Blog

Ja, kibic…

Posted on

W minionym weekendzie żużlowiec Bartosz Zmarzlik wygrał żużlowe Grand Prix na Słowenii, a polscy siatkarze wygrali z Austrią i USA w Lidze Narodów (oraz przegrali z Brazylią…). Działo się w polskim sporcie i to jest pretekst, by zaprezentować Państwu moje kibicowskie „credo” opublikowane niegdyś w „Nowym Państwie”.

Bycie kibicem Biało-Czerwonych to duma,chwała, ale i czasem masochizm (jednocześnie). My, kibice obojętnie od wieku, zawodu, wykształcenia, pochodzenia, zamieszkania i statusu majątkowego – wierzymy w naszych zawsze i wszędzie, niezmiennie. Na boje Orłów nie tylko na piłkarskich boiskach patrzymy sercem, wyłączamy chłodną analizę. Obserwując kolejne baty, złorzeczymy, pieklimy się, nieraz przeklinamy, machamy ręką, dajemy upust frustracji, bywa, że wieszamy psy – a następnie, przed kolejnym meczem, jak gdyby nigdy nic, znowu wierzymy, bywa że irracjonalnie oczekujemy sukcesu i jesteśmy niemal pewni, że wreszcie – tym razem – będziemy na wozie, a nie pod wozem. Kolejne łupnie nijak się mają do procesu resocjalizacji. Prawdziwy polski kibic jest niepoprawnym optymistą, wierzy w cuda, ale już szczególnie wierzy, że jego wiara góry przenosi i złamie zasieki obronne przeciwników. Piszę te słowa w trakcie piłkarskich Mistrzostw Świata w Rosji, trzy godziny po tym, jak nasi przegrali z Senegalem 1:2. Przegraliśmy mimo że Polska w cuglach wygrała rundę eliminacyjną, Robert Lewandowski strzelił 16 goli, a nasza reprezentacja w rankingach przed rozstawieniem grup na Mundialu AD 2018 była w rankingu światowej fundacji futbolowej FIFA na miejscu piątym - a gdy mistrzostwa się rozpoczęły na ósmym miejscu. Byliśmy faworytami grupy, a wylosowanie trzech krajów z trzech kontynentów: Senegalu,Kolumbii i Japonii, uznano za najbardziej szczęśliwe z możliwych – a całą grupę za najsłabszą ze wszystkich. Identycznie polscy kibice reagowali przez mistrzostwami swiata w Korei i Japonii A. D. 2002 oraz w Niemczech A. D. 2006. W pierwszych mieliśmy wyjść z grupy „na luzie” razem z Portugalią, bo gospodarze i USA zdawali się być kelnerami do ogrania. Pamiętam to doskonale, bo byłem na tych mistrzostwach. Cztery lata później znowu byliśmy w grupie z gospodarzami, tym razem z drużyną RFN oraz Ekwadorem …Drużynę z Ameryki Łacińskiej pół roku przed mistrzostwami ograliśmy 3:0 i kibice zastanawiali się głównienad z kim spotkamy się po wyjściu z grupy. No i na początek przegraliśmy z tymże Ekwadorem 0:2. Nasi stracili pierwszą bramkę, pamiętam jak dziś, po pół godziny gry, gdy nasi kibice śpiewali Hymn Narodowy. Przedtem skandowaliśmy: „Polacy, gramy u siebie”. Identyczne skandowanie niosło się ze stadionu Spartaka w Moskwie w czasie starcia z Senegalem. Oglądałam ten mecz tym razem na dużym ekranie w Brukseli,w ambasadzie RP przy UE – na trzecie w tym tysiącleciu „polskie” piłkarskie mistrzostwa polecieć nie mogłem, bo od kilku lat jestem na tzw. „czarnej liście Putina” - co oznacza zakaz wjazdu na teren Federacji Rosyjskiej.

Uwielbiam, a raczej uwielbiamy wszyscy (może poza dziwolągiem w postaci Jandy Krystyny) polskie wiktorie. Kochamy je tym bardziej, im rzadziej się zdarzają. A one zdarzają się, owszem często, ale w eliminacjach – a w turniejach mistrzowskich jest gorzej. Przed koreańskim World Cup i tym niemieckim cztery lata później przeszliśmy przez eliminacje w świetnym stylu, ale na samych mundialach…

W zasadzie w grach zespołowych tylko siatkarze stanowią chlubny wyjątek potwierdzający regułę. Ich złoty medal na mistrzostwach świata w Polsce przed 4 laty był pierwszym tytułem mistrza globu w zawodach seniorów we wszystkich grach zespołowych od 1976 roku i olimpijskiego złota w Montrealu - też zresztą drużyny siatkarskiej. Czym wytłumaczyć fakt, że Polacy, jeden z największych narodów europejskich osiągają spore sukcesy w sportach indywidualnych, a w grach drużynowych musimy skupić się na liczeniu medali z mniej szlachetnego kruszcu. Skądinąd na światowych imprezach w tym wieku najczęściej owe „krążki” zdobywali piłkarze ręczni („srebro” i trzy „brązy”). Katowicki sukces reprezentacji siatkarskiej A. D. 2014 był ewenementem ,bo przez kolejne 4 lata nie zdobyliśmy żadnego medalu w żadnym turnieju rangi światowej …

Ale jako klasyczny, a więc niepoprawny kibic wierzę, że będziemy je zdobywać…

 

Blog

Nasza saga

Posted on

Siedzimy, sami mężczyźni z dwóch bardzo blisko spokrewnionych rodzin. Najstarsi - Henryk Tadeusz i Maciej Oskar, mają po „osiemdziesiątce”. Z tym wiekiem to w ogóle jest historia. Ja i siostra dowiedzieliśmy się od Ojca przed dwoma laty - a rzucił to tak, mimochodem - że tak naprawdę jest starszy o dwa lata w porównaniu z tym, co ma w dowodzie osobistym. W czasie okupacji niemieckiej „odmłodzono” go, zwiększając szanse na przeżycie.

Rozmawiamy o rodzinie Mamy. O Władysławie Bielinskim, który poległ od rosyjskiego bagnetu podczas demonstracji w 1905 roku w Warszawie, gdy ujął się za uderzoną przez żandarma kobietą. I o Romanie, który w latach trzydziestych XX w. wyjechał do Brazylii i ślad po nim zaginął. Dziadek Ryszard Bielinski, ojciec Mamy, był jednym z 14(sic!) braci. Mieli jeszcze najmłodszą siostrę - Janinę. Po wojnie mieszkała na Grójeckiej. Wspominamy kapitana AK „Ostrowskiego” czyli Jerzego Bielińskiego, który zginął w 1943 roku na Kielecczyźnie podczas akcji odbijania więźniów.

Starszy brat bohaterskiego Jerzego - Wiesław, walczył we wrześniu 1939 r., a potem uciekł z transportu do oflagu. Wziął udział w Powstaniu Warszawskim, był ranny. W szpitalu powstańczym opiekowała się nim sanitariuszka Henryka. Po wojnie owa Isia, z domu Czarnecka, siostra mojego Ojca, została żoną wuja Wiesława Bielinskiego. Kilkanaście lat później odwrotnie: moja Mama, de domo Bielinska wyszła za mąż za brata Isi, Henryka Czarneckiego.

Skądinąd w rodzinie ”po mieczu” tradycją było nadawanie pierworodnemu imienia Henryk. I tak mój ojciec to Henryk Tadeusz Andrzej, mój dziadek Henryk Karol, pradziadek Henryk Ludwik, prapradziadek Henryk Aleksander. Ród artystów: ojciec reżyser teatralny i filmów dokumentalnych, autor kilku światowych prapremier Mrożka. Dziadek uciekł z domu do szkoły deklamacji przy Teatrze Wielkim. Był śpiewakiem tegoż teatru w stolicy od sezonu 1898/99. Od 1905 r. zaś miał własny zespół teatralny, który grał dla Polaków w całym zaborze rosyjskim. W II RP dyrektorował teatrom m.in. w Katowicach, Sosnowcu, Kielcach , Częstochowie, Grudziądzu. Może najważniejsze jednak, że w okresie plebiscytowym na Górnym Śląsku wystawiał „Halkę”, co owocowało manifestacjami patriotycznymi. W teatrze w Sosnowcu pod okiem dziadka Henryka odbywały się przeszkolenia dla polskich agitatorów plebiscytowych. Pradziadek był ziemianinem, który stracił majątek w Powstaniu Styczniowym. Szkoda tylko, że wszelkie dokumenty rodzinne zaginęły w pożodze na Wołyniu podczas II wojny oraz w zniszczonym podczas Powstania Warszawskiego domu przy Wareckiej 9.

