, iż kończy swoją polityczną karierę. Nie cieszcie się jedni i nie martwcie drudzy. Ta rzecz nie nastąpi od razu, ani za parę miesięcy, ale dopiero za… dwa i pół roku. Czemu Frau Kanzlerin informuje o tym już teraz? Po pierwsze dlatego, by uspokoić jej krytyków, którzy martwili się, że będzie kandydować po raz piąty. Po drugie, żeby pokazać przyjaciołom i wrogom, że kontroluje sytuację w Berlinie, bo zamierza rządzić do jesieni 2021 włącznie. Po trzecie jest to czytelny sygnał, że nie będzie ubiegać się o stanowisko szefa Rady Europejskiej po nieszczęsnym Donaldzie Tusku – a koniec jego kadencji przypada na późną jesień 2019. To pośrednio wzmacnia kandydaturę jej rodaka i pupila, szefa frakcji Europejskiej Partii Ludowej w parlamencie w Brukseli i Strasburgu Manfreda Webera na stanowisko przewodniczącego Komisji Europejskiej. Gdyby go wybrano, byłby to również osobisty sukces dla „rozprowadzającej” go Merkel. Skądinąd byłby to pierwszy od pół wieku i drugi w historii niemiecki szef KE (pierwszym był w latach 1959-69 Walter Hallstein). Co z tego wszystkiego wynika dla Polski? Będziemy współpracować z każdym szefem rządu u każdego naszego sąsiada. Merkel znamy – jej plusy i minusy też. Może czas bliżej zapoznać się z Annegret Kramp-Karrebauer, która zapewne będzie zastępcą Merkel? Wszystko po to, aby skutecznie bronić polskich interesów.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (18.05.2025)

 

Blog

Sponsorzy nie są przypisani do żużla na stałe

Posted on

Dziś ruszają żużlowe Mistrzostwa Świata - cykl Grand Prix. Pierwsze zawody odbędą się w Polsce, w Warszawie, na Stadionie Narodowym. Zanim ewentualnie usłyszymy “Mazurka Dąbrowskiego”, zapraszam do przeczytania mojego wywiadu, który ukazał się w branżowym „Tygodniku Żużlowym”.

Panie Pośle, już za niespełna dwa tygodnie kolejne święto żużla na Stadionie Narodowym w Warszawie…

Zgadza się, rusza kolejny sezon cyklu. Bywałem na turniejach Grand Prix w Cardiff , nie mówiąc o Warszawie, więc wiem że na dużych stadionach panuje niepowtarzalna atmosfera i tym razem będzie zapewne podobnie. Dla mnie osobiście – choć to oczywiście ocena subiektywna – najlepsze jest Grand Prix właśnie w Warszawie, choć mam wielki sentyment do Grand Prix we Wrocławiu gdzie zawody GP obejrzałem pierwszy raz w życiu i bardzo się cieszę że stolica Dolnego Śląska wraca na mapę Grand Prix.


Ma Pan swojego faworyta na turniej warszawski?

Dwa razy stawał na podium w Warszawie Maciej Janowski, choć przyznam, że martwi mnie jego kontuzja więzadeł obojczykowo-barkowych, której nabawił się w Grudziądzu. Genialnie jeździł również w stolicy Tai Woffinden i tak może być i tym razem. Tak naprawdę wiele będzie zależało od dyspozycji dnia i kilku innych czynników. Ja jestem pewien, że zobaczymy bardzo fajne zawody i życzę sobie, aby na najwyższym stopniu podium stanął jeden z polskich zawodników.

Jak ocenia Pan pierwsze kolejki PGE Ekstraligi?

