15 sierpnia 2007
Święto na Korsyce
Święto w Polsce, ale święto także we Francji. To nasze patriotyczno-patetyczno-wzniosło-religijne, a tam po prostu dzień wolny od pracy, od supermarketów, sklepów, nawet wiele muzeów nie pracuje mimo szczytu turystycznego. To dobry czas na krótką eskapadę na… Korsykę.
To moje pierwsze spotkanie z wyspą Napoleona - wyspą, na którą Napoleon nigdy już - jako cesarz Francuzów nie wrócił. Gdy po 4 godzinach rejsu z Nicei statek wpływa do portu w Ile Rousse zapada wieczór i wita mnie zachód słońca, tak pełen ekspresji, że aż wydaje się nierealny. W portowej restauracji, wśród zakręconych kelnerów czekam na faceta z agencji wynajmu samochodów. Akurat puszczają przebój z filmu “Gorączka sobotniej nocy” z Johnem Travoltą i mam poczucie déjà vu: byłem na tym w kinie ze 30 lat temu, jeszcze w liceum. Teraz wraca do mnie, surrealistycznie, na “dzień dobry” z Korsyką.
Późnym wieczorem jazda do Bastii. To jedyne miasto na wyspie - poza oczywiście Ajaccio, miejscem urodzenia Napoleona - o którym słyszałem wcześniej. Pewnie z racji znanej - kiedyś - drużyny piłkarskiej FC Bastia, która w swoim czasie dzielnie walczyła nawet w europejskich pucharach (grał tam m.in. Dragan Dzajic - gwiazda futbolu jugosłowiańskiego). Dziś to miasto ledwie 40-tysięczne. Tam nocleg. W hotelu “Best Western” - jednym z wielu znanej sieci, następnego dnia odkrywam przy śniadaniu wymowny przykład specyficznego francuskiego patriotyzmu: serwetki na stole z napisem mówiącym, że jem w “najbardziej francuskiej” restauracji. Marketingowy paradoks: ta sieć oczywiście nie jest francuska, ale ma francuskich klientów…
XXX
W Bastii życie wre nawet w nocy. Nazwy ulic, placów, nazwiska merów - wszystko to włoskie. Nic dziwnego, skoro Włosi rządzili Korsyką od XII wieku po koniec lat 60 wieku XVIII (najpierw Piza, potem Genua), gdy oddali władanie nad wyspą Francuzom (Napoleon urodził się akurat w roku zainstalowania władzy francuskiej na Korsyce). Ale włoskie wpływy to jedno, a poczucie własnej, korsykańskiej tożsamości to drugie: na wielu murach widzę napis w języku korsu “indipendenza” czyli “niepodległość”. Na szeregu 2-języcznych tablic z nazwami miejscowości niewidzialna ręka przekreśliła nazwę francuską, zostawiając tylko miejscową. Ciekawe, że ten istniejący od wieków język dopiero niedawno został od podstaw stworzony w wersji pisanej. To zasługa nacjonalistów - profesorów z miejscowych uniwersytetów, którzy nie bazgrzą po murach, ale dają korsykańskiej wspólnocie poczucie historycznej i intelektualnej odrębności.
A nocne życie wre w Bastii. Kawiarenki na placu świętego Mikołaja funkcjonują jeszcze po 1. w nocy. Plac jest długi, na ok. 300m i leży w samym centrum miasta. Powstał w XIX wieku, a wyróżnia się sporą ilością palm i platanów - co zwłaszcza w upalne (a te są bez przerwy…) dni jest nie bez znaczenia.
Bastia to także charakterystyczny port zwany “Starym Portem” na kształt podkowy, co widać mniej niż jego charakterystyczne dwie latarnie morskie: jedna czerwona (prowadzi do niej molo),druga zielona z malowniczym kamiennym murem rozbijającym i tak spokojne fale.
Korsyka, dzień pierwszy. Czas dokonany.
.
16 sierpnia 2007
Korsyka - dzień drugi…
Korsyka, dzień drugi. Poranek w Bastii. Odnotowuję ciekawą Cytadelę (zwaną Terra Nova, budowaną jeszcze przez “okupantów” z Genui i to przez ok. 200 lat, między XV a XVII wiekiem), przepiękne widoki znad brzegu morza, życzliwość francuskich policjantów pomagających ustalić to, co chciałem i na pewno wykraczających poza pragmatykę służbową. Pora ruszać do Ajaccio - po korsykańsku Ajacciu - to tylko ok. 130 km, ale droga wiedzie głównie górskimi serpentynami i jedzie się bardzo, bardzo powoli.