Siedzimy, sami mężczyźni z dwóch bardzo blisko spokrewnionych rodzin. Najstarsi - Henryk Tadeusz i Maciej Oskar, mają po „osiemdziesiątce”. Z tym wiekiem to w ogóle jest historia. Ja i siostra dowiedzieliśmy się od Ojca przed dwoma laty - a rzucił to tak, mimochodem - że tak naprawdę jest starszy o dwa lata w porównaniu z tym, co ma w dowodzie osobistym. W czasie okupacji niemieckiej „odmłodzono” go, zwiększając szanse na przeżycie.

Rozmawiamy o rodzinie Mamy. O Władysławie Bielinskim, który poległ od rosyjskiego bagnetu podczas demonstracji w 1905 roku w Warszawie, gdy ujął się za uderzoną przez żandarma kobietą. I o Romanie, który w latach trzydziestych XX w. wyjechał do Brazylii i ślad po nim zaginął. Dziadek Ryszard Bielinski, ojciec Mamy, był jednym z 14(sic!) braci. Mieli jeszcze najmłodszą siostrę - Janinę. Po wojnie mieszkała na Grójeckiej. Wspominamy kapitana AK „Ostrowskiego” czyli Jerzego Bielinskiego, który zginął w 1943 roku na Kielecczyźnie podczas akcji odbijania więźniów.

Starszy brat bohaterskiego Jerzego - Wiesław, walczył we wrześniu 1939 r., a potem uciekł z transportu do oflagu. Wziął udział w Powstaniu Warszawskim, był ranny. W szpitalu powstańczym opiekowała się nim sanitariuszka Henryka. Po wojnie owa Isia, z domu Czarnecka, siostra mojego Ojca, została żoną wuja Wiesława Bielinskiego. Kilkanaście lat później odwrotnie: moja Mama, de domo Bielinska wyszła za mąż za brata Isi, Henryka Czarneckiego.

Skądinąd w rodzinie ”po mieczu” tradycją było nadawanie pierworodnemu imienia Henryk. I tak mój ojciec to Henryk Tadeusz Andrzej, mój dziadek Henryk Karol, pradziadek Henryk Ludwik, prapradziadek Henryk Aleksander. Ród artystów: ojciec reżyser teatralny i filmów dokumentalnych, autor kilku światowych prapremier Mrożka. Dziadek uciekł z domu do szkoły deklamacji przy Teatrze Wielkim. Był śpiewakiem tegoż teatru w stolicy od sezonu 1898/99. Od 1905 r. zaś miał własny zespół teatralny, który grał dla Polaków w całym zaborze rosyjskim. W II RP dyrektorował teatrom m.in. w Katowicach, Sosnowcu, Kielcach , Częstochowie, Grudziądzu. Może najważniejsze jednak, że w okresie plebiscytowym na Górnym Śląsku wystawiał „Halkę”, co owocowało manifestacjami patriotycznymi. W teatrze w Sosnowcu pod okiem dziadka Henryka odbywały się przeszkolenia dla polskich agitatorów plebiscytowych. Pradziadek był ziemianinem, który stracił majątek w Powstaniu Styczniowym. Szkoda tylko, że wszelkie dokumenty rodzinne zaginęły w pożodze na Wołyniu podczas II wojny oraz w zniszczonym podczas Powstania Warszawskiego domu przy Wareckiej 9.

*tekst ukazał się w miesięczniku “wSieci Historii”

 

Blog

UE: gra rozpoczęta

Posted on

Wybory do Parlamentu Europejskiego za nami. Teraz miejscem meczu jest międzynarodowe boisko. Do wyborów władz PE został równo miesiąc i dzień (2 lipca). Wybór Komisji Europejskiej nastąpi albo w połowie lipca, albo (raczej?) jesienią. Jak dobrze pójdzie, Polacy będą wybierać nowy Sejm w tym samym czasie gdy wybrana będzie nowa Komisja - skądinąd przy czynnym udziale rządu premiera Morawieckiego. O co toczy się gra, w której Polska uczestniczy? Na stole jest pięć stanowisk. Właśnie szefa europarlamentu, przewodniczącego Komisji Europejskiej, szefa Rady Europejskiej (wybór późną jesienią), wiceprzewodniczącego KE do spraw polityki zagranicznej i bezpieczeństwa oraz prezesa Europejskiego Banku Centralnego. Przeciąganie liny pomiędzy krajami UE zaczęło się dwa dni po wyborach. Na Konferencji Przewodniczących PE usiłowano przeforsować pomysł, aby wybór szefa Komisji Europejskiej nastąpił wyłącznie pośród tych, którzy biorą udział w rywalizacji tzw. Spitzenkandidaten czyli „kandydatów wiodących” na szefa KE. Już po paru godzinach Rada Europejska w praktyce odrzuciła ten postulat, a Grupa Wyszehradzka wręcz zgłosiła własnego kandydata na przewodniczącego KE -został nim słowacki komisarz, socjalista Marosz Szefczovicz. Jedno jest pewne: po 2,5 latach kadencji J. Buzka i 5 latach D. Tuska Polska nie ma żadnych szans na jedno z ważniejszych unijnych stanowisk. Potrzebne jest jednak zawieranie sojuszy „zadaniowych”, „celowych”. I to robimy, dogadując się z różnymi państwami mimo różnic politycznych i ideowych, np. w sprawie budżetu UE.

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej Codziennie” (01.06.2025)

Blog

Widmo krąży nad Niemcami. Widmo rasizmu…

Posted on

Widmo rasizmu krąży nad Niemcami. Tak, trawestując słowa Marksa o komunizmie, można by skomentować badania nad ksenofobią i postawami rasistowskimi w RFN prowadzone od 16 lat przez uniwersytet w Lipsku.

Pewnie nie przypadkiem piętno na pulsie niemieckiego szowinizmu trzyma uniwersytet ze wschodnich Niemiec, gdzie tego typu zachowania są częstsze niż w dawnej NRF. Już w 2012 roku 16% ankietowanych w dawnej NRD przejawiało „prawicowy ekstremizm” (w zachodniej części Niemiec do takiej szuflady wkładano co 11 obywatela). Charakterystyczne, że w niektórych kategoriach ksenofobia jest u naszego zachodniego sąsiada czymś raczej powszechnym niż marginalnym ‒ skoro obejmuje to około 24% (sic!). Ta kategoria to ,cytuje, „mężczyźni bez matury”. Niemniej znamienny jest fakt, że postawy szowinistyczne i ksenofobiczne są szczególnie popularne wśród ludzi młodych, a więc decydujących o przyszłości Republiki Federalnej. I tak między 14 a 30 rokiem życia z takimi poglądami identyfikuje się co czwarty Niemiec na wschodzie kraju i co siódmy na Zachodzie. Równie charakterystyczne, że wyraźnie wzrasta przyzwolenie dla relatywizowania zbrodni niemieckich i szowinizmu jako takiego w landach dawnej NRF – i to nawet bardziej niż w dawnej NRD.

Federalna Centrala Antydyskryminacyjna przedstawia Bundestagowi specjalne raporty odnośnie ksenofobii i szowinizmu. Ciekawe, że czyni to nie raz na rok, ale co… cztery lata. Ostatni raport z czerwca 2017 roku dotyczący dyskryminacji w miejscu pracy pokazuje, że co ósma skarga odnosiła się do dyskryminacji ze względów etnicznych i rasowych. Z raportu wynika również, że osoby z obcobrzmiącymi językami są zdecydowanie rzadziej zapraszane na rozmowy o pracę.

Ciekawe były też badania „Der Spiegla” i bawarskiego radia Bayerischer Rundfunk przeprowadzone w zeszłym roku aż na 20 tysiącu osób dotyczące dyskryminacji na rynku nieruchomości. Najlepiej traktowani są Niemcy, gorzej Polacy i Włosi, najgorzej Turcy i Arabowie. Interesujące, że dyskryminacja polegająca na niezapraszaniu osób o obcych nazwiskach do oglądania mieszkań na sprzedaż lub do wynajęcia jest … dużo silniejsza w największych aglomeracjach – jak Monachium (46%) i Frankfurt (31%) niż we wschodnioniemieckim Magdeburgu i Lipsku (odpowiednio 17 i 18%).