Na pewno dla mnie na plus Speed Car Motor Lublin oraz MrGarden GKM Grudziądz. Kiedyś mówiło się o piłkarzach ŁKS-u Łódź – królowie wiosny i ja mam takie wrażenie, że królem fazy play-off, ale nie rundy zasadniczej, chce zostać zespół Betard Sparty. Mam wrażenie, że Sparta nie planowała przegranej w Grudziądzu, ale tak się stało. Dużo będzie zależało od Maćka Janowskiego. Jeśli zabraknie go w kolejnych meczach, to z wielką stratą dla wrocławian. Z drugiej strony jazda bez niego będzie testem charakteru oraz “ducha zespołu” dla pozostałych zawodników. Brak jednego z liderów może podłamać zespół lub też wyzwolić dodatkowego ducha.

Jak ocenia Pan ostatnie wydarzenia związane z odwołaniem Złotego Kasku w Pile oraz odebranie licencji tamtejszemu torowi?

Przede wszystkim uważam, że nie powinno dojść do sytuacji, w której stosowane są podwójne standardy. Dopuszcza się do rozegrania meczów niższej ligi z założeniem, że zawodnicy wystartują i tak naprawdę zostawia się kwestie bezpieczeństwa tak zwanemu łutowi szczęścia. Można odbijać piłeczkę, że zawodnicy powinni pojechać, ale w tych sprawach nic do końca nie jest czarne ani białe. Nieodzowne staje się znalezienie jakiegoś wyjścia z powstałego pata.

Trzyma Pan stronę zawodników czy działaczy?

Ja osobiście żadnej strony w tym sporze nie trzymam. Szkoda, że powstała sytuacja, w której środowisko żużlowe się dzieli. W moim przekonaniu – gdyby od początku dopilnowano, aby zawodnicy nie mieli żadnego pretekstu do narzekania – nie byłoby jakiegokolwiek dylematu. Taka sytuacja jak w Pile uderza w dobro całego żużla i zawodnicy też powinni mieć tego świadomość. Nie należy zapominać, jak wielką rolę odgrywają sponsorzy i oni nie są przypisani na stałe do żużla. Każda dyscyplina sportu walczy o budżet, o sponsorów i taka sytuacja jaka powstała ze Złotym Kaskiem, jest dla całej dyscypliny zła. Dla kibiców czy sponsorów nie będzie miało znaczenia, kto zawinił – działacze czy zawodnicy, ale liczy się efekt, który niestety jest fatalny. To taki gol samobójczy. Genialna frekwencja, lepsza niż w piłce nożnej, a nagle takie „babol”. Dla mnie to niezrozumiałe i irracjonalne. Musimy robić wszystko, aby wizerunek żużla budować, a nie czynić wręcz odwrotnie.

Rozmawiał ŁUKASZ MALAKA

Blog

Serbowie, Polacy, unia kulinarna i europejska

Posted on

Przed wylotem do Belgradu pytam Dominikę Ćosić dziennikarkę, korespondentkę TVP w Brukseli, pamiętającą wszak o serbskich korzeniach części swojej rodziny, czy ma dla mnie jakieś sugestie? Odpowiada krótko: „rakija, cevapcici, pljeskavica z kajmakiem”. Rakija to wódka. Cevapcici – małe podłużne kotlety. A to trzecie to wielki kotlet z mielonego mięsa, choć naszego „mielonego” nie przypomina. Z porady skorzystałem, rakiję zostawiając na inny czas,. Tyle ,że te serbskie smakołyki występują też w innych bałkańskich krajach. Możemy wiec mówić o kuchni regionalnej, ponadnarodowej. Aha, kajmak to ser…

W Belgradzie jestem z delegacją Komisji Spraw Zagranicznych Parlamentu Europejskiego. Wiem, że przyjeżdżam do państwa, które jako jedno z pierwszych dwóch, może trzech, znajdzie się w Unii Europejskiej. Nastąpi to nie wcześniej niż za dekadę, zapewne w okolicach 2029-2030. Przed Serbią albo razem z nią wejdzie Czarnogóra, w tym samym czasie lub nieco później – Macedonia. Traktowana przez Serbów z niechęcią - z wzajemnością – Albania będzie pewnie na końcu tego peletonu.