Po drodze dominują włoskie nazwy miejscowości, w każdej po kilka pizzerii… Sporo antyfrancuskich napisów, np. “Liberta” (“wolność” - paradoksalnie, mimo, że “liberte” to jedno z trzech haseł Rewolucji Francuskiej - przez przeciwników zwanej Antyfrancuską - w tym kontekście jednoznacznie to słowo - symbol jest używane przeciwko Paryżowi) czy trudne do rozszyfrowania nazwy lub raczej skróty nazw organizacji separatystycznych (skądinąd wzajemnie się zwalczających, przy cichym wsparciu francuskiego wywiadu, a nawet fizycznie eliminujących członków konkurencyjnych “frontów”). Samochód pnie się po górskich drogach, czasem pełznie ledwie po 40 km na godzinę - ta wyspa to chyba raj dla mechaników samochodowych, a skrzynie biegów są tu na pewno w cenie…
Wreszcie Ajaccio - miasto urodzin cesarza Napoleona, strefa kultu bonapartystów wszystkich krajów świata. Niebywały sierpniowy upał, tylko wiaterek od strony morza ratuje wcale nie tak dużą rzeszę turystów.
Wchodzę do stosunkowo niewielkiej katedry Notre Dame mieszczącej się przy ulicy o tej samej nazwie. I tu kompletne zaskoczenie: przez parę minut szukam, szeroko reklamowanej w bedekerach, chrzcielnicy, w której 226 lat temu małego Napoleona Bonaparte (miał wtedy 2 lata, wtedy dzieci chrzczono często nawet parę lat po urodzeniu…) przyjęto na łono Kościoła Rzymsko-Katolickiego. Co prawda dorosły Napoleon niewiele sobie z tego robił, ale co fakt to fakt. Słynną chrzcielnicę znaleźć więcej niż trudno. W końcu jest. Maleńka, niepozorna, z plastikową (!) tabliczką informacyjną, z rozmazanym (tusz!) napisem. Myślałem, że w mieście rodzinnym Imperatora oddaje się mu cześć co najmniej cesarską… A tymczasem ta oprawa godna jest co najwyżej jakiegoś kościółka parafialnego i lokalnego, zapomnianego dostojnika.
Ajaccio, największe miasto Korsyki, jest w sumie niewielkie: liczy nieco ponad 60 tysięcy mieszkańców. Tu wszędzie jest blisko. Od katedry, gdzie ochrzczono przyszłego cesarza Francuzów tylko krok do ulicy świętego Karola na Starówce, gdzie mieści się Maison Bonaparte -dom, w którym się urodził i mieszkał przez pierwszych 9 lat swego życia. Akurat zresztą, nomen omen, w tym czasie, gdy Francja instalowała swoje panowanie na wyspie… Dom, w rzędzie innych, na wąskiej uliczce wyróżnia się tylko tablicą, też dość skromną, no i muzeum poświeconemu najsłynniejszemu obywatelowi Korsyki. Muzeum, o dziwo, otwarte jest mimo święta. Spotykam tuż koło niego jedynych Polaków, z jakimi zetknąłem się na wyspie: grupę bodaj licealistów, którzy stanowią większość turystów w tym momencie zatrzymujących się w miejscu urodzenia wodza Francji i Europy.
Z trzech pomników Napoleona w Ajacciu - jak mówią Korsykańczycy - zobaczyłem dwa. Jeden przedstawia Napoleona jako konsula (na placu Focha), drugi (na placu de Gaulle’a, niegdyś Diamanta) ciekawszy artystycznie i metaforycznie polityczny, cesarza i jego czterech braci. Trzech z nich Bonaparte uczynił… królami (odpowiednio: Hiszpanii, Holandii i Westfalii), jednego księciem Musignano i Canino. Napoleon siedzi na koniu w środku, otoczony - po rogach - braćmi, ubrany w bodaj rzymskie szaty. Obok - przygotowania do wieczornego festynu z okazji święta 15 sierpnia, próby głośników, ostra, młodzieżowa muzyka… I tak współczesność miesza się z historią. I jakoś nawet współgrają ze sobą, nie budząc poczucia dysharmonii…
Czas żegnać Ajaccio. Na koniec coś dla ciała - uczta duchowa już była - czyli kąpiel w morzu, na ślicznej, wąskiej, a co najważniejsze, piaszczystej plaży. Ta piaszczysta plaża to marzenie np. turystów w Nicei, raniących stopy na kamieniach przy wchodzeniu do morza. A jeśli ktoś zachwyca się również piaszczystą plażą w Cannes to studzę entuzjazm: ta plaża powstała na skutek sztucznego nawiezienia tysięcy ton piasku na… plażę kamienistą.