Dużo uwagi w niemieckich mediach poświęcono polskiemu i radosnemu przecież Marszowi Niepodległości 11 listopada 2017. Tymczasem tylko w 2016 roku w Niemczech ilość prawdziwych, a nie wirtualnych manifestacji nazistowskich i rasistowskich w Niemczech wyniosła … 466! Oznacza to, że brunatni Niemcy demonstrują na ulicach stolicy, miast i miasteczek RFN codziennie. Towarzyszy temu głośne milczenie praktycznie wszystkich mediów. A mnie się przypomina biblijna przypowieść o dostrzeganiu źdźbła w cudzym oku, a niewidzeniu belki we własnym…

 

Blog

Przy głównym stole jako… kelner

Posted on

O wyborach europejskich – ani mru-mru. Cicho, sza. Nie dlatego, że poszły źle, bo z mojego punktu punktu widzenia nie poszły źle, ale dlatego, że oddaje ten tekst tak ze 40 godzin przed wyborami. Będę więc pisał o czymś innym. A może tylko… pozornie innym.

Uwielbiam słuchać, jak politycy Koalicji Europejskiej powtarzają niczym mantrę, jak to bardzo chcą, by Polska była w UE przy głównym stole. Rzecz w tym, że śledząc ich polityczną działalność, mam nieodparte wrażenie graniczące z pewnością, iż owszem chcą Rzeczpospolita widzieć przy głównym stole, ale jako … kelnera. Owszem, przy głównym stole, w lekko uniżonej postawie, z biała serwetką na dłoni i pilnie baczącym, żeby uczestnikom kolacji nie zabrakło jadła ani popitku. Ale też w myślach przeliczającym potencjalne napiwki. Otrzymywane zresztą zgodnie z prostym mechanizmem: im bardziej się pan kelner kłania i zgaduje myśli klientów – tym bardziej będzie suto wynagrodzony. A poza tym: co z Pańskiego stołu skapnie – to jego. Ot i wszystko. Nikt wszak nie zaprzeczy, że kelner jest przy głównym stole, choć co prawda nie siedzi, tylko stoi, nie dyskutuje, tylko usługuje, nie bierze udziału w podejmowaniu decyzji, tylko dolewa wina, nie spiera się, tylko potakuje. Owszem, może nawet w głębi duszy nie myśli za dobrze, ba, może i z pogardą o biesiadnikach, gdy przekraczają granice zdrowego rozsądku w zakresie opilstwa.

Cóż, każdy ma takie „Zaklęte rewiry” na jakie zasłużył. Niektórzy tyle zobaczą w Europie, ile ujrzą bijąc czołem o ziemię przed potęgami lub tymi, które ów bijący jegomość za potęgi uważa. I basta.

Może niemiło będzie tego niektórym słuchać, ale prawda nas wyzwoli: polityką międzynarodową kiedyś, dziś i zapewne w przyszłości będzie rządził darwinizm z jego archetypiczną walką „kto kogo” o byt, o przetrwanie, o poszerzenie obszaru do życia i polowania ,„per fas et nefas”. Tak to prostu jest. Nawet jeśli ta wizja komuś nie „pasi”, nawet jeśli jakiś pięknoduch się obruszy, nawet jeśli wielu politykom – z tchórzostwa, oportunizmu czy wrodzonej bezrefleksyjności – nie wypada tego przyznać.

Nic nie wskazuje na to, aby te reguły gry miały się jakoś w Europie XXI wieku zmienić. Prawdę mówiąc, zmieniają się ustroje, ugrupowania polityczne, wynalazki techniki, środki komunikowania się, postęp cywilizacyjny(?) mknie naprzód, ale te reguły pozostają takie, jak były pół wieku temu, podczas „zimnej wojny”, sto lat temu, gdy podpisywano Traktat Wersalski i dwieście lat temu, gdy po Kongresie Wiedeńskim Królestwo Polskie radziło sobie tak, jak radziło. Reguły w polityce zewnętrznej niespecjalnie się zmieniają. Natura człowieka chyba też nie. Jaki z tego wniosek? Polska nie może być ani papugą, ani pawiem narodów, ale frajerem, na Miłość Boską, też nie…

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej” (29.05.2025)

Blog

Ideologiczna ofensywa zachodniego lewactwa – polska odpowiedź

Posted on

Zachodnia lewica domaga się rewolucyjnej zmiany w Traktatach Europejskich i wprowadzenia tam – dotychczas zastrzeżonych dla państw członkowskich – kwestii dotyczących prawa do aborcji oraz przywilejów dla środowisk LGBTI. Ale po kolei…

Francuska lewica przekracza barierę dźwięku …

Przedstawiciele Koalicji Europejskiej, a zwłaszcza PSL twierdzą, że Unia Europejska, w tym Parlament Europejski nic nie ma do spraw obyczajowo-moralnych i mówienie w tym kontekście o gender i LGBTI jest bez sensu. Tymczasem jest to opozycji w Polsce ucieczka od rzeczywistości. Zarówno od tej, która była udziałem parlamentu w Brukseli i Strasburgu w ostatnich latach, jak i tej najświeższej. W ostatniej kadencji PE, w latach 2014-2019 europarlament, nie mając formalnie żadnej w tym zakresie jurysdykcji, jakichkolwiek uprawnień formalno-prawnych wywierał nieformalny, ale jak najbardziej realny nacisk na kraje członkowskie w tym właśnie obszarze. Służyły temu liczne debaty – czasem nawet po dwie w sesji (sic!) poświęcone LGBTI i rezolucje. Socjalistyczno-liberalno-komunistyczno-zielona praktyczna większość w PE miała jeszcze jeden patent: mianowicie do różnych projektów rezolucji, kompletnie nie mających nic wspólnego ze sferą sumienia, moralności i wartości na siłę wciskała zapisy albo proaborcyjne albo dotyczące LGBTI. Wyglądało to cudacznie, sztucznie, ale było faktem.

Teraz jednak lewica przekroczyła wszelką barierę dźwięku. Oto bowiem francuscy socjaliści, a konkretnie ich były już kandydat na prezydenta Republiki Benoit Hammon w debacie we francuskiej telewizji BFM w przeddzień zakończenia ciszy wyborczej, w czwartek 23 maja zażądał, aby do europejskich traktatów „włożyć” kwestie „prawa” do aborcji oraz „praw” środowisk tworzących LGBTI! Gdyby to się stało, byłaby to prawdziwa rewolucja obyczajowo-polityczna ,w skutkach jeszcze bardziej brzemienna w konsekwencje niż ta z maja 1968 roku zwana wtedy „Paryska Wiosna”.

Rząd PiS na szczeblu UE nie poprze ideologicznej hucpy

Oczywiście droga do realizacji tego postulatu jest długa i zależy od wyniku wyborów nie tylko, a nawet na szczęście nie głównie, do Parlamentu Europejskiego, ale w krajach członkowskich Unii. Żeby takie zmiany traktatowe wprowadzić potrzebna jest bowiem jednolita zgoda 28 – lub 27 , jeśli dojedzie do Bexitu – państw członkowskich Unii Europejskiej. Jeżeli w Polsce Prawo i Sprawiedliwość utrzyma się przy władzy, wówczas polski rząd na pewno na forum Rady Europejskiej takiej socjalistycznej ideologicznej hucpy nie poprze. Co więcej, złoży veto. Zgodne jednakże ze szczerą wypowiedzią posła Rafała Grupińskiego na marszyku (to chyba lepsze określenie niż „marsz”) Koalicji Europejskiej po jesiennych wyborach mają opaść maski Platformy Obywatelskiej i jej przystawek i wtedy dotychczasowa opozycja już nie martwiąc się o głosy „prowincji”, chce wcisnąć pedał gazu zmian w prawie tak, aby spełnić postulaty środowisk lewicowo-liberalnych i LGBTI. Można sobie spokojnie wyobrazić, że gdyby powstał po listopadowych(?) wyborach do Sejmu i Senatu RP rząd Koalicji Europejskiej, to taką propozycję francuskich socjalistów, czy szerzej: zachodnioeuropejskiej lewicy, raczej na pewni by poparł. A jeśli zgłosiłby w tej sprawie swój głos, to raczej w kwestii uszczegółowienia propozycji, zmiany akcentów, a nie odrzucenia. To skądinąd pokazuje rolę jesiennych wyborów parlamentarnych w kontekście nie tylko obrony efektów rządów Dobrej Zmiany w sferze gospodarczej i społecznej. Takich pomysłów, które kojarzą mi się – skojarzenia każdy ma, jakie ma – z „Nowym Wspaniałym Światem” Aldousa Huxleya jest więcej. Inżynieria genetyczna i inżynieria społeczna w jednym stoją domku.