Zachodni dyplomata mówi mi, że wpływy Rosji w tym kraju są przez obserwatorów zewnętrznych przeszacowane. Potwierdza to, co sam instynktownie czuje, patrząc chociażby na dane gospodarcze. Prawie dwie trzecie eksportu Serbii idzie do krajów członkowskich UE i taka sama jest skala importu. Choćby nie wiem jakie historyczne sentymenty – ekonomia decyduje. Nawet jeśli w Belgradzie witać Putina wychodzi na ulice sto tysięcy Serbów. Skądinąd Ci przyjezdni dostają na drogę powrotną suchy prowiant, co świadczy o tym, że nie była to taka całkiem spontaniczna manifestacja.

Na przykładzie tego siedmiomilionowego kraju widać, jak Moskwa traci wpływy nie tylko w Azji Centralnej czy Kaukazie Południowym, ale także tutaj, na Bałkanach. Oczywiście, starą rosyjską metodą Kreml gra powyżej tego, co ma w kartach, a Zachód od wieków daje się na to nabierać.

Za to Belgrad dość umiejętnie gra Serbami, którzy mieszkają na terenie dawnej Jugosławii. Gdy potrzeba, stają się problemem dla Bośni i Hercegowiny, Chorwacji czy dla innych krajów dawnej ojczyzny Josipa Broz Tito, (Chorwata zresztą).

Polaków i Serbów wiele łączy. Jesteśmy Słowianami. Mamy tragiczną historię. Mamy bardzo podobne hymny(ich jest wolniejszy). Mamy podobne języki – każdy Polak zrozumie , co to znaczy „mój kiosk” czy „gazirana woda”. Mamy też podobne jedzenie, bo ich „sarma” to nasze gołąbki, ich „priebranac” to fasolka po bretońsku, tylko gęstsza od naszej, a maja tez coś na kształt polskiego bigosu – „podvarak”. No i pewnie będziemy razem w Unii. Tylko UE musi najpierw przetrwać.

*tekst ukazał się w miesięczniku “wSieciHistorii” (marzec 2019)

Blog

„Widmo izrealosceptycyzmu” krąży po Europie Zachodniej

Posted on

Czym się różni tzw. „stara” Unia od „nowej” Unii? Czym się różni dawna EWG, dawna „Piętnastka” od „Trzynastki” krajów, które przystąpiły do UE w ostatnich 15 latach? Nie tylko poziomem bogactwa. Nie tylko historią. Nie tylko stosunkiem do USA – raczej sceptycznym w b. EWG i pozytywnym w naszym regionie Europy. Jeszcze jednym: stosunkiem do Izraela. Rzeczywiście, po okresie komuny państwa dawnego bloku socjalistycznego pamiętały, że Związek Sowiecki trzymał generalnie z Arabami, a w stosunku do Państwa Izrael był jak „pies do jeża”. Może dlatego po odzyskaniu niepodległości kraje naszego regionu miały wdrukowaną polityczną sympatię wobec Tel-Awiwu. Państwa „starej” Unii natomiast były tradycyjnie, przez dziesięciolecia, proizraelskie. Zaczęło się to zmieniać na początku tego wieku. I tak sojusznikami Izraela na Starym Kontynencie stały się Polska i nasi sąsiedzi z Grupy Wyszehradzkiej, krajów bałtyckich i Bałkanów – w tym samym czasie, gdy Europa Zachodnia powoli przestawała być sojusznikiem „State of Israel”.