Nie wiem, jak powiedzieć Ajaccio na “do widzenia”: “adieu” czy “arivederci”? A może jednak pożegnać się po korsykańsku? Nie rozstrzygam tego dylematu. Ruszam do Ile Rousse…
17 sierpnia 2007
Pożegnanie z Korsyką
Korsyka - podsumowanie. Odciąłem się “na trochę” od wieści z Polski. Na dłużej ani nie byłoby to możliwe ani potrzebne, ani też bym nie potrafił. Ale na krotko ma to plus: zanurzam się w Korsykę.
Z Ajaccio do Ile Rousse jechać można na dwa sposoby. Wybrzeżem, stojąc w korkach i górami, zapewne równie wolno, człapiąc po górskich serpentynach. Wybieram tę drugą możliwość. W sporej części jest to ta sama droga, którą jechałem z Bastii do Ajaccio. Wyprzedzić na wąskiej górskiej drodze inny samochód, gdy nie widać, co jest za zakrętem - to i sztuka i ryzyko i pokusa. A drogą wleką się, hamując ruch, także np. półciężarówki. Wreszcie koniec tej mordęgi, w sumie przyjemnej, bo podziwianie górskich krajobrazów, szczytów i po prawej i po lewej stronie to przecież miłe zajęcie. A pogoda jest taka, że dumne góry Korsyki wydają się jakby wyjęte z pejzażu eksponowanego w muzeum.
Do Ile Rousse pojechać warto i to nie tylko wtedy, gdy właśnie stamtąd, z tamtejszego portu położonego na malowniczym półwyspie, pół kilometra od centrum miasta trzeba wracać do Nicei. Warto, choćby ze względu na historię. Ile Rousse (Isola Rossa - mówią Korsykańczycy) powstało bowiem w 1758 roku, założone przez korsykańskich separatystów z przywódcą ruchu narodowego odrodzenia Pasquale Paoli. Do dziś zresztą stanowi on symbol niepodległościowych tendencji narodu (?) korsykańskiego. Miasto to, a raczej miasteczko (2,5 tys. mieszkańców) miało być przeciwwagą dla prowłoskiego Calvi, bardziej znanego od Isola Rossa miasta położonego od niego ledwie 24 km. Niby blisko, a pociągiem -któremu, jak kierowcom aut - nigdzie się nie śpieszy jedzie się… 3 kwadranse i trzeba kupić… osobne 3 bilety.
Ile Rousse jest znane głównie z portu i Muzeum Oceanograficznego. W porcie obowiązuje czas śródziemnomorski czyli np. statek do Nicei, który miał wypłynąć o 19:16 wpływa do portu przed 20., aby wziąć kurs na Nizze (jak mówią Włosi) dobre pół godziny później.
Korsyka - chciałbym tu powrócić. Opowiadała mi o niej jeszcze moja śp. Mama, która była tu pod koniec lat 50-ch. Ta relatywnie mała wyspa (nieco ponad 8700 km kw.) to taka “Europa w pigułce”: jest tu 1000 km wybrzeża, są góry (ze śniegiem nawet w lecie), pustynia i… moczary. Ja dotknąłem tylko wybrzeża i gór. Reszta przede mną. Gdy tu wrócę, jak będą układały się stosunki między francuskim państwem a Korsykańczykami, coraz bardziej świadomymi własnej odrębności? Czy mieszkańcy Korsyki pójdą drogą Katalończyków czy Basków? Co osiągną? To pytania dla Europy XXI wieku. Coraz bardziej zintegrowanej i coraz bardziej zróżnicowanej…
Ryszard Czarnecki
Autor jest Posłem do Parlamentu Europejskiego oraz członkiem Komisji Spraw Zagranicznych i Komisji Rozwoju PE