Ciekawe jest zresztą, że im mniej lewica ma do powiedzenia konkretów w sprawach gospodarczych, tym bardziej fokusuje się na sprawy ideologiczne. Lewica w Unii Europejskiej coraz mniej jest prosocjalna, bo w tym obszarze rządy centroprawicy niczym specjalnym nie różnią się od rządów socjaldemokratów, zatem chce się odróżnić manifestując kwestie ideologiczne. A tu, jeśli nawet lewica nie ma monopolu, to dominuje . A nie ma monopolu, bo również szereg partii centroprawicowych, idąc z „duchem czasu” i głównie dla świętego spokoju, choć czasem także z przekonania, że trzeba podążać wraz z „parowozem dziejów” – też przyjęło za swoje te rewolucyjne miazmaty, mówiące o afirmacji środowisk LGBTI (afirmacji nie mylmy z tolerancją!).

Ofensywa eurosceptyków, Zieloni na plusie

Trzy dni przed wyborami w Polsce i większości krajów Unii Europejskiej wybierano europosłów w dwóch bardzo dużych krajach członkowskich UE czyli w dwóch… królestwach: Zjednoczonym Królestwie Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej oraz w Królestwie Niderlandów. W tym drugim kraju przegrali rządzący drugą kadencję liberałowie premiera Marka Rutte, co jednak osłabia siłę wspólnego projektu holenderskiego premiera i prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Obaj byli patronami utworzenia nowej liberalnej frakcji w europarlamencie, która miała roboczą nazwę „Centrum”. Liberałowie, którzy szykowali się na bycie „języczkiem uwagi” w brukselsko-strasburskim europarlamencie, dostali wiec łupnia, ale od socjalistów czyli Partii Pracy Fransa Timmermansa. Co prawda głosy holenderskich wyborców bardzo się rozbiły i w Hadze zanotowano ewenement na skalę europejską, bo wygrała partia z poparciem ledwie … 18% (sic!). Co by jednak nie powiedzieć, jest to pierwsze miejsce i wzrost poparcia dla holenderskich socjaldemokratów o ponad 10% w porównaniu z krajowymi wyborami A. D. 2017. Co do Wielkiej Brytanii, to wybory pokazały absolutnie dominującą pozycję wrogiej UE „Brexit Party” Nigela Farage’a, na którą chciało głosować niemal 2/5 obywateli brytyjskich. Wysoko uplasowali się liberałowie z poparciem ponad 1/5 Brytyjczyków. Wreszcie na trzecim miejscu była Labour Party – Partia Pracy z wynikiem 14,6%, zaś na czwartym „Zieloni” 12,5% (skądinąd jeszcze większy wzrost zanotowali oni w Niemczech, gdzie uplasowali się na najwyższym w historii wyborczym miejscu - bo drugim!) a piąte, katastrofalne miejsce , najgorsze w historii partii, zajęli konserwatyści z żenującym poparciem 8,8%! Warto podkreślić, że na Wyspach Brytyjskich nastąpił proces politycznie bardzo podobny, jak we Francji, a wcześniej we Włoszech czyli totalna zapaść partii politycznego establiszmentu: centroprawicy i lewicy. W wyborach europejskich 2014 roku Partia Konserwatywna i Partia Pracy uzyskały razem prawie 83% głosów, dziś wspólnie mogły liczyć na … cztery razy mniej! Czyżby była to szersza tendencja w Europie Zachodniej?

Charakterystyczne, że nie ma tutaj jednej recepty dla zachodniej lewicy, bo francuska lewica mocno się ideologizuje i dostaje łupnia, a lewica brytyjska skupiając się raczej na sprawach gospodarczych, społecznych i edukacyjnych – też dostaje łupnia.

Szczegółowe podsumowanie wyników wyborów europejskich w całej UE wraz z prognozami nowej geografii politycznej w europarlamencie przedstawię za tydzień.

*tekst ukazał się w “Gazecie Polskiej Codziennie” (28.05.2025)

Blog

Czy siódme przykazanie to mowa nienawiści?

Posted on

W ramach debaty publicznej w naszym kraju mam jedną uwagę. Oto ona: przytaczanie Siódmego Przykazania z Dekalogu czyli „Nie kradnij” doprawdy nie jest … mową nienawiści!

Dedykuję to niemałej liczbie opozycyjnych publicystów, komentatorów, celebrytów i polityków, którzy oburzają się setnie za nazywanie rzeczy po imieniu. Jako żywo fotografowanie rzeczywistości nie ma nic wspólnego z hejtem. Nazwanie złodzieja złodziejem nie jest naruszeniem dóbr osobistych złodzieja, tylko stwierdzeniem faktu, nazwaniem rzeczy po imieniu, uznaniem prymatu rzeczywistości nad światem wirtualnym. Postawienie zarzutów politykom opozycyjnym zamieszanym w korupcję czy inne szwindle nie jest politycznym polowaniem ani nagonką na PO. Inaczej dojdziemy do absurdu polegającego na tym, że można być świętą krową, której nie wolno tknąć mimo najbardziej oczywistych dowodów tylko dlatego, że jest politykiem. Będąc konsekwentnym w tym szaleństwie można sobie wyobrazić, że całe przestępcze ośmiornice wynajmują jakichś posłów i senatorów „na słupa”, wiedząc ,że mają oni gwarancję nietykalności, a przez to mogą być bez większego ryzyka twarzami przestępczego procederu.

W ostatnim czasie mamy prawdziwą „Księgę Dziwów Polskich”. Ci, którzy kiedyś byli przeciwko rejestrowi osobowemu pedofilów, na przykład nie popierając go w sejmie, dzisiaj nad pedofilią rozdzierają szaty. Pamiętam wypowiedzi Jana Hartmana (niegdyś w stajni „palikociarni”), który mówił, że rejestr pedofilów narusza… prawa pedofilów.

A czy pamiętacie może wypowiedzi europosłanki PO Julii Pitery, która dowodziła, ni mniej ni więcej tylko to, że tworzenie rejestru pedofilów będzie niekorzystne dla ich sąsiadów(!). Dlaczego? Bo spadną ceny nieruchomości : domów i mieszkań w sąsiedztwie tych, w których żyją pedofile. Serio, ona to naprawdę powiedziała.

Co do pedofilii, to część opinii publicznej w Polsce przyjmuje w tym obszarze kategoryzację „złych pedofili” i „dobrych pedofili”. Tak, jak kiedyś byli „dobrzy Niemcy” czyli ci z NRD i „źli Niemcy”- ci z NRF czy potem z RFN. „Pedofilem złym” jest ksiądz, „pedofilem dobrym”, a przynajmniej takim, o którym nie warto mówić –artysta, polityk czy dziennikarz. Oczywiście jego też się „potępia”, ale milcząco, bo się o nim jakoś nie mówi.

Zmiany, zmiany, zmiany… „Gazeta Wyborcza” – autor serialu o spółce „Srebrna”, o której to zamieszczała artykuły na pierwszej stronie dosłownie codziennie, niemal w każdym reasumując to, co opisywała poprzednio, pewnie po to, żeby lepiej się to wryło ludziom w pamięć- dokonała zmiany repertuaru i teraz ,dzień w dzień , na pierwszej stronie drąży temat pedofilii w Kościele. O Polańskim cisza. Grunt to przewidywalność…

*tekst ukazał się w „Gazecie Polskiej” (22.05.2025)

Blog

Polska za Wolnością

Posted on

Brawa dla polskiego rządu za konsekwencję! Rząd RP był, jest i będzie przeciw cenzurze w Internecie, a więc jest przeciw ACTA 2.0. – stąd wniosek złożony do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej w Luksemburgu w sprawie wspólnej decyzji Komisji Europejskiej, europarlamentu i Rady Europejskiej o wprowadzeniu cenzury prewencyjnej w sieci – bo do tego sprowadza się tzw. filtrowanie treści. Europosłowie PiS trzykrotnie i konsekwentnie głosowali w PE za wolnością w Internecie (w lipcu i we wrześniu 2018 oraz lutym 2019), a rząd premiera Morawieckiego na Radzie Europejskiej zagłosował – wraz z m.in. Włochami, Holandią, Luksemburgiem i Finlandią – przeciwko wprowadzeniu ACTA 2.0. Warto pamiętać, kto realnie jest za wolnością, a kto mając gębę pełną frazesów o wolności, tę wolność faktycznie ogranicza i tłumi.

Spór o wolność w Unii Europejskiej jest fragmentem szerszego sporu – warto to nazwać po imieniu: cywilizacyjnego. Ci, którzy nas pouczają w kwestii wolności, na forum UE głosują właśnie przeciw wolności! Warto to zapamiętać.