Był też drugi istotny powód tej zmiany w Europie Środkowo-Wschodniej. Otóż nasz region po zrzuceniu pęt komunizmu stał się szczerze bardzo proamerykański, czasem nawet w sposób więcej niż bezinteresowny. A polityka Białego Domu, obojętnie kto w nim zasiada , jest tradycyjnie proizraelska (choć akurat za 45. prezydenta USA, Donalda Johna Trumpa jest chyba najbardziej proizraelska w ostatnich dekadach…). To też wpływało na ocieplenie relacji Polski, Czech, Słowacji, Węgier, Słowenii, Rumunii, Bułgarii, Chorwacji, Litwy, Łotwy i Estonii oraz innych państw z naszej części Europy, których w Unii jeszcze (sic!) nie ma. Wiemy więc dlaczego od lat 1990. nastąpiła proizraelska reorientacja w polityce zagranicznej kilkunastu państw z dawnego bloku sowieckiego. Dlaczego jednak w tym samym czasie Europa Zachodnia faktycznie poszła w kierunku odwrotnym? Czy Izrael w sposób znaczący pogorszył swoją politykę wobec Palestyńczyków, dając w ten sposób pretekst „starej Unii” do takiej reorientacji? Nie. Dopiero w obecnej kampanii wyborczej, którą piaty raz,w tym czwarty z rzędu wygrał Benjamin „Bibi” Netanjahu, pojawiły się zapowiedzi zmian terytorialnych, w tym trwałego uznania aneksji West Banku przez Tel- Awiw (Jerozolimę). Co się zatem stało w Europie Zachodniej, że trawestując Karola Marksa – krąży po niej „widmo izraelosceptycyzmu”?

Odpowiedź jest prosta. To napływ muzułmanów do krajów Europy Północnej i Południowej, a także Zachodniej -muzułmanów stopniowo uzyskujących prawa wyborcze- sprawił, że polityka tych państw wobec Izraela przeszła od fazy wspierania go przez fazę neutralności do fazy coraz większego dystansowania się. To muzułmańscy wyborcy, głosujący zresztą przeważnie bardzo jednolicie, przesunęli te „wajchę” niemal we wszystkich krajach zachodnioeuropejskich – może poza Niemcami i Wielką Brytanią. Nie dziwmy się więc, że Szwecja jako pierwsze państwo członkowskie UE oficjalnie uznaje byt państwowy Autonomii Palestyńskiej, gdy według prognoz będzie ona pierwszym krajem Unii, w którym muzułmanie będą stanowić już niedługo 30% mieszkańców.

Tę tendencję mogę obserwować w spektakularny sposób również w Parlamencie Europejskim. Od 2004 roku następowała tam coraz większa „polityczna miłość” do Palestyny, co wiązało się z organizacją nieoficjalnych wyjazdów deputowanych z różnych frakcji do Autonomii Palestyńskiej. Agenda tych wyjazdów była jednoznaczna: dowartościowywała władze palestyńskie. Gdy chodzi o europarlamentarną geografię polityczną, to szczególnie krytyczna wobec Izraela jest lewica: postkomunistyczna, ale i socjaliści, poza wyjątkami, coraz bardziej też. Dotyczy to również jednak części liberałów, w mniejszym stopniu zaś centroprawicy i prawicy. Ciekawą ewolucję przeszła skrajna prawica, która z pozycji antyizraelskich, a nawet antyżydowskich jeszcze w latach 1970/1980. z wdziękiem neofity przeszła na pozycje bardzo proizraelskie.

Mam wrażenie, że w związku z postępującym wzrostem liczby zachodnioeuropejskich wyborców – wyznawców islamu można się spodziewać coraz bardziej sceptycznego kursu Zachodu (poza USA) wobec Izraela. Zatem we własnym interesie Tel-Awiw powinien i musi doceniać kraje naszego regionu Europy, które tej swoistej antyizraelskiej ewolucji – między innymi z powodu braku muzułmańskich wyborców – nie uległy.

