1. Minęło już 41 lat od listu polskich biskupów do biskupów niemieckich. Czy od roku 1965 stosunki polsko-niemieckie uległy rzeczywistej poprawie czy była to tylko politycznie poprawna fasada, która runęła obecnie?
Chwała polskim biskupom, bo przetarli szlak - i to będąc atakowanymi przez komunistyczną propagandę (o czym juz dziś mało się pamięta). Relacje polsko - niemieckie są teraz na pewno inne niż 40 lat temu. Wtedy była to sterowana wrogość, a teraz po prostu normalność, czyli czasem lepiej, czasem gorzej. “Polityczna poprawność” w stosunkach RP - RFN była, owszem, przez większość dekady lat 90-tych i było to sztuczne “kochajmy się i umówmy się, że nie ma problemów”. To było bezsensowne - bo właśnie generowało problemy na dłuższą metę.
Lepsze są realne problemy i chęć ich rozwiązywania niż sztuczna miłość, czy sztuczna nienawiść. Jednym zdaniem: relacje Warszawa - Berlin są od ostatnich kilkunastu lat prawdopodobnie najlepszymi stosunkami minionego tysiąclecia, ale ostatni rok tego okresu jest najgorszy.
2. Czy obecna sytuacja jest spowodowana tylko działalnością p. Steinbach i Powiernictwa Pruskiego, czy wina jest także po polskiej stronie? Jeśli tak to dlaczego?
Nie dostrzegam winy po polskiej stronie. Jeżeli nawet zdarzają się polskim politykom ostrzejsze wypowiedzi - to zawsze jest to reakcja na wypowiedzi czy działania strony niemieckiej. Pani Steinbach nie jest “samotnym białym żaglem” - działalność jej Związku Wypędzonych jest finansowana z budżetu RFN, jej kongres zaszczyca prezydent Niemiec, a szef Bundestagu popiera publicznie szereg jej inicjatyw. Tak naprawdę - nie zawsze, ale często - Steinbach mówi głośno to, co (prawie) całe Niemcy mówią po cichu… Co do Pruskiego Powiernictwa - to jednak raczej polityczny margines, oficjalnie - choć bez większego entuzjazmu - krytykowany przez rząd RFN.
Reasumując: nie doszukujmy się na siłę winy po polskiej stronie - tu jej naprawdę nie ma. Postawa Niemiec wynika także z pewnego obiektywnego procesu: po dziesiątkach lat udawania, że nie mają własnej, narodowej tożsamości - teraz odkrywają ją ze zdwojoną siłą i, niestety, czasem z wdziękiem słonia w składzie porcelany.
3. Czy historia zawsze juz będzie dzielić narody Europy, a w szczególności Polaków i Niemców? Czy możliwe jest wypracowanie wspólnej (bardziej obiektywnej) wizji historii XX wieku w ramach UE? Czy PE mógłby to zainicjować?
Historia nie musi, ale może dzielić. Ale też historia nie musi, ale może łączyć. Trzeba być uczciwym (to lepsze słowo niż: obiektywnym) i mówić zarówno o Krzyżakach, zaborze pruskim oraz II wojnie światowej i 6 mln zabitych obywateli RP, ale też o sympatycznych reakcjach Niemców na polskich uchodźców po Powstaniu Listopadowym czy pomocy ze strony “zwykłych” Niemców dla “zwykłych” Polaków w stanie wojennym.
Wypracowanie jednej, wspólnej wizji historii? To mało możliwe. Zbliżanie się do siebie w ocenach przeszłości? To juz bardziej. Ale nie zrobi tego Parlament Europejski - bo nie jest od tego. PE może i powinien czcić różne rocznice, ale to ciało polityczne, zajmujące się teraźniejszością i przyszłością, a nie Kongres Historyków. Bardziej efektywne będą w tej mierze bilateralne działania rządów, np. polskiego i niemieckiego, węgierskiego i słowackiego itd.
4. Czy w dzisiejszej sytuacji Kościół znowu może pomóc w przełamaniu wzajemnych uprzedzeń? Jeśli tak, to jak?
Kościół katolicki - a więc powszechny! - te uprzedzenia przełamuje cały czas - swoją codzienną pracą. Czy polscy księżą pracujący w Niemczech nie są w pewnym sensie ambasadorami dobrego imienia Polski? Czy polscy kapłani - proboszczowie we francuskich parafiach nie są pomostem między Francją a Rzeczpospolitą? Przełamywanie stereotypów i uprzedzeń nie dzieje się na rozkaz polityków, ale dzięki wysiłkom społeczeństwa - a więc Kościoła tworzonego wszak przez “lud wierny”.
Oczywiście, gesty Episkopatu Polski, episkopatów innych krajów czy też Konferencji Episkopatów Europy, wspólne konferencje i seminaria są potrzebne, ale to tylko ramy do obrazu, malowanego przez przeciętnych Polaków i Niemców.