*komentarz, który ukazał się na portalu niezależna.pl (23.05.2025)

Blog

Polska reperezentacja ma nowego sponsora!

Posted on

Pozwalam sobie zaprosić Państwa do lektury mojego wywiadu, który ukazał się na stronie internetowej „Tygodnika Żużlowego”. Rozmawiał ze mną red. Miłosz Lippki.

W czwartek w Warszawie doszło do podpisania listu intencyjnego o współpracy między ANWIL SA, a polską reprezentacją na żużlu. Ponadto ogłoszono, że najbliższy mecz reprezentacji z Rosją w Rybniku trafi na antenę TVP.

- To są dwa konkrety. ANWIL, który dotąd słynął z koszykówki, po raz pierwszy wchodzi do żużla i to z przytupem.

List intencyjny podpisano w Pana obecności. Dlaczego?

- Nie ukrywam, że już wcześniej rozmawiałem z ANWIL-em i próbowałem przekonać do wejścia w sport żużlowy. Udało się i jestem przekonany, że ANWIL, który pochodzi przecież z miasta, gdzie nie ma żużla zrobił świetny interes. To jest też sygnał dla innych sponsorów, że warto wchodzić w speedway. Żużel jest w windzie, która cały czas porusza się do góry i inwestowanie w niego ma sens.

Która stacja pokaże mecz Polska - Rosja w Rybniku?

- Będzie to transmisja o godz. 20 w TVP Sport. Wierzę, że przed żużlem w telewizji publicznej jeszcze lepsze perspektywy. W czerwcu chcę rozmawiać na ten temat z prezesem Jackiem Kurskim i dyrektorem TVP Sport Markiem Szkolnikowskim, aby rozszerzyć ofertę żużla w TVP, co oczywiście powinno leżeć zarówno w interesie stacji, jak i sportu żużlowego. Telewizja, która dociera do największej liczby gospodarstw domowych w Polsce w sposób naturalny powinna pokazywać najpopularniejsze dyscypliny, takie, które kochają Polacy, a więc piłkę nożną, żużel i siatkówkę, a zimą skoki narciarskie.

Czy to oznacza, że doczekamy się czasów, że nawet ligi będą w TVP?

- Telewizja publiczna jest różnie oceniana przez różnych ludzi, ale nawet jej oponenci przyznają, że jeżeli chodzi o sport, to oferta w porównaniu do kilku lat wstecz, jest znacznie bogatsza. Liczba transmisji z najbardziej prestiżowych wydarzeń wzrosła. To pozwala mieć nadzieję, że kiedyś w TVP zobaczymy też najważniejsze wydarzenia w sporcie żużlowym.

Czy ANWIL, to największy jak dotychczas sponsor reprezentacji na żużlu?

- Jeżeli chodzi o spółkę Skarbu Państwo, to niewątpliwie tak. Nikt przed ANWIL-em nie położył takich pieniędzy. Jednocześnie pragnę zadeklarować, że ANWIL nie jest alternatywą dla GLS, ale będą tworzy sponsorski tandem.

Co obejmie sponsoring?

- Na pewno Speedway of Nations w Rosji i mecze towarzyskie.

Mówi się, że za rok zamiast meczów towarzyskich będziemy mieli DME na żużlu, w formie dwumeczów. Co Pan na to?

- Idea godna wcielenia w życie. Zawsze mówiłem, że błędem jest zamrożenie DPŚ. Jeżeli chodzi o DME, to ja bym poszedł nawet dalej i zrobił te rozgrywki w formule “otwartej”, tak aby mogły wystartować Australia i USA. Taka żużlowa liga światowa to mogłoby być to, co pokochaliby kibice nie tylko w Polsce.

Blog

Polak liderem!

Posted on

Zapraszam gorąco do lektury wywiadu ,jakiego udzieliłem właśnie branżowemu portalowi żużlowemu „po-bandzie.com .pl”. Rozmowę przeprowadził red. Łukasz Malaka.

Europoseł Ryszard Czarnecki tradycyjnie już obecny był na sobotnim turnieju Grand Prix, który został rozegrany na Stadionie Narodowym w Warszawie. Byłego prezesa i wiceprezesa Sparty Wrocław(przez 8 lat)zapytaliśmy o ocenę sobotnich zawodów.

Panie Ryszardzie, w Pańskim odczuciu gdzie były plusy sobotnich zawodów

Stałym już plusem był oczywiście stadion pełen kibiców którzy doskonale reagowali na wydarzenia na torze. Była tez dzięki nim biało -czerwona „kartoniada”. Drugim plusem był jak na Warszawę bardzo dobry,choć jednorazowy tor, który umożliwiał walkę oraz mijanki ,których było dużo . Kolejnym plusem dla mnie był fakt, że trzech Polaków było w pierwszej ósemce zawodów mimo absencji Macieja Janowskiego. Największy plus to oczywiście fakt, że Polak- Patryk Dudek jest liderem klasyfikacji Grand Prix . Tym samym być może chce potwierdzić ,mówiąc żartobliwie ,że lata nieparzyste w żużlu należą do niego. Bartek Zmarzlik odnosi sukcesy w latach parzystych 2016 i 2018 - a Patryk w nieparzystych 2017 i oby 2019. Piąty i ostatni plus to dla mnie osobiście doskonały występ młodego Bartosza Smektały który tym samym potwierdził że rozwija się doskonale i przyszłość stoi przed nim otworem.

A minusy sobotnich zawodów…

Nie chcę, aby ktoś pomyślał że mi czy polskim kibicom się w głowach poprzewracało ,jednak ponownie Polak nie wygrał w Warszawie. Na ten fakt czekamy chyba wszyscy. Oglądałem zawody ze Zbigniewem Bońkiem i przed półfinałami Zbyszek był niemal pewien że podium obsadzimy Polakami. Ostatecznie stało się to tylko w jednej trzeciej i na najniższym stopniu podium. Lekki niedosyt może pozostał ,ale to też świadczy o tym że jesteśmy ambitni. Kolejny minus dla mnie to słabszy występ Taia Woffindena. Tutaj jednak może wpłynął na jego słabszą dyspozycję fakt, że zabrakło go na piątkowym treningu ze względu na mecz Sparty w Gorzowie.

No, właśnie. Przed Grand Prix w Krsko będzie kolejna sytuacja kiedy to część zawodników ze względu na polską ligę opuści trening…

Sama idea nowej formuły treningu przed Grand Prix jest słuszna i na pewno daje jakieś dodatkowe emocje. Przy obecnym kalendarzu ligi nie jest łatwo to pogodzić. Szkoda że kolizja terminów miała miejsce na początku sezonu Grand Prix. „Tajski” może być zły ,bo odpadły mu treningi przed dwoma pierwszymi turniejami. Mam nadzieję że takie sytuacje będą zdarzały się jak najrzadziej.

Dziękuje za rozmowę

I ja dziękuję

Blog

PiS ma szansę pierwszy raz wygrać eurowybory

Posted on

Zapraszam do lektury ostatniego wywiadu, jakiego dziś udzieliłem dla strony internetowej tygodnika “Do Rzeczy”. Przeprowadził go Przemysław Harczuk.

Zażądał Pan od polskich reprezentantów w Parlamencie Europejskim deklaracji o niepodejmowaniu żadnych działań przeciwko Polsce. Skąd pomysł takiej deklaracji?

Ryszard Czarnecki: Widząc działania części polskich polityków, którzy głosowali za uruchomieniem procesu sankcyjnego w oparciu o artykuł siódmy, a także wielu celebrytów i polityków atakowało własny kraj w obcych mediach, najczęściej niemieckich. Robili to eurodeputowani, jak również posłowie z Sejmu polskiego. Stąd pomysł, aby od razu po wyborach, nowo wybrani deputowani, a będzie ich pięćdziesięciu jeden, złożyli deklarację o powstrzymaniu się od ataków na Polskę na szczeblu międzynarodowym. Będzie to doskonały sposób sprawdzenia ich intencji.

A jeśli któryś z deputowanych odmówi?

Jeśli odmówi, będzie to wyraźny sygnał, że uważa, że na własną ojczyznę można podnosić rękę.

Jak ocenia Pan kończącą się właśnie kampanię do Parlamentu Europejskiego?