*tekst ukazał się w miesięczniku „Nowe Państwo” (01.05.2025)

 

 

Blog

Eurosceptycyzm niejedno ma imię

Posted on

Balcerowicz, Petru, Tusk et consortes, którzy bajali o szybkim wprowadzeniu euro do Polski, dziwnie milkną, gdy w przestrzeni publicznej zawisa pytanie o to, że skoro wspólna waluta dla krajów tego samego kontynentu jest taka wielką wartością, to dlaczego owej wspólnej waluty nie mają państwa takie, jak – dwa przykłady z brzegu – USA i Kanada na kontynencie północno-amerykańskim oraz Australia i Nowa Zelandia w Oceanii. Tu jakoś owe bystrzaki zapadają w letarg i milczą doprawdy głośno. Skądinąd wizjoner, obdarzony darem profetycznym, Tusk Donald przed 11 laty (sic!) ogłosił w Krynicy na Forum Ekonomicznym, że Polska za trzy lata zamelduje się w strefie euro… Co ciekawe, nie powiedział tego w żadnej kampanii wyborczej, bo kolejne wybory po tych wypowiedzi miały miejsce dopiero po … ośmiu miesiącach i były to wybory europejskie A. D. 2009. W związku z tym nie można sugerować, że Tusk powiedział o Polsce w eurolandzie jak później o inwestorze z Kataru, który miał ratować Stocznię Gdańską. Tusk walnął jako osioł w ogrodzenie, ale jakoś nie jest przedmiotem kpin i szyderstw, choć była to jedna z najbardziej kompromitujących – wypowiedzi w sensie merytorycznym i politycznym – w dziejach III RP. Na szczęście owa zapowiedź pozostała w sferze PO czyli „Pustych Obietnic”, bo tak Polacy już dawno rozszyfrowali skrót PO – jak Platforma Obywatelska.

W polityce warto – zaprawdę, powiadam Wam – starać się łączyć przyczyny ze skutkami. Euroentuzjastom znad Wisły, bezrefleksyjnym, ba, bezmyślnym zwolennikom zaordynowania Polakom wspólnej waluty euro polecam przemyśleć przykład Włoch-kraju „numer 3” w UE po „Brexicie”, a „numer 4” bez Brexitu. Otóż w tym państwie jako pierwszym w Unii powstał całkowicie eurosceptyczny rząd składający się z dwóch formacji, które na wspólną walutę euro patrzą, jak pies na jeża. Co ciekawe, jedną z nich jest prawicowa „Liga”, dawna Liga Północna Matteo Salviniego, ale drugą… lewicowy „Ruch Pięciu Gwiazd” drugiego włoskiego wicepremiera, Luigi di Maio. Przecież ów rząd eurosceptyków w Palazzo Chigi, to efekt tego, że Italia w wyniku dwóch dekad funkcjonowania w strefie euro straciła, ni mniej ni więcej tylko 3 biliony 600 miliardów euro (sic!) na tym „interesie”. To był taki interes, że to jest … brak interesu, jakby powiedział kupiec bławatny Jan Kowalski…

Przy okazji omawiania rządu w Rzymie warto sobie wreszcie uświadomić, że polityczny eurosceptycyzm niejedno ma imię. Bo mamy eurosceptyczną prawicę, jakże eksponowaną w liberalnych i lewicowych mediach, ale mamy też właśnie eurosceptyczną lewicę nie tylko we Włoszech, ale także choćby w Grecji (rządząca „Syriza”), w Hiszpanii („Podemos” – bardziej eurorealistyczne niż eurosceptyczne) czy „Francje Niepokorna” pod okiem Macrona. Jak widać spora część lewicy też patrzy niechętnie na „Unie międzynarodowych korporacji”, „Unię wielkiego kapitału” . Warto to wiedzieć, gdy w TVN czy w „Gazecie Wyborczej” karmią nas informacjami, że na eurosceptycyzm monopol ma prawica…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (08.05.2025)

Blog

Wybory europejskie A. D. 2019: ostatnia prosta

Posted on

Wybory europejskie są już na ostatniej prostej. Finisz potrwa najbliższe dwa tygodnie. Głosowanie w ostatnią niedzielę maja zamknie cztery już dekady bezpośrednich wyborów do europarlamentu. Wcześniej ten jeden z trzech głównych organów UE składał się z przedstawicieli delegowanych przez poszczególne parlamenty narodowe. Jednak jeszcze nigdy „widmo eurorealizmu i eurosceptycyzmu” – trawestując Karola Marksa – nie krążyło tak bardzo nad Starym Kontynentem jak teraz. „Vox populi – vox Dei”?