Z mojego punktu widzenia była to kampania bardzo intensywna i bardzo pracowita. Prawo i Sprawiedliwość chciało zachęcić przeciwników do debaty w sprawach europejskich. Przykładem jest choćby temat strefy euro. Koalicja Europejska nie chciała debaty. Przykładem są dwie „jedynki” z listy KE – Włodzimierz Cimoszewicz w Warszawie i Ewa Kopacz w Wielkopolsce. Ci politycy, byli premierzy, nie chcieli rozmawiać. Uznali, że lepszy będzie ich monolog. Gdyby tak się zachowali na Zachodzie, spokoju nie dałyby im media. W Polsce nic takiego nie nastąpiło. Natomiast to wszystko sprawia, że Prawo i Sprawiedliwość, jako siła najbardziej merytoryczna, ma szansę po raz pierwszy w historii zwyciężyć w wyborach do Parlamentu Europejskiego.

 

Blog

O bałaganie na Wyspach, dzieleniu Polski przez Tuska i podwójnych standardach w PO i UE

Posted on

Polecam lekturę wywiadu, jakiego udzieliłem dla portalu Radia Zet. Rozmowę przeprowadził ze mną redaktor Mikołaj Pietraszewski.

Sondaże różnią się między sobą, w zależności od pracowni, ale generalnie PiS oraz Koalicja Europejska idą łeb w łeb – raz jedni, raz drudzy osiągają kilkuprocentową przewagę. Spodziewa się Pan ostrego finiszu kampanii?

Może pana zaskoczę, ale uważam, że w Polsce kampanie wyborcze - mimo całego lamentu, w jakimś sensie uzasadnionego, o brutalizacji życia publicznego – nie są tak ostre, w porównaniu z kampanią amerykańską czy chociażby na Ukrainie.

Zwrócę przy tym uwagę, że na razie mieliśmy dwa procesy w trybie wyborczym – Czarnecki vs. Koalicja Europejska, zakończone moim zwycięstwem, a w kampanii samorządowej było ich kilka, więc ta obecna nie jest aż tak brutalna, wbrew temu, co można sądzić. Choć na pewno Wersalem też nie jest.

Czyli szykuje się finisz przynajmniej emocjonujący.

Nie ma faworyta, różnice są niewielkie, ponadto dla PiS są to najtrudniejsze wybory, dużo trudniejsze niż prezydenckie, parlamentarne czy samorządowe.

Dlaczego?

Ponieważ nasi wyborcy bardziej mobilizują się na wybory decydujące o tym, kto rządzi w Polsce lub samorządzie, a nie te decydujące o naszej reprezentacji w Brukseli czy Strasburgu.

PiS nigdy nie wygrało wyborów do europarlamentu. W 2004 roku mieliśmy III miejsce, w 2009 drugie, w 2014 PO wygrała z nami o włos, o 25 tys. głosów, ale w mandatach był remis, po 19. Wybory prezydenckie i parlamentarne wygraliśmy po dwa razy, podobnie dwa razy wygraliśmy również samorządowe. Czas najwyższy na europejskie, choć nie będzie to łatwe.

Co Pańskim zdaniem zadecyduje o tym, jaki będzie ostateczny rezultat?

Uważam, że mobilizacja elektoratów poszczególnych partii. W Polsce przepływ wyborców między obydwoma głównymi ugrupowaniami jest śladowy. Chodzi więc o zmobilizowanie swoich wyborców, ale także uruchomienie tych niegłosujących.

Czy i kiedy możemy się w takim razie spodziewać rekonstrukcji rządu, skoro kilkoro ministrów obecnego gabinetu startuje w eurowyborach i ma duże szanse na uzyskanie mandatu?

Formalnie nowy Parlament Europejski ukonstytuuje się na początku lipca. Wtedy posłowie obejmą mandaty i teoretycznie powinna się odbyć rekonstrukcja. Chyba, że premier nie będzie czekał aż ministrowie formalnie staną się europosłami – bo to ponad miesiąc – oczywiście po konsultacji z władzami koalicji. Rekonstrukcja będzie konieczna, bo część ministrów startujących w wyborach, może znaleźć się w parlamencie.

Sąd przyznał Panu rację i zakazał rozpowszechniania przez KE billboardów z Pana wizerunkiem, podpisanych hasłem „Akcja ewakuacja”. Ale nie ma Pan wrażenia, że niektórzy ministrowie rzeczywiście uciekają przed odpowiedzialnością i problemami w kraju – np. minister edukacji Anna Zalewska?

Żeby być całkiem obiektywnym i uczciwym w tej kwestii, nie można uciekać od sytuacji sprzed czterech lat. To powinno zmienić nasze myślenie o jej starcie.

Gdy europoseł Dawid Jackiewicz dostał propozycję objęcia funkcji ministra skarbu w rządzie Beaty Szydło i podjął decyzję o zakończeniu swojej kariery europarlamentarnej, to właśnie Anna Zalewska miała go zastąpić. W wyborach 2014 w okręgu dolnośląsko-opolskim zajęła bowiem trzecie miejsce w PiS-ie (za Jackiewiczem i Ujazdowskim) i była pierwszą niewybraną. Wówczas odmówiła, aby zostać szefową MEN. W pewnym sensie wzgląd na to, że wtedy tego mandatu nie objęła, był brany pod uwagę przy podejmowaniu decyzji o ustalaniu list. Ona ten mandat zapewne obejmie, ale cztery lata po tym, gdy go odmówiła, będzie to więc swego rodzaju sprawiedliwość dziejowa.

Czy jednak jej kandydatura nie wprowadza pewnej niezręczności? Jeszcze niedawno mieliśmy ogólnopolski strajk nauczycieli, który na razie został zawieszony, problemy w sektorze oświaty nie zostały rozwiązane.

Pozwoli Pan, że się nie zgodzę i będę jej bronił. Dostrzegam polityczne motywy ataku na nią.

Ale nie dziwi się Pan, że takie interpretacje i pytania się pojawiają.

Mam wrażenie, że są one nasączone polityką i walką wyborczą. Jest to mój dziewiąty start we wszelkich wyborach, więc nie dziwię się, że takie ataki się pojawiają. Wiele już widziałem.

Brexit się opóźnia i de facto stoi pod znakiem zapytania. Jak Pana zdaniem zakończy się ta „telenowela” i czy jest szansa, by Brytyjczycy pozostali w UE?

Jako Polak i polski polityk chciałbym, aby Wielka Brytania pozostała w Unii Europejskiej – to był było ważne i dla Polski i dla siły i wizerunku UE. Londyn jest bowiem elementem delikatnej równowagi sił w ramach Unii. Bez niej ten tandem niemiecko-francuski, nawet wbrew swoim zamierzeniom, może generować pewne tendencje odśrodkowe ,bo szereg krajów nie będzie chciał się pogodzić z takim duopolem władzy.

Nie ma co też ukrywać, że my i Brytyjczycy myślimy podobnie, gdy chodzi o kwestie regulacji wewnątrzunijnych – że powinno być ich mniej, za to więcej wolnego rynku, swobodnego przepływu towarów, ludzi, pracowników. Zbliża nas do Wielkiej Brytanii także realistyczny, zdroworozsądkowy stosunek do Rosji. Mam wrażenie, że Berlin, Paryż i Rzym, niezależnie od tego, kto tam rządzi, są bardziej otwarte na rosyjskie pseudoargumenty.

Po trzecie, Warszawa i Londyn podobnie myślą o UE jako o raczej Europie Ojczyzn, Narodów, a nie jakimś federalistycznym superpaństwie. To, że uniknięcie brexitu byłoby to dla Polski i dla Unii najlepsze, nie oznacza jednak, że tak się stanie.

Natomiast słowa ministra Lidingtona (Davida, ministra sprawiedliwości i lorda kanclerza Wielkiej Brytanii – przyp. red), że brytyjscy posłowie zostaną wybrani, ale nie obejmą mandatów, traktuję raczej jako element walki o wpływy i mandaty między torysami a euronegatywistami Nigela Farage’a.

Czy w takim razie bałagan polityczny na Wyspach sprawia, że możliwe są tam przedterminowe wybory parlamentarne?

Po pierwsze, eurowybory doprowadzą do spadku liczby mandatów dla Partii Konserwatywnej w PE, co oznacza, że EKR (Europejscy Konserwatyści i Reformatorzy) będzie miał mniejszy brytyjski komponent niż dotychczas. Mogą zaliczyć najgorszy wynik do Europarlamentu w historii.

Co do przyspieszonych wyborów, nie należy tego wykluczać, natomiast nie jest to automat. Jeśli wybory europejskie zakończą się bardzo wyraźną porażką konserwatystów, to przed ew. przyspieszonymi wyborami do Izby Gmin możliwe będą wybory nowego szefa torysów. Theresa May może mieć duży problem z utrzymaniem swojego przywództwa.

Odnoszę wrażenie, że na wyjściu z UE już nikomu nie zależy. Torysi czują się w obowiązku przeprowadzić tę procedurę tylko dlatego, że taki był wynik referendum. To taki trochę gorący ziemniak, którego nikt nie chce trzymać w rękach.

Rzeczywiście, trafna analogia, taki hot potato (śmiech). W czerwcu 2016 roku, w czasie, gdy było referendum, przygotowałem z moim współpracownikiem tekst, w którym wysunąłem tezę o „brexicie bez brexitu”. Wielka Brytania miałaby lewarować swoją pozycję w UE poprzez straszenie brexitem. Ale jak to w tym przysłowiu o sójce wybierającej się za morze – tak będzie wylatywać, aż w końcu nie wyleci.

Myślę, że każdy miesiąc pozostawania Wielkiej Brytanii w UE zwiększa szanse na to, że ona ostatecznie z niej nie wyjdzie, niezależnie od tego czy odbędzie się drugie referendum czy też przez wcześniejsze wybory i uzyskanie mandatu przez nową Izbę Gmin – bo to ona ostatecznie rozstrzyga o brexicie bądź pozostaniu we UE.

O tym się w debacie nie mówi, ale istotnym argumentem za pozostaniem Brytyjczyków w UE jest kwestia integralności terytorialnej tego państwa. Mówiąc prościej: chodzi o to, by Wielka Brytania nadal pozostała Wielką Brytanią, a nie Brytanią. Zdaje się, że i w Szkocji i Irlandii Północnej brexit może uruchomić różne tendencje: czy to separatystyczno-niepodległościowe (Szkocja) bądź jak w przypadku Irlandii Płn. próby połączenia się z Irlandią lub też osłabienia więzów politycznych z Londynem.

To byłoby dla integralności państwa brytyjskiego niedobre i wśród tamtejszych elit może funkcjonować przekonanie, że lepiej, by Wielka Brytania była Wielką Brytanią w Unii niż Brytanią poza Unią.

Jak Pan skomentuje i oceni wystąpienie Donalda Tuska na UW w dniu 3 maja?

Zapamiętałem tylko kilka bon motów i grepsów, ale poważna polityka to jednak coś więcej. Ale tak po ludzku mu współczuję – Tusk czuł się jak gwiazda pop, zupełnie przyćmiona przez supportera, czyli Leszka Jażdżewskiego.

Czy ma Pan wrażenie, że to jednak było jakieś tam zaangażowanie się w kampanię, a także swoiste preludium do powrotu Tuska do polityki?

Oczywiście, że to wystąpienie było polityczne i nie przypadkiem miało miejsce w trakcie kampanii. Ono było jednak bardziej anty-PiS niż pro-Koalicja Europejska.

Pewnie Pana zaskoczę, ale nie uważam, by Tusk pałał wielką ochotą do powrotu do polskiej polityki. Pewnie tego nie wyklucza – gdyby cały naród do niego przyszedł, to by łaskawie się zgodził. Zwrócę jednak uwagę, że według ostatnich sondaży, jedynie 1/3 Polaków, kilkanaście procent mniej niż pół roku temu, chce jego powrotu.

Może przerwę też spekulacje, mówię to pierwszy raz publicznie: uważam i wyczuwam, że obóz PO bardziej myśli o wystawieniu w wyborach prezydenckich w 2020 roku Rafała Trzaskowskiego, a nie Tuska i że to on będzie kontrkandydatem Andrzeja Dudy.

Trzaskowski pojawiał się w końcu w niektórych sondażach, takich spekulatywnych, ale to by oznaczało, że nie do kończy kadencji jak prezydent Warszawy.

Dlaczego nie dokończy? Może wystartować, przegrać i dokończyć.

Czy uważa Pan, podobnie jak niektórzy Pana koledzy z prawicy, że Tusk nie reprezentuje polskich interesów w Europie i że dzieli Polaków?

Na pewno Polaków dzieli i to dziedzictwem przeszłości. Podniesieniem wieku emerytalnego, upadkiem polskich stoczni, niewyjaśnieniem afer Amber Gold, hazardowej i innych.

I dlatego Tusk wywołuje w PiS takie emocje?

U mnie nie wywołuje on żadnych emocji. Większe wywoływał, gdy graliśmy razem w reprezentacji polskiego parlamentu w piłkę nożną – jak nie podał, albo źle podał, albo gdy kłóciliśmy się o to, kto ma wykonać karnego.

Czy nie uważa Pan, że służby wkraczając nad ranem do domu Elżbiety Podleśnej (autorki przerobionego wizerunku Matki Boskiej z tęczową aureolą) postąpiły w sposób nieco przesadny? Potraktowały ją trochę, jakby była groźną kryminalistką.

Gdy w 2014 roku policja wkroczyła o tej samej porze do domu kobiety, która wrzuciła kawałek mięsa wieprzowego do meczetu w Warszawie, to jakoś nie budziło to żadnych kontrowersji wśród tych, którzy dziś oburzają się na działania policji. I wobec aktywistki LGBT.

W związku z tym apeluję, by nie stosować podwójnych standardów. Jeśli państwo podejmuje działania operacyjne wobec osób, którzy obrażają uczucia muzułmanów, to rozumiem, że jest dobrze, a gdy robi to samo wobec osób, które obrażają uczucia katolików, to jest źle? Naprawdę, nie dajmy się zwariować – jeśli będziemy stosować podwójne miary, to można w ten sposób wszystko zrealtywizować. Jeśli wtedy działania policji były ok, to nie widzę powodu, by teraz policję krytykować.

Poza tym, nie chodziło tylko o kontrowersyjną aureolę. Wielu ludzi oburzyło też to, że wizerunek święty dla wielu Polaków – nie tylko osób wierzących – był wieszany na śmietnikach, ubikacjach, itp.

Uważam, że wartością jest ład społeczny, a takie wojny religijne czy ideologiczne go naruszają. Tego typu wojny temu służą – to niedobre, bo to dzieli Polaków.

Czy to oznacza, że chrześcijanie, katolicy są w Polsce bardziej dyskryminowani?

Mam wrażenie, że teraz jest taka moda na krytykowanie Kościoła i osób wierzących. Jakoś takiej mody nie obserwuję w przypadku muzułmanów czy wyznawców judaizmu. Ale wolę mówić o konkretnych przypadkach. Pokazałem jedynie, że policja wobec osób, które naruszyły pewien ład społeczny związany z uczuciami religijnymi, działała podobnie i za rządów PO i teraz.

Widział pan film „Tylko nie mówi nikomu” braci Sekielskich?

Nie, więc nie będę się na jego temat wypowiadał.

A na temat problemu, który porusza?

Uważam, że pedofilię trzeba bardzo ostro i surowo zwalczać. I żeby było jasne: nie wybiórczo, że zajmujemy się tylko księżmi-pedofilami, ale w ogóle pedofilami, obojętnie jakie środowiska zawodowe reprezentują. Zdarzają się takie przypadki także wśród polityków, , jak również wśród artystów, dziennikarzy czy ludzi innych zawodow. Trzeba to zwalczać obojętnie, kim ten pedofil jest z zawodu. Tu też nie może być podwójnych standardów.

Jak słyszę niektórych celebrytów i polityków, którzy bronią pewnego znanego reżysera, oskarżonego o pedofilię w Ameryce, a teraz wypowiadają się bardzo ostro i emocjonalnie przeciw księżom-pedofilom, to, podzielając absolutnie zasadę „zero tolerancji dla pedofilów”, zwracam uwagę na pewną hipokryzję. Jakoś wtedy tego braku tolerancji w ich wypowiedziach nie było. Ale myślę, że ogromna większość społeczeństwa jest tutaj zgodna: z pedofilią i pedofilami trzeba bardzo ostro walczyć.

Chodzi o to, by społeczeństwo nie miało poczucia, że duchowni są ponad prawem.

Zgoda. Ale może też mieć takie poczucie wobec artystów czy innych osób publicznych, którym – jak się okazuje w praktyce – więcej wolno i więcej uchodzi płazem,co pokazał z kolei dokument Sylwestra Latkowskiego sprzed lat. Uważam, że święte krowy, jeśli chodzi o pedofilię, to najgorszy z możliwych pomysłów. A z pedofilami trzeba walczyć, niezależnie od tego, kim są.

Czyli zapewnia Pan, jako przedstawiciel partii rządzącej, że ofiary pedofilów już nie będą czekać tak długo na sprawiedliwość?