Wybory do PE: PiS narzuca narrację…

Prawo i Sprawiedliwość w tej kampanii konsekwentnie narzucało narrację, spychając lewico-liberalnych oponentów do rogu. To my dyktowaliśmy tempo, pierwsi zwołaliśmy ogólnopolską konwencję wyborczą, przedstawiliśmy 12-punktowy „Program Europejski”, wyprzedziliśmy Koalicję Europejską, gdy chodzi o zebranie odpowiedniej liczby podpisów, wprowadziliśmy „Piątkę Kaczyńskiego”, która stała się dla opozycji – chcąc nie chcąc – punktem odniesienia.

Platforma Obywatelska i partie wokół niej skupione głównie reagowały na nasze posunięcia, ustosunkowywały się do naszych propozycji, odnosiły się do tego, co my mówimy o Polsce i UE. To dawało i daje pewną przewagę psychologiczną i pogłębia wzrastającą niewiarę po drugiej stronie sceny politycznej w zwycięstwo zlepka partii niepołączonych żadnym wspólnym programem-sklejonych za to tym samym lepiszczem: nienawiścią do PiS. Oczywiście z tamtej strony roi się przy tym od „double standards” –„podwójnych standardów”. Zresztą - jak zawsze. Gdy przedstawiliśmy „Piątkę Kaczyńskiego”, skądinąd dwa dni przed oficjalnym ogłoszeniem daty wyborów przez prezydenta RP, doktora Andrzeja Dudę, zarzucono nam, że zajmujemy się… sprawami nie związanymi z polityką europejską. Ale następnie sama Koalicja Europejska w szczycie kampanii, w ostatnich dniach zajęła się … służbą zdrowia. Jakoś tym razem nie było problemem, że to wątek całkowicie wewnętrzny.

Pomoc dla obozu władzy przyszła z… Brukseli

„Wrzucenie” wątku przystąpienia Polski do strefy euro przez prezesa Jarosława Kaczyńskiego było, rzecz jasna, reakcją na wypowiedzi i działania polityków tworzących Koalicję Europejską. Jednakże wybranie przez nas akurat tego momentu na ogłoszenie debaty w tym obszarze było wytyczeniem i czasu i płaszczyzny konfrontacji dla nas ze wszech miar korzystnych . Była to, mówiąc językiem piłkarskim, pułapka „offsajdowa” czyli złapanie przeciwnika na tzw. „spalonym”.

W tej sprawie niespodziewanie w sukurs obozowi władzy w Polsce przyszła, uwaga, Komisja Europejska (sic!). Otóż KE w Brukseli ogłosiła właśnie prognozę wzrostu PKB dla krajów członkowskich Unii Europejskiej. Wynika z niego, że strefa euro ma się rozwijać w tempie 1,2% PKB, ale Polska w tym samym czasie ma zanotować wzrost… trzy i pół razy większy! Porównanie naszego 4,2% i ich 1,2% jest rzeczywiście spektakularne i raczej, delikatnie mówiąc, opozycji nie pomoże. Mam zresztą wrażenie, ze „totalsi”, gdy ogłaszane są kolejne polskie sukcesy gospodarcze, znakomite ratingi i prognozy mają coraz dłuższe i smutniejsze miny. Czyżby niewątpliwe sukcesy naszej Ojczyzny nie były im w smak?