Prosiłbym, by tego problemu nie upartyjniać, bo od takiego stwierdzenia byłby tylko krok do stwierdzenia, że za rządów PO-PSL te formacje się tymi ofiarami nie interesowały. Nie ma sensu uprawiać takiego międzypartyjnego ping-ponga, choć oczywiście możemy przypomnieć, że jako opozycja składaliśmy daleko idące propozycje zaostrzenia kar dla pedofilów i stworzenia rejestru, a Platforma kręciła nosem i odrzucała . Podkreślam : ta sprawa nie powinna być elementem gry politycznej czy partyjnej i jak ten kurz kampanijny opadnie, to po 26 maja musimy ponad podziałami zastanowić się, co zrobić, by pedofile nie mieli poczucia bezkarności, a wręcz przeciwnie: żeby wiedzieli, że prędzej czy później zostaną dopadnięci i skazani.

Właśnie ukazuje się książka „Morawiecki i jego tajemnice” Tomasza Piątka, który – podobnie jak 2 lata temu w przypadku Antoniego Macierewicza – szuka rzekomych powiązań premiera z rosyjskimi służbami. Jak by Pan skomentował tę publikację?

Książki nie czytałem, ale widziałem w Internecie ten schemat powiązań, jak z „Gwiezdnych Wojen” (śmiech). Nawet śmialiśmy się w gronie znajomych, że jestem tam bardzo uhonorowany – najwięcej linków premier Morawiecki ma ze mną i własnym ojcem, więc czuję się tym nawet zaszczycony.

W książce pojawia się także wątek Pańskich rzekomych powiązań z władzami Azerbejdżanu. Piątek zarzuca Panu, że wspiera(ł) Pan proputinowski reżim Ilhama Alijewa i przypomina, że został Pan rok temu ukarany przez PE za wyjazd w towarzystwie kilku eurodeputowanych do Azerbejdżanu na obserwację wyborów prezydenckich, których demokratyczność była kwestionowana.

Wychodzi na to, że jestem takim „kurierem z Warszawy” do prezydenta Azerbejdżanu, który z kolei bezpośrednio dogaduje się z Putinem. Morawiecki-Czarnecki-Alijew-Putin – brzmi to jak film sensacyjny. Ale właśnie, to jednak fabuła, a nie życie.Ten schemat dostarczył mi dużo radości i jestem wdzięczny red. Piątkowi, bo nie mam w tej kampanii zbyt wielu powodów do relaksu, a tutaj proszę, taka niespodzianka. Naprawdę szczerze się uśmiechnąłem (śmiech).

A teraz już poważnie apeluję, by nie stosować podwójnych standardów. Angela Merkel może się spotykać z Alijewem i rozmawiać z nim o gospodarce, niemieckich inwestycjach, eksporcie, a polski polityk nie może. No, nie żartujmy!

Zresztą w Baku reprezentowałem – wraz Kosmą Złotowskim i brytyjskim parlamentarzystą – naszą frakcję w Parlamencie Europejskim, była to oficjalna delegacja EKR.

Niedawno w mediach wybuchła. tzw. afera podkarpacka? Czy ma Pan przekonanie, że może ona wstrząsnąć sceną polityczną (jeśli potwierdziłyby się np. doniesienia medialne o Marku Kuchcińskim) czy to jednak prowokacja, a żadnych nagrań z żadnym prominentnym politykiem PiS nie ma?

To niedobra sytuacja, gdy druga osoba w państwie jest oskarżana bez przedstawienia jakichkolwiek dowodów. W ten sposób można każdego oskarżyć o wszystko, pod warunkiem, że zajmuje wysokie stanowisko państwowe. Przestrzegałbym przed taką metodą atakowania przedstawicieli władz państwowych, niezależnie od tego, kto rządzi- żeby było jasne.

Poza tym informacje, które przedstawił w tej sprawie marszałek Kuchciński, wydają mi się absolutnie wiarygodne.

B. agent CBA, który był niedawno przesłuchiwany w Sejmie, twierdzi, że Biuro tuszowało aferę.

Poznałem kiedyś szefa CBA Ernesta Bejdę, uważam go za człowieka absolutnie uczciwego i wiarygodnego, który nigdy by czegoś takiego nie zrobił.

Nie wydaje się Panu co najmniej równie dziwne, że kierownictwo PiS nie zabrało zdecydowanego głosu w tej sprawie, np. w obronie M. Kuchcińskiego?

Myślę, że nie należy przesadzać z nadmierną reakcją na te pomówienia, bo w ten sposób dajemy sygnał, że są one istotnym punktem odniesienia, a nie są.

Czy żałuje Pan afery ze słowami o szmalcownikach i Róży Thun? Pytam także w kontekście utraty stanowiska wiceszefa Parlamentu Europejskiego.

Nie wycofuję się z mojej negatywnej oceny polityków czy w ogóle osób z życia publicznego w Polsce, którzy atakują własną ojczyznę w obcych mediach bądź też głosują za uruchomieniem procesu sankcyjnego wobec własnego kraju i moja ocena tej aktywności pani von Thun und Hohenstein pozostaje bez zmian. Porównywałem to, co ona robiła, z negatywnymi zjawiskami w polskiej historii, ale nie użyłem pojęcia „szmalcownik” bezpośrednio wobec niej. Proszę, żeby tak nikt nie sugerował.

Natomiast później żądano ode mnie przeprosin, sugerując, że wówczas pozostanę na stanowisku wiceszefa Parlamentu Europejskiego. A ja, mając do wyboru lojalność wobec ojczyzny, a stanowisko za wszelką cenę, wybrałem to pierwsze i nie żałuję.

A nie uważa Pan, że tamta analogia była co najmniej niefortunna?

Dalej negatywnie oceniam tych, którzy niczym książęta w średniowieczu – o czym wtedy zresztą mówiłem – przegrywając walkę polityczną w kraju, uciekali się do obcej pomocy, prosząc o posiłki zbrojne, żeby załatwić dzięki obcym żołnierzom wewnętrzne polskie spory, jak i tych którzy w XVIII wieku zawiązali Konfederację Targowicką, jak i tych, którzy zachowali się nielojalnie wobec własnego kraju w wieku XX.

Uważam, że głosowanie za uruchomieniem sankcji wobec własnego państwa czy wypowiedzi szkalujące Polskę w niemieckiej telewizji, to są zjawiska godne nagany i potępienia.

Gdyby miał Pan w kilku zdaniach podsumować: co zrobił Pan dla Polski w ostatnich kadencji lat w Brukseli i Strasburgu?

Fakt, że jestem 16. na liście najbardziej aktywnych i wpływowych posłów w PE to dobre podsumowanie mojej działalności w tej kadencji. Natomiast w wymiarze czysto merytorycznym jestem zadowolony zwłaszcza z dwóch obszarów mojej aktywności. Po pierwsze od 2009 roku jestem koordynatorem mojej grupy politycznej w Komisji Kontroli Budżetowej i w tej kadencji byłem autorem 55 raportów nt. monitoringu wydatkowania środków unijnych przez instytucje UE, łącznie z Komisją Europejską i Radą Europejską, która zresztą notorycznie nie dostaje absolutorium od PE, o czym się jakoś w Polsce nie mówi .

A drugim takim obszarem jest polityka wschodnia. Od 2009 roku jestem wiceprzewodniczącym Zgromadzenia Parlamentarnego Unia Europejska-Partnerstwo Wschodnie. Tworzy je 6 państw – trzy, które w międzyczasie podpisały umowy stowarzyszeniowe z UE (Ukraina, Gruzja, Mołdawia), dwa, które cały czas tkwią bardziej w rosyjskiej niż unijnej strefie wpływów (Białoruś, Armenia) – jestem skądinąd wielkim zwolennikiem prowadzenia dialogu politycznego oraz zacieśniania stosunków gospodarczych z tym krajami – oraz neutralny między tymi dwoma blokami Azerbejdżan. Uważam, że moja aktywność w tym obszarze jest ważna i potrzebna.

A co zamierza Pan zrobić w najbliższej kadencji?

Polityka jest grą zespołową. To nie pójście do restauracji i wybranie sobie z menu tego, na co ma się ochotę. Podejmę się każdego zadania na boisku europejskim, które wyznaczy kapitan naszej drużyny-Jaroslaw Kaczyński.

Jakie są Pana plany/marzenia/cele (np. jakieś konkretne stanowisko) związane z karierą w PE? I czy może myśli Pan czasem o powrocie do krajowej polityki?

Można powiedzieć, że nigdy z kraju nie wyjechałem, bo cały czas mocno żyłem polską polityką, byłem aktywny w mediach. Natomiast w sensie formalnym nie jest niewykluczone, że po kolejnej kadencji w Europarlamencie będę chciał wrócić do polskiego parlamentu. Ale najpierw chcę po raz czwarty wygrać wybory do PE.