Gospodarczy analfabetyzm i liberalny populizm

Ostatnio występowałem w PR 24 z przedstawicielem „Nowoczesnej”, który gdy mówiłem o tym prognozach Komisji Europejskiej miał minę, jakby bolały go zęby. Może nawet nie powinno to dziwić, skoro to właśnie partia Petru, a teraz Lubnauer w swoim programie ma wejście Rzeczpospolitej Polskiej do strefy euro za… piec lat. Serio - tak napisali. To bardzo zabawne, że ci rzekomi technokraci silący się na speców od gospodarki i rynku, w praktyce zachowują się jak ekonomiczni analfabeci. Skądinąd tenże poseł „Nowoczesnej” Paweł Pudłowski w tejże samej audycji podkreślał, że przez najbliższe 10 lat Polska nie będzie spełniała kryteriów ekonomicznych akcesu do strefy euro. Skoro przez dekadę nie wejdziemy ani do węża monetarno-walutowego, a potem eurozony, to po co zapisywać w programie, że nasze państwo ma dokonać owego akcesu już w połowie tego okresu ? To się nazywa populizm. Tyle, że populizm liberalny, o którym jakoś w TVN się nie mówi, w „Wyborczej” się nie pisze. Oczywiście w tym liberalnym populizmie „Nowoczesna” czy partia „Teraz” pana Petru nie przebija ortodoksa liberalizmu, Leszka Balcerowicza. Z kolei różne pomysły ugrupowań na prawo od PiS rozdymają, przynajmniej na papierze (to łatwe!)rolę państwa do rozmiarów monstrualnych, absolutnie niemożliwych do realizacji w praktyce. Stąd też łatwo pokusić się o wniosek, że gdy chodzi o politykę gospodarczą rząd RP idzie środkiem drogi, przedstawiając propozycje zdroworozsądkowe i pragmatyczne, w przeciwieństwie do ideologów liberalnych i ich skrajnych oponentów.

Juncker wbija nóż w plecy PO

Pisałem już o prognozie rozwoju gospodarczego sygnowanym przez Komisje Europejska , która ogłoszona przed wyborami europejskimi może tylko pomoc PiS i obozowi władzy. W identyczny sukurs, tyle że jeszcze bardziej spektakularnie, przyszedł nam Jean Claude-Juncker, przewodniczący tejże Komisji. Jego uwagi o wielkim i dzielnym narodzie polskim, który tak bohatersko poczynał sobie w dziejach jeszcze opozycja może by i ścierpiała. Ale cóż robić, komu się pożalić, kiedy tenże Juncker nokautuje Koalicję Europejską, wykpiwając pomysł Polexitu, który miał być główną bronią „totalsów”. Cóż począć, jak żyć, gdy Juncker, któremu już na niczym nie zależy, bo zapowiedział, że nie będzie już kandydował na drugą kadencje na stanowisko szefa KE - w przeciwieństwie do swojego poprzednika, byłego premiera Portugalii Jose Manuela Durao Barroso - mówi szczerze jak jest, a nie wedle „propagitki” PO i Koalicji Europejskiej… Stwierdzenie „numeru 1” w Brukseli o tym, że nie będzie namawiał Polaków do wchodzenia do strefy euro sprawia wrażenie, jakby autoryzacji owego wywiadu Junckera dokonywały służby prasowe prezesa Jarosława Kaczyńskiego. Skądinąd żalenie się Junckera, że prezes PiS się z nim nie spotkał pokazuje, że nie tyle Polska i PiS jest w izolacji, a wręcz odwrotnie – o spotkaniu z najważniejszym polskim politykiem marzą przywódcy UE! I jak widać-bezskutecznie!

Ostatnie sondaże pokazują, że choć PiS prowadzi zdecydowanie pod kątem wyborów do Sejmu i Senatu, to w wyborach do PE toczy z Koalicją Europejską niesłychanie wyrównany bój, idzie łeb w łeb i do końca nie wiadomo, kto te wybory 26 maja wygra. No, właśnie: od mobilizacji centroprawicowego i prawicowego elektoratu zależy, kto będzie się cieszył 27 maja wieczorem, gdy będą ogłoszone oficjalne wyniki czwartych w Polsce wyborów do parlamentu w Brukseli i Strasburgu. Apeluję zatem do Państwa o maksymalna mobilizację.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (13.05.2025)